Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Hobbici czy hipisi? (Mallorn nr 2, 1971)

Hobbici czy hipisi?, Mallorn nr 2, 1971 (1)
Autorka: Belladonna Took, tłum. ks. Michał Kossowski

hipisiŹródło fotografii

W kółko pojawia się stwierdzenie, że Władca Pierścieni jest „biblią hipisów”. Kiedy jednak pomyślimy o autorze trylogii i jego tradycyjnym pochodzeniu, od razu powinniśmy włożyć to kłamstwo, jak to się mówi, między bajki. Jednakże cała sprawa nie jest taka prosta i wymaga zbadania. Po pierwsze, dla ścisłości, swobodnie posługujemy się terminem hipis – oczywiście nie wszyscy młodzi ludzie, którzy mają romantyczne ideały i przyjmują sentymentalny styl ubierania się, muszą być zaliczani do hipisów. Chcemy przede wszystkim wykazać, kim hipis jest i dlaczego słowo to powinno być określeniem hańbiącym; a potem zobaczmy, czy na stronach WP rzeczywiście istnieje jakakolwiek podstawa do ‚hipisowania’. Nie należy pomijać kwestii ubioru. Ci, którzy są zaciekawieni wyobrażeniami ‚fikcyjnych światów’ w naturalny sposób będą lubili się ubierać jak bardziej romantyczne postacie; ale istnieje ogromna różnica między, z jednej strony, długimi, ale zadbanymi włosami i brodami, stopami w sandałach lub gołymi, ale czystymi, jedwabiami i poncho, dobrze dobranymi i znoszonymi; a celowym kultywowaniem nędzy. Okazuje się, że istnieją różnice i stopnie – od ‚Pięknych Ludzi’ i ‚dzieci kwiatów’ po Hell’s Angels [klub motocyklowy, przyp. tłum.] i skinheadów. W żadnym wypadku nie możemy wrzucać ich wszystkich do jednego worka.

Kim w takim razie jest skrajny hipis – hipis pokrótce? Postać, co do której mamy nadzieję, że nie pozostawiła śladu we WP? Po pierwsze, to oczywiście kwestia narkotyków. Ekstremalny hipis jest wielbicielem ‚zioła’, ‚kwasu’ i całej reszty. Nie potrzebuję się rozpisywać, aby pokazać zło kultu narkotykowego, pomimo wszelkich prób usprawiedliwienia go lub złagodzenia – takie zwodnicze argumenty jak: ‚nie jest to gorsze niż alkohol czy tytoń’ itd. Sprawa jest oczywista. Widzisz ich wokół Notting Hill Gate: zaczerwienione oczy, przygarbieni, trzymający plakaty z żądaniem legalizacji ‚zioła’. Grafiki, charakterystyczne dla tej subkultury, w ‚psychodelicznym’ stylu – blade, półprzezroczyste kolory, rozpływające się w wirujące wzory, zarysy liter nabrzmiałych tak, że aż trudno je rozróżnić, świat potworów pulsujących aurą dziwności… Co ma z tym wspólnego WP?

Śródziemie jest oczywiście dziwne i nie z tego świata – ale nie jest szalone. ‚Śródziemie’ – w sensie anglosaskim – to obszar ‚tu i teraz’, nie jest to ani niebo, ani piekło, ale coś pomiędzy nimi. Wielu anglosaskich poetów używa tego terminu, oczywiście profesor Tolkien również dobrze go zna. Sceneria Śródziemia jest przekonująco realistyczna i należy do tego świata w każdym szczególe, nawet jeśli tli się czasami w grozach Mordoru lub rozkwita w Lothlórien. Nie ma tu zawieszenia porządku naturalnego, nie jesteśmy też na żadnej innej planecie; jeśli pojawiają się tam rzeczy cudowne i potwory, używa się tych środków oszczędnie i dlatego są bardziej efektywne; bo przerażenie i zdumienie wkraczają do świata trzeźwej i poważnej rzeczywistości, świata doskonale zdrowego, gdzie na skali wartości, najwyższą z nich jest człowieczeństwo.

Zwróćmy też uwagę na stosunek książki do takich rzeczy jak: ‚włóczęgostwo’, używanie palantirów i innej magii. Podwyższenie świadomości i przedostawanie się do innych obszarów mentalnych przez używanie narkotyków, hipnotyzmu itd. muszą, jestem pewna, zostać zaklasyfikowane jako zjawiska podobne do nadużywania palantirów. Pippin zajrzał do palantira z Orthanku i ledwo uniknął katastrofy; Denethor poddał się swojemu palantirowi i w ten sposób znalazł się pod wpływem wroga, na swoją własną zgubę. Tylko Aragorn mógł, ze szczególnych powodów, wystawić się na działanie wroga za pomocą palantiru z Orthanku, a i on sam ledwo znalazł siły, by przetrwać tę ciężką próbę. Sam Pierścień jest kolejną ilustracją potęgi niebezpiecznego środka, służącego do osiągnięcia odmiennego stanu, który jest najeżony niebezpieczeństwami, a nawet Gandalf wie, że im człowiek jest mądrzejszy, tym bardziej takich unika. W tej książce nie ma ‚włóczęgostwa’, tylko podróże i wyprawy, odbywane przez ludzi twardo stąpających po ziemi i z oczami szeroko otwartymi.

Kolejną cechą skrajnego hipisa jest jego obsesja na punkcie seksu. Kiedy domaga się wolności, przez większość czasu ma na myśli wolność seksualną; i po całkiem słusznym odrzuceniu ciężkiego jarzma ubiegłego stulecia, nadal nie jest zadowolony, dopóki nie odstąpi od ostatnich zasad przyzwoitości. Z tym nastawieniem nasza książka nie ma nic wspólnego. W ogóle nie zajmuje się seksem, ponieważ nie jest to po prostu tego rodzaju książka; z drugiej strony jest w niej bardzo dużo o miłości i przyjaźni – bo jest napisana w czasach i przez umysł, w których można było wierzyć w miłość, a nie pożądanie, i przyjaźń, która nie była homoseksualizmem. Nie zapominajmy, że ta książka powstawała jako historia opowiadana przez ojca swoim dzieciom („…a jeśli jego syn poprosi o rybę, czy poda mu węża? Lub o jajko, czy da mu skorpiona?”). To jest po prostu taki rodzaj książki, jaki jest. Trzeba przyznać, że nasz autor nie pisze swobodnie o kobietach, ale co z tego? Ta historia jest dobrą historią bez seksu – kto tego tutaj chce? Jest mnóstwo innych książek, jeśli tego chcesz”.

