Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Tolkien Estate przeciwko publikacji Mirkwood

Amerykanin Stephen Hillard, mieszkający w stanie Texas,  jest autorem książki Mirkwood w której jednym z bohaterów jest J.R.R Tolkien.

MirkwoordHillardOd momentu kiedy usłyszeliśmy o tej książce, pojawiały się pytania i wątpliwości o prawa autorskie, nie tylko odnośnie wykorzystania samego tytułu – Mirkwood (Mroczna Puszcza – która jest wielką puszczą w stworzonym przez J.R.R Tolkiena Śródziemiu), ale również samą zawartość książki i wykorzystania w niej wizerunku J.R.R. Tolkiena. Nie trzeba było długo czekać na reakcję przedstawicieli rodziny pisarza – Tolkien Estate – która to żąda zatrzymania publikacji książki i zniszczenia istniejących kopii, w innym przypadku grozi Hillardowi procesem sądowym. Mirkwood, A Novel About J.R.R. Tolkien (Mroczna Puszcza, powieść o J.R.R Tolkienie – tłum. moje) to 450 stronicowa książka której akcja rozgrywa się w Ameryce od roku 1970 do dni współczesnych. Bohaterami powieści są  J.R.R Tolkien, oraz pięć zmyślonych postaci. Hillard przyznaje, iż w Mirkwood łączy fikcję literacką z krytyką dzieł Tolkiena, dodaje również, iż książka porusza kwestię braku występowania kobiet – jako bohaterów  w książkach The Hobbit oraz The Lord of the Rings.

Tolkien Estate wystosowało list, w którym wskazuje na prawa jakie posiada w stosunku do dzieł Tolkiena, jak również wszelkich materialnych korzyści płynących z wykorzystania nazwiska J.R.R Tolkiena.

Stephen Hillard postanowił obrócić sprawę na swoją korzyść i pozwał Tolkien Estate o naruszenie jego praw konstytucyjnych i zasady fair use (dozwolony użytek).

Jak rozwiąże się cała sytuacja zobaczymy, wiemy że u wielu z Was roszczenia TE budzą kontrowersje, dlatego zapraszamy do komentowania i dyskusji w tym newsie. Czy jeśli Stephen Hillard czerpie finansowe korzyści ze swojej książki, TE ma prawo żądać zatrzymania publikacji? Czy TE broni się przez żerującymi na sławie Tolkiena fanami? Jakie są Wasze opinie?

Przejrzyj fragment powieści na amazon.com

Źródło: www.hollywoodreporter.com

Kategorie wpisu: Informacje medialne, Nowości wydawnicze, Twórczość fanów

47 Komentarzy do wpisu "Tolkien Estate przeciwko publikacji Mirkwood"

BoKu, dnia 20.02.2011 o godzinie 21:57

Tolkien sam czerpał inspirację z dawnych opowieści nie pytając ich autorów o zgodę (mogłoby to być trudne). Jego wytworem są na przykład Entowie, Hobbici; ale już nie Elfowie (a raczej nie Elf).

Nie znam treści książki więc trudno mi roztrząsać kto ma rację. Nie wydaje mi się jednak, aby nie można było w książce wykorzystywać nazwiska J.R.R. Tolkien bez uzyskania zgody od spadkobierców. Bo co by się stało z podręcznikami i opracowaniami na temat stylów i gatunków literackich – musiałyby one wszystkie zniknąć z półek księgarń i bibliotek, bo np. prawnuczka Bolesława Prusa sobie nie życzy i już…

tallis, dnia 20.02.2011 o godzinie 22:28

Goła paranoja i tyle w temacie :)