Bycie skrajnym hipisem to też „olać, rzucać wszystko” – to znaczy, że jest on tak przeciwny konwencjonalnym wartościom (‚establishment’), że odrzuci je, uciekając od nich i brnąc w jakiegoś rodzaju osobistą dzicz. (Warto zauważyć, mimochodem, że jedynymi ruchami ‚rzucania wszystkiego’ czy ‚komuny’, które kiedykolwiek odniosły sukces, są te, które prędzej czy później rozwinęły jeszcze bardziej sztywną dyscyplinę, jak mormoni i zakon franciszkański). W książce nie ma nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób zachęcać do ‚rzucania wszystkiego’ Chociaż od czasu do czasu wszyscy musimy odczuwać tęsknotę za wyjściem przez nasze prozaiczne drzwi, aby nagle znaleźć się w cudownym kraju – ale gdybyśmy tam byli, nie znaleźlibyśmy prawie nikogo zaangażowanego w ‚olewanie wszystkiego’, z wyjątkiem, z pewnością, Golluma. Nie jest to książka o ucieczce (choć jest kilka bardzo dobrych i etycznych książek o ucieczce, np. Wędrówka pielgrzyma). Postaci w niej nie czują ciężkiego jarzma ‚establishmentu’ (jak na przykład w trylogii Gormenghast). Mroczna Siła nie jest establishmentem, ale obcą tyranią z zewnątrz. Środowisko, z którego pochodzą hobbici, to ukochany i ceniony dom, do którego pragną wracać po wykonaniu swojego zadania – Frodo jest nawet skłonny porzucić nadzieję, że kiedykolwiek tam powróci, poświęcając się, by uchronić go dla dobra innych . Nie ma tam ‚rzucania wszystkiego’, ani nawet ucieczki. Strażnicy – są dzicy, odłączeni i samotni, ale nie z powodu buntu – wędrują, ponieważ jest to nałożony na nich obowiązek. Jeśli poszukuje się bohatera dla osób, które wszystko olewają, należy go szukać gdzie indziej – znowu, to po prostu nie jest tego rodzaju książka.

Kolejnym punktem jest naleganie hipisa na to, aby ‚robić swoje’. Każdy hipis postrzega siebie jako artystę i nalega na przyznanie mu boskiego prawa do oryginalności. Prawdziwa oryginalność jest cenną rzeczą, bez niej nie ma życia – ale kiedy jest ubrana w sentencję: „Robienie, co się chce powinno być jedynym prawem”, prowadzi do zamętu. (Jak powiedział Rabelais, tak bardzo niezrozumiany człowiek: „Rób, co chcesz i kochaj Boga”). Nie sądzę, aby w książce było wiele o „robieniu swojego”, a jeszcze mniej o „róbta, co chceta”. Większość bohaterów robiła rzeczy, których nie chcieli robić, ze względu na wyższe dobro – nawet elfowie byli skłonni działać przeciwko własnym korzyściom, aby wszystko, co dobre, nie zginęło. Wiele postaci miało oczywiście odległe i nieodgadnione zainteresowania, takie jak Tom Bombadil i Fangorn, ale nie stawiali ich na pierwszym miejscu. Tylko Gollum, Saruman i Sauron to zrobili. Ci, jak widzimy, próbują podążać za „róbta, co chceta” i doświadczają katastrofy. Jeśli chodzi o kult artystycznej twórczości – elfowie oczywiście żyli w atmosferze poezji i muzyki, ale taki był klimat ich życia, a nie cel – nie porzucili swoich prawdziwych wartości, by „robić swoje”. Krasnoludy były prawdziwymi artystami i (jak widzimy w Hobbicie) bynajmniej nie byli wolni od egoizmu i chciwości artysty i miłośnika piękna; ale nie mam odczucia, że ich twórczość była motywowana jakimkolwiek pragnieniem oryginalności. Myślę, że jako dobrzy rzemieślnicy byliby bardziej zainteresowani zrobieniem czegoś dobrego, niż robieniem swojego. Wydaje się, że zarówno oni, jak i elfowie byli artystami dość tradycyjnymi, a nawet nieco konserwatywnymi. Bez wątpienia ich sztuka się rozwinęła, ale nie odczuwaliby wielkiej sympatii dla szalonych poszukiwań nowości i wyrażania siebie.

Zatem – to nie jest książka psychodeliczna; to nie jest książka o seksie; nie zachęca do ‚olewania’ ani do ‚robienia swojego’. Dlaczego nasz skrajny hipis miałby sobie nią zawracać głowę? To jest moralna, etyczna książka, pełna staroświeckich cnót i etycznych kości pod jej strukturą, które są całkowicie przeciwne wszystkiemu, w co wierzy Hippis. Ale jak powiedziałam na początku, nie każdy dziki i wolny młody, współczesny, człowiek taki jest. Istnieją różne rodzaje i stopnie. A jeśli są tacy, których dziwactwa są wyrazem ich pragnienia świata bardziej przypominającego Śródziemie, to wszystko wyjdzie na dobre – o ile Śródziemie jest jasno postrzegane jako rozsądne tło, od którego zaczynają się najdziksze przygody, gdzie miłość i przyjaźń są czyste i bezkompromisowe, i gdzie „służba jest doskonałą wolnością” – w takim razie ich stopy są na „Drodze, która wiedzie w przód i w przód”. I być może zaprowadzi ich „Tam i z powrotem”, do pokoju panującego w Shire.

Belladonna Took

tłum. ks. Michał Kossowski

Tylko u nas esej Jana Posadzego!

Polak, Anglik, dwa bratanki?
Trzech mężczyzn, dwa światy, jedna sprawa.

Jan Posadzy

Pełny tekst znajdziecie też w pliku PDF oraz w przygotowywanym nowym numerze Simbelmynë (3/32)

HobbitontolkienIlustracja – J. R. R. Tolkien

Omne trinum perfectum, jak powiada wyświechtane przysłowie. Numerologia nie jest i nigdy nie była obiektem moich zainteresowań, lecz w tym przypadku muszę przyznać liczbie „trzy” nadzwyczajne miejsce w hierarchii numerycznej. Oto bowiem trzech mężów z czasów minionych, siłą ich piór, będących przedłużeniem niezwykłych umysłów, ukształtowało wspólnie, choć nieświadomie, pewną pociągającą propozycję percepcji całego dzisiejszego Bożego świata i Jego stworzenia w kontekście ustrojowo-gospodarczym. Wspomnieć należy, że piszący te słowa posiada dwie zasadnicze namiętności ideowe, są to polska tradycja polityczna (nazwijmy ją sarmacką) oraz Katolicka Nauka Społeczna. Jak to połączyć w spójną całość? Potrzebne będą dwa odmienne systemy polityczne i kręgi kulturowe, które tylko pozornie są od siebie odległe (choć faktycznie stolice dwóch państw, o których mowa, dzieli ponad 1600 kilometrów i sporo wody), łączy je bowiem pewna nić porozumienia, którą łatwo wychwycić, jeżeli tylko chce się szukać. Ale po kolei.

1. (III)

Wawrzyniec Goślicki, biskup i myśliciel polityczny. Jest to trzecie, albo raczej pierwsze nazwisko, obok Stanisława Orzechowskiego i Andrzeja Frycza Modrzewskiego, które wymienia się wspominając twórców polskiej myśli politycznej najwspanialszego okresu w dziejach naszego państwa – sarmackiej Rzeczypospolitej. Któż by pomyślał, że dzieło pochodzącego z Goślic koło Płocka polskiego biskupa będzie inspiracją dla samego Williama Szekspira (przypis 1)? Mowa, rzecz jasna, o traktacie „O senatorze doskonałym” (przypis 2). Tamże Grzymała (przypis 3) zawarł istotę ideału politycznego, jakim była monarchia mieszana, ustrój władzy podzielonej na króla, Senat i Izbę Poselską, którego nie ma potrzeby tu objaśniać. Niech wystarczy stwierdzenie, że złośliwcy określający państwo sarmackie mianem koronowanej republiki, wcale nie czynią entuzjastom tego ustroju na złość, gdyż nie ma się absolutnie na co obrażać. Polak to republikanin, Polak to monarchista, Polak to demokrata. Brak tu sprzeczności, właściwie jest to organiczne połączenie zjawisk politycznych, które przyniosło niegdyś Sarmatom możliwość posiadania liczącego milion kilometrów kwadratowych imperium. Warto wspomnieć, w ramach ciekawostki, że tym ogromem zarządzała administracja w liczbie około tysiąca urzędników (w internecie wyszukać można informację, że dziś pracuje ich około 250 tysięcy, na niespełna 313 tysiącach kilometrów kwadratowych).