Anya, dnia 21.02.2011 o godzinie 1:31

Jeśli bohaterem powieści jest Tolkien jako żywa osoba, a nie Tolkien jako „ktoś, o kim się tylko mówi”, do tego jeszcze występuje w otoczeniu fikcyjnych postaci, to dla Tolkien Estate już jest to naruszenie jak rozumiem czci zmarłego, a jak jeszcze pojawiają się nazwy, które sam Tolkien wymyślił, jak choćby wspomniana Mroczna Puszcza, to TE już chce procesy wytaczać. Jeśli jest tak, jak przypuszczam na podstawie podanych w notce informacji to… za przeproszeniem, do kroćset Balrogów! Co to ma wszystko znaczyć? Rozumiem dbałość TE o prawa autorskie i ochronę wizerunku Tolkiena, ale tu już grubo przesadzają. W uzasadnieniu TE nie ma bowiem jasno mowy o szkalowaniu JRR Tolkiena w powieści, o złym czy kłamliwym przedstawieniu jego osoby, ale o tym, „że się w powieści pojawił”. Notka zawiera tylko wzmiankę o liście, w którym TE pisze o materialnych korzyściach z wykorzystania wizerunku Tolkiena oraz o prawach autorskich. W Chiny się bawi TE, że taką cenzurę uprawia? Na to mi wygląda. Cała nadzieja w amerykańskich prawnikach (i ich talencie), którzy mogą doprowadzić do wygrania sprawy przez Hillarda. Dobrze, że jeszcze się nie „dorwali” do piszących fanfiki na podstawie legendarium Tolkiena.

Zniesmaczyło mnie postępowanie TE w tej sprawie i się roooozpisałam.

Swoją drogą, ciekawe, co by dał list fanów JRRT do TE o tym, żeby zamiast zabraniać używania nazwiska JRRT w powieściach oraz nazw wymyślonych przez JRRT wszędzie gdzie się da, TE określiło precyzyjnie warunki wykorzystania w/w przymiotów/wartości.

Drzewiec, dnia 21.02.2011 o godzinie 1:58

Z każdym newsem dotyczącym Tolkien Estate potwierdza się moje przekonanie, że spadkobiercy Tolkiena to psychopaci i chciwcy chcący ze wszystkiego wydusić jakiś grosz. „Byle się nie napracować i wycisnąć jak najwięcej z pracy przodka” – to chyba ich dewiza życiowa. Można jedynie współczuć ludziom, którzy muszą z nimi współpracować.

Dobrze, że można mieć jeszcze nick powiązany z Tolkienem bez wysyłania sms`a o treści Chritopher na numer 3791 za jedyne 20 funtów.

Żałosne to jest i tyle

Galadhorn, dnia 21.02.2011 o godzinie 7:15

Tolkien Estate skutecznie chroni rynek wydawniczy przed chłamem. Chwała za to TE!

A w sprawie nazwy Mirkwood, akurat ona nie jest objęta prawami autorskimi Tolkiena. Profesor zapożyczył ją bezpośrednio od Williama Morrisa, a nie bezpośrednio ze znanej w Polsce całkiem dobrze Kroniki Thietmara oraz ze źródeł staroislandzkich (związanych z Sigurdem i Gudrun).

Niech fanfik zostanie fanfikiem (czyli niedochodową publikacją o bardzo ograniczonym zasięgu fanowskim). Dobra decyzja TE, moim zdaniem.

TAO, dnia 21.02.2011 o godzinie 10:32

Nie wiem i chyba nikt z nas wiedzieć nie może, czy książka Hillarda jest chłamem. Fragmenty, udostępnione na stronie Amazonu nie pozwalają tego ocenić. Zapewne nie jest to wielka literatura, ale literatura nieduża nie musi być chłamem.

W tej sprawie najważniejsze jest to, że prawnicy Hillarda i jego wydawcy odwołali się do Pierwszej Poprawki do Konstytucji USA, gwarantującej obywatelom USA wolność słowa i druku (określenie „press” ma tu podwójne znaczenie). Na tym gruncie mogą wygrać proces, a wtedy książka będzie mogła być rozpowszechniana w USA. A jeśli zapadnie korzystny dla nich wyrok (zapewne po paru latach, bo sądzę, że sprawa oprze się o Sad Najwyższy USA), będzie to wyraźne wskazanie, jakie są granice roszczeń, związanych z prawem autorskim.

Nie znając treści „Mirkwood” nie mogę powiedzieć, czy jest to fanfik (dostępne fragmenty także nie pozwalaja tego ocenić). Ale nie zgadzam się, że za takowy można uznać powieść czy opowiadanie, której bohaterem jest pisarz, a jednym z wątków – refleksja nad jego twórczością.

Galadhorn, dnia 21.02.2011 o godzinie 11:32

TAO, moje słowa o chłamie dotyczyły szerszego zjawiska. My jesteśmy już tak demokratycznymi społeczeństwami, że każdemu się wydaje, że może zarzucać czytelniczą rzeszę swoimi wierszami, opowiadaniami, powieściami. TE nie chce otworzyć furtki dla tego zjawiska w dziedzinie okołotolkienowskiej.

Jestem praktycznie pewien, że Hillard nie wygra procesu ze spadkobiercami Tolkiena.

Galadhorn, dnia 21.02.2011 o godzinie 11:53

Podoba mi się, co napisał na Hobbitonie Telperion:

„Niby tak, z drugiej jednak strony jeśli projekt nie jest nastawiony na materialny zysk na przykład takie fanowskie inicjatywy jak Born of Hope czy The Hunt for Gollum … Czy słyszeliście o procesach sądowych ze strony TE dla twórców tych filmów? TE nie jest zainteresowane tym co tworzymy, tylko czy czerpiemy zyski na tym co opiera się na spuściźnie J.R.R Tolkiena. Nie oszukujmy się, czy naprawdę uważacie że taka książka przyciągnęła by czyjąś uwagę, gdyby po pierwsze już na stronie tytułowej nie pojawiło się nazwisko Tolkien, po drugie cała książka nie była zbudowana wokół osoby profesora? Nawet jeśli ktoś by ją wydał -jakie szanse by miała bez sloganu reklamowego na okładce dla milionów fanów – na komercyjny sukces? Jakie prawo ma Hillard do czerpania zysków z tej publikacji? I co najważniejsze czy wrzucenie Tolkiena w fabułę nie jest kluczem do potencjalnego sukcesu tej książki? Pamiętajmy że tutaj chodzi o kasę(być może nawet sporą, nie wiadomo jak potoczą się losy książki) a nie o fanziny, newsy na Elendilionie, czy drukowane w domu kalendarze, Thalionową wizję zimy czy MFP. To nie obchodzi TE bo nie zbijamy na tym fortuny a co najważniejsze nie takie jest założenie tych projektów.Hillard napisał książkę z nastawieniem na sprzedaż, w celach zarobkowych inaczej nie przyciągnęło by to uwagi TE. Więc bądźmy fair.
Tak czy nie?”

Tom Goold, dnia 21.02.2011 o godzinie 12:42

Uwielbiam komentarze pełne uwielbienia dla Tolkien Estate;-) I to mimo ich już drugiej wątpliwej akcji w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Tym razem autor postanowił iść na udry z TE – i bardzo dobrze. Po pierwsze będzie to dobre dla promocji jego książki, po drugie jak widać – tylko sądownie można wyznaczyć granice ingerencji Tolkien Estate. Trudno nie zauważyć, że tym procesem TE ryzykuje dużo więcej niż Hillard – niepomyślny wyrok skutecznie zamknie drogę TE do podobnych roszczeń na rynku amerykańskim. Cios będzie wtedy bardzo dotkliwy.

Galadhorn, dnia 21.02.2011 o godzinie 12:58

TE to dobrzy prawnicy. Gdyby sprawa była tak oczywista i tak niekorzystna jak mówi chór fanów (ataki na naszego, bądź co bądź, dobrodzieja to w fandomie cykliczny rytuał), spadkobiercy by nie ryzykowali. Rynek amerykański wielki rynek jest…

Tom, ale fajny „flejm kontrolowany” 😛

Tom Goold, dnia 21.02.2011 o godzinie 13:18

Myślę, że akurat prawników Hillard będzie miał równie dobrych, wiele kancelarii ze względu na prestiż weźmie taką sprawę za symboliczne pieniądze. Poza tym ja wcale nie twierdzę, że sprawa jest oczywista – cieszę się, że tym razem to sąd wyznaczy granice ingerencji Tolkien Estate. Lepsze to niż polityka zastraszania, która tak wspaniale sprawdza się wobec angielskich autorów;-) Najważniejsze, że książka obecnie jest zupełnie legalna i bez problemu można ją kupić w wersji papierowej bądź elektronicznej. Ja chyba skuszę się na wersję z Kindle Store – kosztuje niecałe 6 USD.

Ajwenhoł, dnia 21.02.2011 o godzinie 14:13

A jak to było z Pierumowem? Nie wydaje mi się, by miał „błogosławieństwo” TE:)

Ajwenhoł, dnia 21.02.2011 o godzinie 14:50

OK – znalazłem już na stronie informację na ten temat.