„Ten rodzaj państwa nie bez racji był uważany za najbardziej sprawiedliwy. Jak bowiem na strunach zgodny dźwięk powstaje przez zespolenie różnych tonów: najwyższych, najniższych i średnich stanów, jak mówi Cycero jakby z dźwięków, jest wywołana harmonia, która w państwie stanowi najmocniejszy i najściślejszy węzeł bezpieczeństwa dla wszystkich. Ja również uważam za najlepszy taki ustrój, który składa się najpierw z dobrych i znamienitych cnotą obywateli, a następnie z tych trzech stanów ludzi, z króla, senatorów i ludu (przypis 4).”

Istnieją dwie fundamentalne cechy ustrojowości Rzeczypospolitej: decentralizacja władzy i lokalność reprezentacji (przypis 5) . Jeżeli chodzi o tę pierwszą, nie zawiera się ona w odwiecznym strachu polskiej szlachty przed absolutum dominium czy logice ustrojowej zapisanej w Nihil novi. Fenomen decentralizacji opiera się na „udzielności” władzy. W praktyce oznaczało to, że król, arystokracja, duchowieństwo, szlachta, w pewnym zakresie także mieszczaństwo wykonywali wspólnie władzę polityczną, tworząc sytuację równowagi, kontroli i wzajemnego poszanowania. Decentralizacji towarzyszyła lokalność reprezentacji, czyli przednowożytny mechanizm bezpośredniego reprezentowania interesów różnych lokalnych wspólnot. Aż do Konstytucji 3 maja odbywało się to oczywiście w systemie sejmików ziemskich. To one wysyłały przedstawicieli do sejmu ogólnokrajowego i stanowiły esencję polskiego parlamentaryzmu. Wspomniane dwie cechy stanowią podłoże wręcz wymarzone do zakiełkowania dystrybucjonizmu (przypis 6) – zjawiska, którego twórcę omówimy dalej.

2. (III)

Gilbert Keith Chesterton, dziennikarz i myśliciel polityczny. Zaniechanie nazwania tego wybitnego, angielskiego konwertyty katolickiego pisarzem to nie przypadek. Sam o sobie bowiem mówił, że jest dziennikarzem a i styl jego pisarstwa, rozpędzony jak TGV (pióro często nie nadążało za myślą), zdradza cechy charakterystyczne dla reporterów. Nie będziemy tu wymieniać jego dzieł, nawet tych najważniejszych. Po pierwsze nie mamy do dyspozycji tyle miejsca a po drugie żyjemy w czasach, kiedy brak dostępu do internetu jest zjawiskiem nietypowym i pożądanym wręcz panicznie przez osoby poszukujące wytchnienia od codziennych obowiązków. Kto zatem zechce, ten znajdzie. Ciekawa sprawa, że Chesterton miał zwyczaj oceniania bardzo nisko własnej twórczości (przypis 7) . Stajemy wobec tego przed dylematem, czy zakwestionujemy osąd autora, który sami uznajemy za autorytatywny, czy może podważymy nasz własny, w akcie pokory? Sprawa do rozpatrzenia indywidualnego. Jako już się rzekło, Chesterton wymyślił dystrybucjonizm. Otóż nie sam i nie do końca wymyślił. Inspirował się Katolicką Nauką Społeczną, zwłaszcza zaś encykliką Rerum novarum (przypis 8) (a zatem także myślą papieża Leona XIII) zaś jako drugiego ojca założyciela tej doktryny ekonomicznej i idei społecznej, o której mówimy, wymienia się pana Hilaire Belloca. A, że nie można mówić, iż dystrybutyzm jest pomysłem autorskim wspomnianych panów, staje się oczywistością gdy się w jego założeniach zagłębimy. Dystrybucjonizm bowiem, w swoim najbardziej pierwotnym i fundamentalnym znaczeniu, jest niczym innym jak powrotem do ideałów gospodarczych średniowiecznego świata Christianitas. We wstępie do polskiego wydania „Eseju o przywróceniu własności” (przypis 9) czytamy, że „termin ‚dystrybucjonizm’ jest mało trafny, ale jest on niemniej właściwy aniżeli ‚konserwatyzm’, czy ‚socjalizm’ […] jest on (dystrybutyzm) od wieków pewną normą, a dla norm nie zwykło się tworzyć terminów. I tak, na przykład, funkcjonuje określenie „kanibal” odnoszące się do osoby żywiącej się ludzkim mięsem, nie wymyślono natomiast osobnej nazwy dla człowieka, który tego nie robi (przypis 10).”

Chesterton twierdził, że „Too much capitalism does not mean too many capitalists, but too few capitalists (przypis 11).” Na tym głównie zasadza się dystrybutyzm w znaczeniu gospodarczym. To system dążący do upowszechnienia posiadania małej własności (zwłaszcza ziemskiej) umożliwiającej utrzymanie się podstawowej komórce społecznej, czyli rodzinie, żyjącej w małej, samowystarczalnej i organicznej społeczności. Wykluczone są zatem wielkie własności, monopole, globalizacja, zawłaszczanie rynków, wyzysk poprzez pracę najemną, słowem, wszystko to, co niegodziwe a trwale związane z kapitalizmem (nazywanym precyzyjniej przez GKC proletaryzmem). Zresztą, PT Czytelnik, który postanowił zainteresować się tym krótkim tekstem, z pewnością doskonale zna tak sylwetkę omawianej postaci jak i jego ideę. Należy jednakowoż przypomnieć, że dystrybucjonizm (jak i jego autorzy) jest tworem z natury demokratycznym. W swej istocie, oparty na równości praw i własności system, nie ma zasadniczo innej drogi do wyboru. Na ten fakt zżymać się może niekiedy serce konserwatysty katolickiego, zwłaszcza, jeżeli jest monarchistą. Na szczęście, demokracja nie oznacza wcale demoliberalizmu, a dodatkowo z pomocą przychodzi nam następujący fragment:

„Demokracja ze swej istoty może być tylko lokalna, bo tylko na tym poziomie potrafimy ustalić rzeczywiste poglądy większości, ocenić kandydata oraz realność jego programu. Tylko konkurencja między decydentami przy niewielkich kosztach zmiany podległości, może przeciwdziałać degeneracji władzy (dowodem jest historia feudalizmu i wolnych miast). Wybory bezpośrednie powinny obejmować sędziów, prokuratorów i głównego administratora, którym na ręce może patrzeć zaledwie kilku znających się na rzeczy radnych. Swoboda w stanowieniu prawa lokalnego wprowadziłaby element konkurencji między samorządami. Lepiej zarządzane przyciągałyby dynamiczne i twórcze jednostki, stając się wzorcem dla innych gmin. Jeśli interes społeczności lokalnych ma być brany pod uwagę, to legislaturę centralną powinno się wybierać z samorządu lokalnego w wyborach pośrednich. Obecny sposób wyłaniania władz, polega na niewykonalnych obietnicach skierowanych do różnych dominujących grup interesów, które tak naprawdę są pretekstem do skubania tych, którzy nie potrafią się zorganizować i zagrozić władzy (przypis 12).”