TAO, dnia 21.02.2011 o godzinie 16:33

Gwoli ścisłości: Hillard nie ma do czynienia ze spadkobiercami Tolkiena, lecz z instytucją, powołaną do zarządzania ich prawami, o kierunkach działalności której decydują prawnicy, dążący – świadomie lub nie – do zwiększenia stopnia reglamentacji prawnej życia społecznego (jest to bowiem w interesie tej grupy zawodowej).

A co do chłamu… mamy tu do wyboru: albo zaryzykować samodzielne przedzieranie się przez chłam, albo zdać się na takiego czy innego cenzora (cenzorów), decydujących, jakie dobra kultury są dla nas „dopuszczalne”, jakie zaś nie. Szkody, jakie wyrządza kulturze cenzura znam aż nadto dobrze, więc skłaniam się ku pierwszemu stanowisku. I wcale nie uważam, by „rozproszona”, sądowo-handlowa cenzura była mniej niebezpieczna od państwowej cenzury „ideologicznej”.

Dlatego cieszę się, że w tej sprawie wyjdziemy poza roztrząsanie granic prawa do zastrzegania sytuacji, postaci, słów, a nawet osób, podejmując refleksję nad tym, jakie ograniczenia prawa autorskiego wynikają z praw człowieka, przede wszystkim – prawa do wolności słowa. A jest to sprawa o znacznie szerszym zakresie, niż to, co, jak i komu wolno pisać o Tolkienie.

Drzewiec, dnia 21.02.2011 o godzinie 17:13

Nie sądzę żeby Christopher nie wiedział co robi Tolkien Estate – całe to zamieszanie jest za jego wolą i przyzwoleniem. Nie sądzę więc że można powiedzieć że Hillard nie ma do czynienia ze spadkobiercami Tolkiena.

Pamiętacie to zamieszanie z wydaniem u nas HoME ? Wydawnictwo Amber musiało mieć niemały problem, kiedy przychodziło to negocjacji z ludźmi z TE.

Galadhornie – takie myślenie to mieli hitlerowcy którzy w imię swoich racji palili książki – czasy i sposób może i inny, ale sens pozostaje ten sam. Jak można popierać cenzurę w imię tego, że nie dopuszczany jest chłam ? Zapewne dla cenzora w XX wieku chłamem byłby Władca Pierścieni.

Ta propaganda opanowuje już wszystko. Niedługo będą za nas decydować czy mogę przejść się do kumpla, bo MOŻE coś mi się po drodze stanie – taki mały światek Orwella. Ostatnio zdecydowali za mnie nt. palenia papierosów… niedługo zainstalują kamery w domach żeby wykryć czy aby nie truje swoich współlokatorów. W końcu jest to dla naszego dobra, żebyśmy się nie truli.

„Najbardziej udaną tyranią jest nie ta, która w celu zniewolenia używa siły, lecz ta, która odbiera wszelką wiedzę na temat tego jak wygląda wolność, czyniąc ją niepojętą, ta, która odbiera wszelką świadomość tego, że istnieją inne drogi, ta, która odbiera poczucie jakiejkolwiek zewnętrznej rzeczywistości.”