Nie dość, że zgodne jest takie przedstawienie sprawy z duchem decentralizacji i lokalności, jakiego niesie z sobą dystrybutyzm, to jeszcze pozostawia drzwi otwarte dla ustroju monarchicznego w wymiarze ogólnopaństwowym. W tym momencie należałoby wrócić do Wawrzyńca Goślickiego. Katolicka, oparta na zasadach obywatelskich doktryna gospodarcza, ceniąca zdecentralizowaną władzę i agrarny charakter społeczeństwa, niewykluczająca obecności z Bożej Łaski króla. Toż to system stworzony dla duchowego i politycznego Sarmaty!

3. (III)

John Ronald Reuel Tolkien, pisarz i… myśliciel polityczny! Tak właśnie! Nie ma się co rozwodzić nad zasadnością obecności Anglika w tym zestawieniu ani dogłębnie opisywać sylwetki najważniejszego twórcy literatury w XX wieku (przypis 13). Najpierw cytat:

„The Shire at this time had hardly any ‚government’. Families for the most part managed their own affairs. Growing food and eating it occupied most of their time. In other matters they were, as a rule, generous and not greedy, but contented and moderate, so that estates, farms, workshops, and small trades tended to remain unchanged for generations. There remained, of course, the ancient tradition concerning the high king at Fornost, or Norbury as they called it, away north of the Shire. But there had been no king for nearly a thousand years, and even the ruins of Kings’ Norbury were covered with grass. Yet the Hobbits still said of wild folk and wicked things (such as trolls) that they had not heard of the king. For they attributed to the king of old all their essential laws; and usually they kept the laws of free will, because they were The Rules (as they said), both ancient and just (przypis 14).”

Jeżeli powyższy opis nie stanowi wzorcowego przedstawienia dystrybucjonistycznej społeczności, to znaczy, że niemożliwym jest takiego opisu dokonać. Czyż z samego tego fragmentu nie przebija duch katolickich wartości społecznych? Czyż równościowa społeczność, odnosząca swoje prawa i zwyczaje do rozrządzeń monarchii, żyjąca w zarządzanej demokratycznie i nieobciążonej urzędnikami krainie, nie przywodzi na myśl gospodarnej i rolniczej Wielkopolski małoszlacheckiej z początku XVII wieku? Oto Tolkien, człowiek mówiący wieloma językami tego świata i kilkoma znanymi wyłącznie w Śródziemu, znalazł sposób by za pomocą urzekające

go obrazu literackiego złączyć w serdecznym uścisku dystrybutyzm i sarmatyzm. No i był gorliwym katolikiem z odnotowanymi sukcesami misyjnymi15 a jego prace są istną kopalnią treści chrześcijańskich. A zresztą, czy dla Sarmaty może być co piękniejszego niż suto zastawiony stół i biesiada do rana, tak jak to właśnie czynią Hobbici? Pan Zagłoba byłby w Sire z pewnością pozostał na dłużej. Także i ekologiczny aspekt powieści Tolkiena ma charakter wybitnie dystrybucjonistyczny. Ziemia jest w końcu podstawowym środkiem utrzymania a jakość środowiska naturalnego potężnie oddziałuje na społeczność mieszkającą w jego obrębie. Tak zatem spotkali się Gilbert Keith i biskup Wawrzyniec przy kufelku w gospodzie w Michel Delving (przypis 16) .

(II)

Jakże się miała rzecz stosunku Rzeczypospolitej do prawa? Skoro Sarmata żywo interesował się Rzymem, jako ideałem republikańskim, to i prawo rzymskie miało pewnie dlań status nadzwyczajny? Nic bardziej mylnego.

Kultura prawna RON (przypis 17), obok religijności i „obywatelskości”, była najważniejszą sferą życia publicznego dla polskiej szlachty. Miała ona charakter wybitnie praktyczny, zdroworozsądkowy i zwyczajowy. Szlachcic uwielbiał uczestniczyć w wymiarze sprawiedliwości. Obyczajem było przysłuchiwanie się sądom, procesowanie o byle co. Podejmowano chętnie pracę przy sądach i kancelariach w charakterze sekretarzy (notarii, scribae). Bardzo niechętnie teoretyzowano i abstrahowano prawo, przejawiało się to w unikaniu prawnej kodyfikacji i formalizacji. Stąd podejrzliwość i krytyka prawa rzymskiego. Panowało głębokie przekonanie, że prawa nie rodzą się z ogólnych teorii i idei, ale z właściwego odczytania faktów i konkretnych przypadków. Prawo zatem wypracowano w procesie sądowym w wyniku najlepszego rozpoznania rzeczywistości. Praktyka sądowa uaktualniła jedynie prawo zwyczajowe, znane przodkom. Filozofia prawna Rzeczpospolitej zakładała, że wolne ludzkie działania warunkują pojawienie się praw, nie na odwrót. Prawo nie miało być czystą abstrakcją, nie mogło stać się dyktatem wymierzonym w swobodną aktywność człowieka.

Czyż nie przypomina to trochę rozumienia prawa na modłę tudorowskiej Anglii (Law makes the King)? Tam król też nie tworzył prawa. Zresztą do XVII w. parlament angielski również prawa nie stanowił ale je ogłaszał (law-declaring, nie law-making body). Ten common sense, jako podstawa prawa angielskiego jest jednym z wielu punktów stycznych w kulturze polityczno-prawnej obu państw. Czy dla kompatriotów Tolkiena i Chestertona ten polski wzorzec parlamentarno-monarchistyczny także nie jest czymś naturalnym? Dlaczego w końcu młoda Ameryka, którą formowały zwłaszcza pokolenia pamiętające życie w Wielkiej Brytanii, tak chętnie sięgała do polskich wzorców ustrojowych? GKC sam był wielkim przyjacielem Polski i Polaków, uważał, podobnie jak piszący te słowa, że to grunt doskonały pod zakwitnienie jego idei (przypis 18). Odwiedziwszy nasz kraj w 1927 roku Chesterton pozostawił w pamięci Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego (przypis 19) następujące wspomnienie: „Witając pana Chestertona, nie mogę powiedzieć, że jest on największym przyjacielem Polski, gdyż największym jej przyjacielem jest sam pan Bóg.”

(I)

Parafrazując GKC (przypis 20) czuję się uprawniony do stwierdzenia, że w katolicyzmie republikanizm sarmacki, gospodarka dystrybucjonistyczna i fantastyka tolkienowska pasują do siebie wyśmienicie. Osoba rozpoznająca szczytowy wzorzec moralności w naukach Kościoła Katolickiego, czerpiąca ideały życia politycznego z polskiego republikanizmu złotego i srebrnego wieku oraz oczarowana niezwykłością, pięknem i rozmachem Śródziemia powinna z pewnością zainteresować się ideałem dystrybucjonizmu. Takoż i dystrybucjonista, niekoniecznie miłujący sienkiewiczowską Trylogię, niech rozważy jak idealne warunki do zaistnienia gospodarki własnościowej rodzi ustrój monarchii mieszanej i zauważy, że to wcale nie Włosi w latach 20. XX stulecia jako pierwsi udowodnili, że alternatywa rozłączna: republika albo monarchia, jest zgoła fałszywa. Wreszcie wszyscy ludzie dobrej woli sięgnąć powinni po Tolkiena. Znane są nawet przypadki nawróceń pod wpływem lektury tej niesamowite literatury fantastycznej.

Wszystkim należy się na koniec odrobina uczciwości ze strony entuzjasty sarmatyzmu, który aspiruje do bycia dystrybucjonistą. Nie ma dla dystrybucjonisty wielu wartości cenniejszych niż własność, zwłaszcza dotycząca ziemi. Nie ma ludzi, którzy są bardziej godni tę ziemię posiadać niż ci, którzy ją uprawiają, często od pokoleń. Jak zatem reagować na rozwiązania przyjęte w tym zakresie przez Rzeczpospolitą? Oczywiście negatywnie. Prawdziwym dramatem jest, że lud polski został uwłaszczony dopiero w wieku XIX i to przez władze nikczemne. Na dodatek zaborcy wygrali tym czynem chłopstwo przeciwko sprawie polskiej. Tak, jak Sarmata nie jest entuzjastą Konstytucji 3 Maja, tak trzeba przyznać, że pierwsze polskie prawdziwie podrygi polityczne, mające uczynić coś w kierunku chłopskim, nastąpiły na jej mocy i w jej duchu. Chodzi tu zwłaszcza o „Ustawę o sprzedaży królewszczyzn” z roku 1792. Oddawała ona chłopom osiadłym w królewszczyznach użytkowany grunt na własność, nadawała im wolność osobistą (po rozwiązaniu kontraktu z dziedzicem), prawo wychodu i uwolnienie z poddaństwa włościan nieposiadających gruntu – ustawa ta jednak nie weszła w życie na skutek przegranej wojny w obronie Konstytucji 3 maja z Rosją i II rozbioru Polski. Kto wie jakie byłyby konsekwencje i następne kroki władz polskich. Ale podkreślmy, że konstytucja Sarmację kończyła, nie była jej naturalnym wynikiem (przypis 21)… przykra i wstydliwa karta historii.

Padło wyżej wyrażenie „ideał”, nie bez przyczyny. My, ludzie XXI wieku, bylibyśmy niepoważni myśląc, że powrót do pewnych formuł kulturowych, politycznych czy gospodarczych w wersji niezmienionej jest możliwy. Tak dystrybucjonizm jak i sarmatyzm polityczny należy traktować jak ideały, do których należy dążyć i odnosić rzeczywistość. Ale nie można liczyć na odrodzenie się ich w formie niezmienionej. Naprawdę wiele elementów dystrybutyzmu w gospodarce i monarchii mieszanej w ustrojowości można wprowadzić dziś niewielkim kosztem. Wystarczy aby ludzie na nowo zachwycili się Tolkienem.

Jan Posadzy

_______________________

Przypisy:
1 Mowa o Hamlecie. Uznaje się, że angielski poeta umieścił w sztuce postać Poloniusza i opisał niektóre postawy bohaterów inspirowany „idealnym Senatorem” Goślickiego.
2 „De optimo senatore libri duo”, pierwsze wydanie w 1568 r. w Wenecji. Przekład ang. pt. The Counsellor Exactly Portraited in two books, wyd. Londyn 1598 (skonfiskowane), następne wydane pod zmienionymi tytułami.
3 Herb biskupa Wawrzyńca Goślickiego.
4 „De optimo senatore…”
5 Marek A. Cichocki, „Rzeczpospolita – utracony skarb Europy” w: Władza w polskiej tradycji politycznej, praca zbiorowa, red. Jacek Kloczkowski, Kraków 2010
6 Warunkiem zaistnienia którego jest poprawnie realizowana zasada subsydiarności, obecna w ideale ustrojowym sarmackiej republiki.
7 Na przykład: „My real judgment of my own work is that I have spoilt a number of jolly good ideas in my time.”
8 Leon XIII, „Rerum novarum”, Rzym 1891
9 Hilaire Belloc, „An Essay on the Restoration of Property”, 1936 (Pol. Warszawa, 2013)
10 Aidan Mackey
11 G.K. Chesterton, „The Uses of Diversity”, 1921
12 Wojciech Czarniecki, „Poszukiwanie modelu dystrybucjonizmu”, 2015
13 Pod koniec XX stulecia odbyło się wiele plebiscytów dotyczących literatury mijającego wieku. Czytelnicy w olbrzymich próbach badawczych wskazywali często Władcę Pierścieni jako książkę najlepszą. Na przykład: 1996, sondaż Folio Society, na 10 tys. badanych zwycięża WP. W tym samym roku program czwarty radia BBC ? zagłosowało 26 tys. osób, Tolkien wygrał w całej Wielkiej Brytanii, za wyjątkiem Walii. 1999, firma Nestle przeprowadziła plebiscyt, w którym Władca Pierścieni znalazł się tylko za Biblią.
14 J.R.R. Tolkien, „The Fellowship of the Ring”, 1954
15 Żona Tolkiena, Edith, dokonała pod wpływem męża konwersji na katolicyzm. Naraziła się tym samym na ostracyzm ze strony własnej rodziny i najbliższego otoczenia.
16 Jedna z miejscowości hobbickich w Shire.
17 Rzeczypospolitej Obojga Narodów
18 G.K. Chesterton, „The Polish Ideal”, 1927
19 Polski generał, dyplomata i dziennikarz. Wieloletni adiutant Marszałka Piłsudskiego.
20 G.K. Chesterton: „In Catholicism, the pint, the pipe, and the cross can all fit together.”
21 Mimo, że spośród ponad stu sejmików ziemskich, które w sprawie konstytucji w 1792 roku obradowały, około 2/3 opowiedziało się za jej przyjęciem, nie można uznać jej za naturalne następstwo sarmatyzmu. Zmiana była tak radykalna, że wręcz rewolucyjna. Pamiętajmy jednocześnie o propagandzie na rzecz ustawy majowej i powszechnej atmosferze zagrożenia moskiewskiego, zwłaszcza na wschodzie. Nie zmienia to wszystko faktu, że „3 maja” nastąpił legalnie i należało, będąc człowiekiem uczciwym, bronić tego stanu rzeczy przed czynnikami obcymi.

Hobbickie miary długości

 Dedykujemy znajomym Hobbitom

 

Źródło: Science Fiction & Fantasy

Hobbici w Śródziemiu stosują system jednostek oparty na ich rozmiarach części ich ciał. System ten obejmował jednostki od długości paznokci u nóg do odległości, jaką mogą pokonać w ciągu dnia.

Poniższy tekst pochodzi z notatek, które Tolkien zrobił na odwrocie karty menu wieczornego posiłku na jego wydziale, w którym uczestniczył we wczesnych latach pięćdziesiątych (w okresie, gdy pracował nad Władcą Pierścieni). Karta znajduje się obecnie w Marquette University Libraries, Milwaukee, MS. Tolkien MSS-4/2/19. Reprodukowano ją kilka lat temu w katalogu wystawy Tolkien: Maker of Middle-earth.