Kapelanus, dnia 21.02.2011 o godzinie 17:44

Myślę, że dzieła J.R.R. Tolkiena zostały już dość mocno splugawione, a na myśli mam tu gry komputerowe. Jasne jest przecież, że zarówno Hillard jak i twórcy gier, używają dzieł tegoż autora tylko do wzbogacenia się, często też bazuje to raczej na filmie niż na książce. Poza tym zarówno Hobbit jak Władca Pierścieni nie jest w istocie typowo wojenną książką, czy nawet w pełni fantastyką (bynajmniej nie taką, jaka tworzona jest w dzisiejszych czasach), a w tych wszystkich egranizacjach, jak i w filmie pokazana jest typowo z wojennej ścieżki; zapomina się o fabule, o przekazie itd.
Wiadomo też, że inspiracja, a typowe ściąganie to inna sprawa. Tolkien bazował na zapomnianych już mitach i baśniach, nie ze względu, iż brakło mu pomysłu, a właśnie dlatego, by odnowić stare treści (bo który z nas czytałby je, gdyby nie było tłumaczenia?). Co innego, jeżeli ktoś nie tyle co bazuje na postaci Tolkiena (jestem amatorskim pisarzem i czasami to robię), a co innego, jak wykorzystuje jego sylwetkę w pełni, właściwie go nie znając. Totalnym zbezczeszczeniem jest tytuł książki, a więc treść z pewnością lepsza nie jest.
A co do kobiet…
Tolkien w jakiś sposób odtwarzał baśnie średniowieczne, a więc… uwaga… umieścił swoje książki w psełdo średniowieczu (od Middle earth do Middle age jest niedaleka droga), a jak wiadomo kobieta w średniowieczu nie stanowiła ważnej roli. Wyjątkiem jest św.Joanna D’Arc, która została spalona na stosie. Kobiety nie walczyły niegdyś na wojnie, jak to w dzisiejszych fantastykach się przedstawia. Brak kobiet wśród bohaterów jest więc rzeczą naturalną, bynajmniej u mistrza Tolkiena.
To się nazywa upieprzanie do gówna, i tyle…
Mam nadzieję, że książka ta nie będzie wydana, bo Tolkien chyba znowu się w grobie przewróci.

Galadhorn, dnia 21.02.2011 o godzinie 18:42

Gdyby mój dziadek był znanym pisarzem, nie chciałbym, żeby w moim pokoleniu drugorzędny pisarz pisał o nim nawiedzoną powieść. Gdyby mój dziadek nie był pisarzem – też bym nie chciał i walczyłbym w sądzie o dobre imię mojego dziadka. Popieram rodzinę Tolkienów oraz powołane przez nią The Tolkien Estate.

Tom wysłał mi tę powieść w formacie komputerowym. Przejrzałem… Popieram TE jeszcze bardziej. Dla mnie to chłam.

Drzewiec, dnia 21.02.2011 o godzinie 19:31

Tak. Jest to też bardzo dobry pretekst do cenzurowania tego co nam się nie podoba.

Przepraszam bardzo jak ktoś się godzi, na stanie się osobą publiczną to musi być przygotowany na tego typu publikacje.

Idąc Twoim Galadhornie tokiem myślenia powinni zakazać wydawania książki o Wałęsie bo dla niektórych ludzi jest ona obraźliwa. Moim zdaniem jest w niej sama prawda, ale dla innych to jest chłam. To co ? Mają jej zakazać żeby bronić dobre imię tego pana ? Wg. „niezależnych” sądów nie był on agentem więc powinni zabronić publikacji, tak ? Jak dla mnie to jest jakieś myślenie niewolnika, za którego ktoś inny ma decydować co jest dla niego dobre, a co złe.

Galadhorn, dnia 21.02.2011 o godzinie 19:42

Pan Hillard nie napisał książki naukowej o biografii Tolkiena. Pan Hillard napisał marną powieść fantasy, która, żeby się sprzedać, wykorzystuje nazwisko i świat dobrego, znanego pisarza. Solidaryzuję się z rodziną tego pisarza oraz powołaną do ochrony praw rodziny TE.

Precz z cenzurowaniem badań!
Precz z wykorzystywaniem nie swojego nazwiska do celów komercyjnych!!!

Drzewcu, pomyśl czy nie walczyłbyś o dobre imię swojej mamy czy taty, gdyby ktoś dla kasy pisał sobie o nich fantastyczne powieści!

Galadhorn, dnia 21.02.2011 o godzinie 20:04

Drzewcu, z cenzurą to możemy powalczyć w Polsce – mamy na przykład rządowe media (no, ok, częściowo również należące dziś do SLD) i takie „Wiadomości” czy „Fakty” cenzurują dziś rzeczywistość, co przy zbliżającej się kampanii wyborczej jest karygodne. Chcesz? Przyjedziemy do W-wy i dołączymy do ulicznego protestu. Dla mnie wystarczy hasło.