Oto polski przekład transkrypcji tego dokumentu:

HOBBICKIE MIARY DŁUGOŚCI

1 paznokieć (długość paznokcia u stopy) – 1/4 cala czyli 0.63 cm
6 paznokci = 1 palec (u nogi) – 1 1/2 cala czyli 3.8 cm

[Wydaje się, że obok jest notatka zmieniająca to na (lub może dodając nową miarę) dużego palca u nogi, dając paznokciowi 1/2 cala czyli 1.27 cm i obliczając 1 palec u nogi jako 3 paznokcie]

6 palców = 1 stopa – 9 cali czyli 22.86 cm
[3 stopy = 1 krok lub łokieć] – 2 stopy 3 cale czyli 0.7 m
6 stóp = 1 dwukrok lub długi chód lub sążeń – 4 stopy 6 cali czyli 1.4 m

MIARY TERENOWE I MARSZOWE

(bazując na zwykłym stąpaniu krok za krokiem, bez wysiłku)

1 krok lub „łatwy krok” – 2 stopy czyli 0,6 m
2 kroki = 1 chód lub pręt – 4 stopy czyli 1,2 m
12 kroków (lub 6 chodów) = 1 pasek – 24 stopy (8 jardów) czyli 7,3 m
144 kroki (72 chody, 12 pasków) = 1 bieg – 96 jardów czyli 87,7 m
2 biegi = 1 sullony
– 192 jardy czyli 175,5 m [nie znam jeszcze znaczenia słowa sullony]
1728 kroków (894 chodów, 6 sullony) = 1 (krótka) mila lub kroko-mila – 1152 jardy czyli 1.053 km
1728 chodów (2 spaceromile) = 1 długość lub chodo-mila lub bramne – 2304 jardy czyli 2.106 km

łokieć i sążeń są zawsze używane dla mierzenia sznura lub materiału.

W kolejnym odcinku napiszemy o númenórejskich miarach długości.

Przemysław Mroczkowski
Dalsza baśń o prawdach (1962)

wyd

Okładki pierwszych wydań Tolkiena z lat 1960-1985

Przedstawiamy Wam kolejną część recenzji „baśni o prawdach”, którą dla Przeglądu Kulturalnego napisał polski Inkling, człowiek, dzięki któremu książki Tolkiena pojawiły się w Polsce, prof. Przemysław Mroczkowski.

Przegląd Kulturalny, nr 52-53 (538-539) 1962, str. 9:

DALSZA BAŚŃ O PRAWDACH
Przemysław Mroczkowski

Nie wolno przeoczyć ukazania się drugiego porywającego tomu baśniowego eposu J. R. R. Tolkiena Pan Pierścieni [ciekawi ta wersja tytułu, bo w Polsce wydano książkę jednak jako Władcę Pierścieni! – przyp. LNDL]. Tom pierwszy, pt. Wyprawa polecałem rok temu (Wielka baśń o prawdach, grudzień 1961). Jako przysięgły herold tego dzieła rozgłaszam dobrą wieść, że już się ukazał jego następny pokaźny tom: Dwie wieże.

Pod koniec pierwszego tomu było tak, że wśród wielkich przygód kompania niosąca tajemniczy pierścień do groźnej krainy Mordoru (by tam go zniszczyć i w ten jedyny sposób uratować świat dobra przed zagładą) rozproszyła się. Niosący pierścień Frondo [oczywiście Frodo! – przyp. LNDL] został tylko w towarzystwie swego sługi i przyjaciela.

Mimo to zagłębia się, wśród rosnących niebezpieczeństw, w krainę Czarnego Władcy, by spróbować dopełnić zadania.

Jak to się dzieje, że zaczytujemy się w tym wszystkim, mimo tylu szczegółów fantastycznych? Pytanie zastanawiające, ale nie bardziej, niż pytanie o siłę czy sekret działania Tristana i Izoldy, Makbeta czy Don Kichota.

Niemało w tym wszystkim podobieństwa do Sienkiewicza, tylko dochodzi pewne „udziwnienie” i pogłębienie. Ale jest i porywająca akcja, i uśmiech, i „pokrzepienie serc” człowieczych (pod niebem pełnym mroku i grzmotów). A „o czym nam mówi autor” na tych kartach pełnych humoru, grozy, bohaterstwa i barwy? O podobnych sprawach jak w tomie pierwszym – w ogóle o sprawach starych: że ludzie lubią życie spokojne i przyjemne (Frondo [Frodo!] się nie śpieszył na wyprawę), ale że jednak musi się znaleźć ktoś, kto za wszystkich podejmie wielkie i trudne zadanie ratowania ich z nędzy czy ucisku, czy niewoli: że przeto nie przedawniła się dzielność; że w życiu nie ma gwarancji powodzenia (choć trwa nadzieja). I trwa poezja, której „opowiadaną apologią” są poniekąd wszystkie trzy tomy.

Przeczytaj resztę wpisu »

Przemysław Mroczkowski,
Wielka baśń o prawdach (1961)

col4Z wielką przyjemnością prezentujemy Wam prawdopodobnie pierwszy, najwcześniejszy tekst o Tolkienie i jego książkach, jaki ukazał się w polskiej prasie. Dzięki uprzejmości naszej Znajomej, Joanny Tarasiewicz, otrzymaliśmy skany dwóch artykułów prof. Przemysława Mroczkowskiego, polskiego Inklinga (patrz tutaj i tutaj) z Przeglądu Kulturalnego z 1961 i 1962, gdy w PRL-u ukazywało się pierwsze wydanie Władcy Pierścieni w tłumaczeniu Marii Skibniewskiej. Dziś prezentujemy pierwszy z tekstów: „Wielka baśń o prawdach” (Przegląd Kulturalny nr 49 (484), str. 4 (nie numer 46, jak błędnie podają niektóre bibliografie). Czytajcie! Niech ten tekst wywoła dyskusję tutaj i na naszym profilu na Facebooku. Zauważmy, że prof. Mroczkowski nie pisze o „trylogii”, a o epopei w trzytomowej księdze, że używa pięknych porównań, korzysta z bogactwa polszczyzny pisząc np. o „pozaświatowości elfa”. Prezentowane zdjęcie przedstawia pierwsze wydanie Władcy Pierścieni w Polsce z osobistej kolekcji Profesora Tolkiena (znamy te egzemplarze z niektórych zdjeć J. R. R. Tolkiena na tle jego półki z książkami). O tym, jak te książki znalazły się w Polsce przeczytacie na Tolkniętym i w przygotowywanym na Boże Narodzenie numerze Simbelmynë.

[poprawki redaktorskie podajemy w nawiasie kwadratowym]

WIELKA BAŚŃ O PRAWDACH
Przemysław Mroczkowski

Czy można pozwolić sobie na porcję entuzjazmu? Wydaje się, że są po temu powody z okazji ukazania się po polsku pierwszego tomu wielkiej księgi przygód, feerii i mądrości J. R. R. Tolkiena, której podano u nas tytuł Wyprawa [dziś Drużyna Pierścienia].

Piszący te słowa uważa to trochę za osobiste święto, ponieważ tę książkę podawał jeszcze w oryginale rodzinie i przyjaciołom, i podsunął myśl jej przekładu.