Tu bronisz marnej sprawy, bo „Mirkwood” to naprawdę chłam. Chcesz? :-) Wyślę Ci plik w pdf (z ilustracjami!). Gość pisze wpierw na okładce, że to powieść o J.R.R. Tolkienie, a na kolejnej stronie kłamstwo:

„This is a work of fiction. Names, characters, businesses, organizations, places,
events and incidents are either the product of the author’s imagination or are used
fictitiously. Any resemblance to actual persons, living or dead, events or locales,
save those allowed by fair use, is entirely coincidental.”

tallis, dnia 21.02.2011 o godzinie 20:16

A dla mnie „wolna kultura” jest ważniejsza od przedstawiania czyjegoś dziadka, czy się go przedstawi dobrze czy źle, oraz opinii o tymże dziadku a nawet o sposobie przedstawienia go w książce. To jest prawo autora do przedstawiania tego na co ma ochotę. Jeśli prawo konsumenta koliduje z prawem człowieka to nie powinno mieć szans, jeśli prawo producenta koliduje z prawem człowieka to nie powinno mieć szans, jeśli prawo autora dzieła koliduje z prawem człowieka (lub z konstytucyjnymi prawami innych osób) to nie powinno mieć szans. Tak samo, prawo właściciela, gdy koliduje z prawem konsumenta. Niestety ale to są kolizje dwu praw – mniejszego i większego. Nie wiem jakiej jakości jest ta książka ale powinni to móc ocenić sami czytelnicy a nie sędziowie i urzędnicy. Koncerny medialne w USA mając prawników i lobbystów starają się rozciągać swe prawa, siedzą i patrzą ile jeszcze społeczeństwo pozwoli im naciągać te granice. Jeśli przyszedł moment, gdy to Sąd Najwyższy będzie musiał się wypowiedzieć tworząc ostateczne rozwiązanie dla pewnej grupy sporów to tym lepiej, wreszcie jakaś wyższa władza sądowa ustali jasne granice nie tylko dla konsumenta ale i dla roszczeń biznesu, producentów. Jeśli mielibyśmy cenzurować utwory tylko dlatego, że się nam nie podobają to trzeba by zakazać produkcji wszystkich romansideł, harlekinów, 30 częściowych cykli fantasy, dalszych ciągów Sienkiewicza, podróbek wiedźminopodobnych tworzonych przez Czechów itp. Wiele osób chciałoby by tego nie było, bo się im nie podoba, tak jak może się nie podobać produkcja Hillarda, ale to, że coś uznam za chłam nie jest kategorią prawną, mającą konsekwencje prawne. I nie może być to by znaczyło cenzurę prewencyjną. I tak już cenzura prewencyjna istnieje w Polsce, nie tyle legalnie ale przez przyzwolenie społeczne (włącznie z przyzwoleniem sądów, które nie wyśmiewają takich pozwów), ale na szczęście tylko w sferach kontaktu sztuki (głównie gettowej) z legislacyjnym potworkiem zwanym przepisem o uczuciach religijnych. Jeśli taka sytuacja cenzury prewencyjnej ma się powtórzyć na szerszą skalę, tylko dlatego, że mi się nie podoba jak piszą inni autorzy o moim ulubionym pisarzu, wykorzystując jego postać (nie w biografiach) i jego dzieła to, jak bardzo nie cierpię fejsbuka i innych tego typu wynalazków, tak założę sobie stronę, gdzie będę promować myśl prawną Lawrenca Lessiga i jego pojęcie wolnej kultury, aby Polsce nie przyszło do głowy w sprawach prawa dotyczącego wolności kulturalnej całego społeczeństwa latać na dywanik do koncernów medialnych, które wykupić chcą całą tą wolność. I nie ma to już dokładnie nic wspólnego z uczciwym przyznawaniem oryginalnemu autorowi co się mu należy. Ale z żerowaniem przez całe pokolenia prawników i menadżerów na dziełach, do których nie przyłożyli palca ale skupując je masowo uznali, że mogą je zawłaszczyć w imię tylko swego zysku. To co się dzieje, to jest sprowadzanie wytworów kultury do części składowej kodeksu handlowego, okrajanie ich tożsamości ze wszystkiego co nie jest potrzebne w obrocie handlowym, okrajanie ich z funkcji innych niż produkt zarabiający kasę dla koncernu. Wolę by Tolkien był postacią w tysiącu kiepskich fanfików, a w końcu może ktoś napisał o nim coś wielkiego, niż aby jego postać i jego dzieło stały się tylko produktem posiadającym strategię sprzedażową i były mi odgórnie dystrybuowane i cenzurowane, w zależności od chęci jakiegoś japiszona, który wprawdzie nie wie co to Mirkood i skąd Tolkien go pożyczył, ale bezczelnie chce kasy za tą nazwę. Która nie należy do niego, bo nie on ją stworzył. Wolę sama przeszukać 100 fanifków by trafić na jakiś dobry, niż czekać aż komisja złożona z prawników, japiszonów i przekupionych przez nich znawców literackich uzna, że dany utwór domagający się wyjścia do ludzi jest czy nie jest chłamem, i czy można albo nie można mi go pokazać.
TE, niby dba o nie powstawanie chłamu? Gdyby tak było nie powstawałby – jest pełno chłamowych gier, kubków, fan-filmów z Silma i amatorskiej muzyczki i debilnych fanfików itp. i jakoś ich to nie martwi. Nie widzę by inwestowali w uświadamianie tolkien fanów, by nie tworzyli ściemy. Za to lubią ograniczać i wtrącać się w produkcje mające pewien poziom. To jest nowy rodzaj cenzury – nie państwowej, ale sądowej lub urzędniczej tworzonej pod naciskiem lobbingu koncernów. Mi wszystko jedno czy cenzuruje się z okazji różnic ideologicznych, politycznych czy zwyczajnie z niższej od tamtych a obecnej w naszych czasach pobudki – dla wątpliwego etycznie zwiększenia zysku, choć zysk zgodnie z prawem już był spory. Dla zmonopolizowania pewnej sfery, dającej zysk, dla wykoszenia z niej konkurencji. Handel rządzi się takim jednym prawem, by prawo – najczęściej cudze – wykorzystać do imentu, dla zwiększenia zysku udziałowców i prestiżu firmy. Pracując na pewnych elementach prawa zauważyć łatwo, że człowiek to takie zwierzę, które dla zwiększenia zysku wykorzysta każde prawo a zwłaszcza cudze, nawet, gdyby chodziło o prawa człowieka lub konstytucyjne, handel nigdy nie ma oporów przed niczym. Jeśli jedynie Sąd Najwyższy zdolny jest to powstrzymać to niech tak będzie. TE może jest z założenia powiernictwem autora ale naprawde chodzi o to, by nie rozpraszać stworzonego i kontrolowanego przez nich rynku opatrzonego znakiem „Tolkien”. Nikt nowy nie ma prawa wejśc na teren, na którym dominują. Uważają się za monopoliste dostarczania, wyznaczania, cenzurowania, dyskwalifikowania czy wspomagania treści tolkienowskich. I zrobią wszystko by tak pozostało.

Podoba mi się co napisał Telperion o produkcji darmowej:
„To nie obchodzi TE bo nie zbijamy na tym fortuny”. A więc produkcja darmowa może sobie być chłamem dowolnym i nijak nie obchodzi ona TE, gdyż nie ma w niej wypracowanego jakiegokolwiek zysku. Dlatego też nie można mówic że TE dba o to, by dzieła okołotolkienowskie były dobrej jakości. Gdyby dbała, dbałaby o jakość wszystkich, aby nie szargać opinii autora. Obecnie jednak dba tylko o te, które mogą cokolwiek zarobić. Stąd nie wierzę, że chodzi im o dbałośc o dziedzictwo Tolkiena, ale o ciągłe tworzenie i napędzanie sytuacji, w których wymagane są usługi prawników zapewne kolejnych pokolen.
A co do dziadków – Tolkien tak samo, jak Szekspir, królowa Elżbieta I, Jan Paweł II i członkowie zespołu Chumbawumba był osoba publiczną, vipem mającym swój dorobek, a więc osobą o której można i warto pisać. O nich pisano to czemu nie można o nim? A skoro ktoś chce to wydać, to raczej nie będzie to prymitywna historyjka o młodym Tolkienie co się zgubił w lesie i znalazł Gwiezdne Wrota, jak kilka tych, fanfików które widziałam gdyby tak było porządny wydawca by to odrzucił. Wątpię czy istnieje jakieś prawo, które zakazuje ludziom pisać o postaciach realnych, historycznych, ważnych?