Jakiś czas temu wydano u nas krótszą powieść Tolkiena, Hobbit, autor nie jest więc naszym czytelnikom nie znany. Hobbit odgrywa w stosunku do Wyprawy rolę preludium, wprowadza postać dzielnego, a przy tym wielce osobistego ludzika, któremu „nagle wypadło być bohaterem” mimo zamiłowania do wygodnego, spokojnego życia i który przeklinając to zrządzenie losu, dokonuje jednak wielkiego czynu. Już ta książka zaznajamiała tych, którzy potrafili się na tym poznać, z niektórymi najlepszymi cechami angielskiej psychiki i charakteru, a także kultury pisarskiej. Wyprawa będzie to czynić na o wiele większą skalę.

J. R. R. Tolkien przez długie lata profesor filologii angielskiej w Oxfordzie [pisownia oryginalna], jest jednym więcej przykładem łączenia w tradycji tego uniwersytetu pasji badawczej z zamiłowaniem literackim. W najgłośniejszym przypadku Lewis Carrolla twórczość zwyciężyła nawyki matematycznego myślenia pisarza: każdy zauważył, że „Alicja w Krainie Czarów” prowadzi pewne logiczne konstrukcje, chociaż doprowadza do absurdalnego zakończenia.

Tolkien jest znawcą starej literatury i języków. Jego wykłady wprost oszałamiały orientacją w spuściźnie rękopiśmiennej, w bogactwie form dialektycznych, rodzajach pisma. Ale ktoś dobrze umiejący czytać w twarzach byłby może dostrzegł pod skupieniem badacza coś z oczarowania dziwnością wykładanych spraw, coś z zaświatowości elfa. W każdym razie jest w tej chwili jasne, że oprócz władz analitycznych pracowała tam wyobraźnia, gromadząca przez lata wizje minionych ludzkich społeczności, ich wierzeń, walk, nabywanych doświadczeń; że na przykład rękopis jawił się nie tylko jako przekaz danych do naukowego wykorzystania, ale jako to, czym ongiś bywał, jako układ znaków, w których ludzie „zaklęli” swoje doświadczenie. Aż przyszedł dzień, w którym te podskórne prądy wydostały się na powierzchnię: wydawcy Allen i Unwin wypuścili w r. 1954 pierwsze z licznych wydań trzytomowej baśniowej epopei: Pan Pierścieni (The Lord of the Rings). (W tej chwili Amerykanie kręcą już z tego film).

Przeczytaj resztę wpisu »

Creatio Fantastica nr 2 (57) 2017
i fantastyczny numer tolkienowski!

creatio_oklCzasopismo do ściągnięcia – kliknij na obrazek!

To naprawdę wielkie wydarzenie tolkienowskie w Polsce! Żyjemy w jakiejś niezwykłej erze nowego ożywienia mitopeicznego. Świadczy o tym najnowszy numer Creatio Fantastica, wydawnictwo Ośrodka Badawczego Ficta Facta w Krakowie. Czasopismo jest do ściągnięcia całkowicie za darmo (TUTAJ). A oferuje ponad 200 stron samych tolkienowskich rarytasów! Sami zobaczcie na tolkienowską część spisu treści:

Artykuły naukowe

„Tolkien w oczach mediewisty”
Thomas Honegger

„Tolkien i wikingowie. Czyli o związkach J. R. R. Tolkiena
z wiktoriańską literaturą na temat Północy”
Michał Leśniewski

„Z Prus do Anglii. Saga rodziny J. R. R. Tolkiena (XIV-XIX wiek)”
Ryszard Derdziński

„Silmarillion – allotopia J. R. R. Tolkiena w perspektywie ardologicznej”
Krzysztof M. Maj

„Nomadyczność w cieniu Mordoru”
Jakub Alejski

„Inspiracja radykalna, czyli wątki tolkienowskie w twórczości Varga Vikernesa
Adam Podlewski

Rozmowa numeru

„Między Oksfordem a Mordorem”
Rozmowa z Katarzyną Mroczkowską-Brand

„Tolkien nadal inspiruje badaczy”
Rozmowa z Andrzejem Szyjewskim

Zapraszamy do lektury, a Redakcji Creatio Fantastica serdecznie dziękujemy za tak piękny numer pisma!

How it all began.
The introduction to the #TolkienAncestry

This is the first part of Ryszard Derdzinski’s essay on the history of the Tolkien family. It was translated into English by Juliusz Żebrowski.

tolkienbenj

Johann Benjamin Tolkien (Tollkühn) was baptized on 11 June 1752 at St Salvator, Gdańsk

When my friend Tomasz Gubała and I started our journey – which we called „Tołkiny 2010” – to Gdańsk and the former Prussia in the summer of 2010, I was guided by curiosity of the places which were far and unknown to me. I was also glad that due to our passion for Tolkien we were on our way again. I could not expect that the quest would last seven years, including some breaks, and that it would result in so many interesting discoveries.

It all started from a small piece of information on English language version of Wikipedia (yes, this tool may trigger a real scientific adventure!), where in the profile of the writer J. R. R. Tolkien I read about an alternative (compared to the official) etymology of the surname and about a certain village Tołkiny in Warmian-Masurian Voivodeship (in the historical land of Bartia in Lower Prussia) that the surname could be related with.

I am a graduate of the Department of Social Sciences at the University of Silesia in Katowice. My major was history of administrative autonomy (I have always been sure that this kind of interest has also been fuelled by my passion for Tolkien and particularly Hobbits and their autonomous, in a positive sense ?anarchic?, land of the Shire), whereas working with historical sources, texts in old or extinct languages, materials from the North of Europe has always given me plenty of pleasure. Preparations for the „Tołkiny 2010” expedition involved collection of historical accounts concerning Rastembork – today’s Kętrzyn – and its neighbourhood where Tołkiny is located (presently it is a settlement in the municipality of Korsze), search query of the 14th- and 15th-century Teutonic records (this is where the name and surname Tolk emerges for the first time with the Tolkyn/Tokin variants and also the place name Tolksdorf/Tolkynen) and insight in Prussian language and mediaeval German of the Teutonic State. The journey took me through beautiful and interesting places, allowed me to meet great people and to buy fantastic books that helped me do further research. Visiting Gdańsk I had no idea that probably it had been there that in ca. 1772 the great-great-grandfather of J. R. R. Tolkien and the former’s brother had left behind for England to start a new life in London (which commenced the English line of the Tolkien/Tollkühn family of German descent with Professor Tolkien as its future venerable member). That I got to know in December 2016.

I will make an attempt to describe the current state of our knowledge on the origin of the surname Tolkien and on how widely it has been used. Moreover, I want to report on my own research and to present the reconstructed history of J. R. R. Tolkien’s ancestors in Gdańsk and London. Some research perspectives for what I called #TolkienAncestry for Internet use will be described here, too. In another (forthcoming) text I am going to present my findings considering the surname Tolkien’s history between the 14th and 18th century and to mention its more prominent bearers.

to be continued

Chronologia Hobbita, czyli wszystko co chcielibyście wiedzieć o tym, kiedy się zdarzyło…

W świecie Tolkiena fascynujące jest wiele rzeczy, świat jest tak złożony, drobiazgowo opisany, że zachwyca, budzi podziw i szacunek, ale jednocześnie z tego względu ilość informacji, nazw, miejsc, opisów i zdarzeń do odkrycia jest gigantyczna.

Wiele z tych zdarzeń odbywa się równolegle, jedne wynikają z drugich, inne z kolei są całkiem niezależne, kolejne niby nie mają związku z innymi, ale po czasie okazuje się, że jednak tak i tak dalej i tak dalej. Wszyscy znamy lub co najmniej słyszeliśmy o powieści mistrza – Hobbit, czyli tam i z powrotem.

W poniższym wpisie spróbuje przybliżyć wydarzenia z Hobbita chronologicznie, a jak zobaczycie wcale nie jest to łatwe.

Dokonałem syntezy chronologii Hobbita na podstawie: The Atlas of Middle Earth – Karen Wynn Fonstad , trzech innych chronologii – w tym dwóch astronomicznych – oraz Itinerarium, czyli opisu trasy podróży z zagubionej wersji Hobbita z 1960 roku. Wynik poniżej:

Przeczytaj resztę wpisu »

Simbelmynë nr 24 (2005) w pdf

10 Blotmath, 1493 (72), East Farthing, The Shire

tolkien_aotrou_itrounDziś w związku z premierą książkową opowieści J.R.R. Tolkiena pt. Ballada o Aotrou i Itroun w opracowaniu Verlyn Flieger (piszemy o tej książce tutaj) proponujemy Wam podróż w przeszłość i lekturę archiwalnego numeru naszego czasopisma Simbelmynë z jesieni 2005. Opublikowaliśmy wtedy całą balladę Tolkiena w tłumaczeniu Joanny „Adaneth” Drzewowskiej i dołączyliśmy do tego tłumaczenia wiele tekstów o samym poemacie, o poezji celtyckiej, o celtyckiej mitologii. Ilustracje do tamtego numeru Simbelmynë wykonała niemiecka artystka Anke Eissmann oraz Maciej Wygnański. Mamy nadzieję, że lektura naszego archiwalnego czasopisma będzie dla Was przyjemnym urozmaiceniem listopadowych wieczorów. Napiszcie nam w komentarzach, co sądzicie o tekście Tolkiena, jakie przywołał w Was skojarzenia, czy podoba Wam się przekład. A tymczasem zajrzyjmy wpierw do spisu treści tego numeru.

UWAGA! Aby otrzymać link do pdf z tym numerem czasopisma napiszcie na naszego maila elendilion@elendilion.pl a jeżeli jesteście użytkownikami mediów społecznościowych lub forów dyskusyjnych, poinformujcie o tej publikacji innych. W miarę możliwości prosimy Was o udostępnienie na swoich profilach na Facebooku, Twitterze albo Waszych stronach linku do naszego facebookowego fanpage’a: https://www.facebook.com/ElendilionInformacje/

Simbelmynë nr 24 (jesień 2005)
Spis treści

Andrzej Kowalski – Głos Dziedzica Bucklandu
Głos z Moczarów
Wiadomości zza Brandywiny – relacja z Berliner Tolkien Tag (R. Derdziński)
Rozmowa Simbelmynë z Anke Eißmann, artystką tolkienowską z Niemiec
Wiadomości zza Brandywiny – relacja z Berliner Tolkien Tag (A. Koszowska)
Hobbici górą! – wywiad z 15 stycznia 1967 r. z J.R.R. Tolkienem
J.R.R. Tolkien – Notion Club Papers (Zapiski Klubu Mniemań) ? tł. J. Drzewowska, cz. 2
Joanna „Adaneth” Drzewowska – Wiersze irlandzkie: Tir na nÓg
Andrzej Szyjewski – Zanik (uwiąd) bogów w mitach celtyckich

Ryszard „Galadhorn” Derdziński – J.R.R. Tolkien i bretońskie lais
J.R.R. Tolkien – Ballada o Aotrou i Itroun – tł. J. Drzewowska
Joanna „Adaneth” Drzewowska – Tłumaczyć nieprzetłumaczalne…

O Etain i Miderze, legenda irlandzka z „Cyklu mitologicznego” – opr. J. Drzewowska
Joanna „Adaneth” Drzewowska – Wiersze irlandzkie: Oisin
Polscy fani Tolkiena, cz. 2 – Marta „Carcharoth” Promis o Stowarzyszeniu „Arda”
Joanna „Adaneth” Drzewowska, Fredegar O’Grodnik – Zielnik Śródziemia, cz. 2
Warsztaty Lingwistyczne, cz. 8 – Thorsten Renk – Kurs quenya, lekcja 5, tł. Arathulion
Tolkien Zone – Rafał „Rafer” Kwaśniewicz
Summary

tuor-pl_

Elves4Life

Są dzieci w Śródziemiu błogosławieństwem Eru. Życie jest tam błogosławieństwem. Bo ci, których nazwać możemy Voronwi Eruo, Wiernymi Jedynego, tworzą w swoim świecie prawdziwą cywilizację życia i całym swoim jestestwem sprzeciwiają się Nieprzyjacielowi, tyranowi kultury śmierci…

elves4lifeZnakomity tekst Tolkiena pt. „Prawa i obyczaje pośród Eldarów” (w History of Middle-earth, tom X), a także inne teksty Legendarium ukazują świat rodzin, świat małżeństw i dzieci, świat, w którym życie traktowane jest jako dar, który należy przyjąć z odpowiedzialnością, i którego nie wolno porzucić. Przekazywanie życia jest błogosławieństwem w Śródziemiu – odbieranie życia innym – ale także sobie – jest skutkiem knowań Zła. Bardzo piękny jest dla mnie w dziele Tolkiena ten bezwarunkowy szacunek, z jakim traktuje się życie istoty rozumnej od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci. Ważne jest też według mnie to, że Wierni (niezależnie od rodzaju – elfowie, ludzie, krasnoludy, enty…) traktują swoje potomstwo jako dar. Pisze o tym w kontekście kultury Eldarów Tolkien we wspomnianym wyżej tekście o prawach i zwyczajach elfów. W tamtym świecie nie mówi się „mam dziecko”, ale „dziecko zostało mi dane”. I elfowie, u których od momentu poczęcia do narodzin upływa dokładnie jeden rok słoneczny, liczą swoje rocznice poczęć, nie urodziny. Jak nazwać taką rocznicę – poczęcinami? Ludzie, u których sprawy biologii nie są tak harmonijne, jak u elfów, momentu poczęcia nigdy nie są w 100% pewni – dlatego nie pozostaje im nic innego jak świętować urodziny. Wiemy, że prym w tej dziedzinie wiedli hobbici, którzy z urodzinami związali wiele sympatycznych obyczajów, a uroczystość urodzin była u nich w rodzinach bardzo częsta, skoro rodzicie miewali po kilkanaścioro potomstwa. Jednak można być pewnym, że podobnie jak elfy, również śmiertelnicy uważali, że istnienie osoby rozpoczyna się w chwili poczęcia. Przypomnijmy sobie podwójną tragiczną śmierć Nienor i jej nienarodzonego dziecka. Tylko dziś jeszcze niektórzy mają z tym problem. Nieprzyjaciel wciąż działa…

plod

Boromirek w łonie Finduilas, około 3,5 miesiąca od poczęcia

Przeczytaj resztę wpisu »

Wcześniejsze wpisy →