Kapelanus: kobiety jak najbardziej walczyły na wojnach ale najczęściej w przebraniu lub jako kobiety-szpiedzy i łączniczki. Broniły też twierdz i zamków, jeśli np. mąż poszedł na wojnę i pani zamku musiała sama dowodzić obroną. A już w wojnie secesyjnej były całe oddziały ukrywających się babek.
poz :)
tal

Drzewiec, dnia 21.02.2011 o godzinie 20:24

Ale nie chodzi o to czy to jest chłam czy nie i czy to jest praca naukowa – w świetle wyroku sądowego jest tam przekaz nieprawdziwy więc można to w pewien sposób porównywać jeśli chodzi o ochronę dobrego imienia.

Nie walczyłbym jeśli moi rodzice byliby osobami publicznymi – politykami, pisarzami. Jeśli ktoś wybiera taki zawód to musi być gotowy na tego typu publikacje.

Co do cenzury w Polsce to się zgadzam :) polecam fajny wywiad w Rzeczpospolitej – http://tv.rp.pl/video/Cafe-Rz,Wydarzenia,Kraj,Publicystyka/Dwa-dni-bez-PiS-Cafe-Rzeczpospolita.

Dzięki nie będę tego czytał bo uważam że to nie ma znaczenia dla tej dyskusji. Bez względu na to co to jest taka reakcja nie powinna mieć miejsca. Jeśli rzeczywiście to jest taki chłam to książka powinna nie odnieść żadnego sukcesu kasowego, zwłaszcza jeśli tak się nie podoba fanom Tolkiena.

Nawet jeśli rzeczywiście jest to najgorszy szmatławiec to nie można takich rzeczy robić. To pierwszy krok żeby blokować np. pracę w której napiszą coś prawdziwego, ale nieprzyjemnego o Tolkienie co mogłoby np. zmniejszyć sprzedaż. Jak dla mnie jest to bardzo niepokojące.

Jeszcze wrócę… owszem jeśli pisano by o jakimś moim przyjacielu bądź rodzinie który nie jest osobą publiczną jakieś fikcyjne historie mogłoby to kogoś bulwersować, ale ktoś taki jak Tolkien ? Postać znana na całym świecie ? No to już przesada – to jest normalne, że o tak znanych osobach powstają różne, często dziwne dzieła czy to nam się podoba czy nie. Może czasami jest to niemoralne, ale nie można takich rzeczy blokować bo w przyszłości może to stać się pretekstem do blokowania innych spraw.

Tornene, dnia 21.02.2011 o godzinie 20:26

Dwie nowości wydawnicze ZNAKU!:

1)
Zdzisław Pstrąg zapowiedział swój debiut powieściowy pt. „Zjadanie marchewek na czas w jacuzzi pensjonatu Rivendell. Opowieść z Tolkienem w tle”. Będzie to nowoczesna powieść o życiu, przemijaniu i miłości w trudnych czasach prywatyzacji.

2)
Tomasz Wiśniewski: „Hodowla ptactwa ozdobnego. Tolkien by lubił”. Podręcznik dla ornitologów amatorów z pięknymi ilustracjami.

Czy nie przeciwko takiemu instrumentalnemu traktowaniu nazwiska rodowego protestuje też (przede wszystkim) rodzina? Nt zarabiania i praw wspominałem tu:

http://www.elendilion.pl/2011/02/09/yeskov-po-angielsku-a-sprawa-fanfikow/

Galadhorn, dnia 21.02.2011 o godzinie 20:26

dAJ MI MAILA, tALLIS, WYŚLĘ cI TĘ KSIĄŻKĘ W PDF. w RAMACH „wOLNEJ kULTURY”!

pISZĘ TAK, JAK PISZĘ, BO kULTURA MUSI BYĆ wolna! aAAAA!

Drzewiec, dnia 21.02.2011 o godzinie 20:41

Ehm to może ja pokaże drugą wersję?

„O Boże ! Christopher, Christopher ! Tu napisali że Tolkien nie poszedł w pewną niedziele na mszę. Michael – dzwoń do tego wydawnictwa, mów im, że albo to skasują albo dajemy im taki wycisk w sądzie, że się nie pozbierają. Aha i zadzwoń to Johna z TE, żeby już opłacił prawników. Niech weźmie z tych odsetek co za sprzedaż Władcy z tego miesiąca doszły i ich opłaci. Nie będzie nam wstrętna pisarzyna pisać takiej biografii. ”

„Wydawnictwo XXX ? Witam. Co Pan sobie myśli ? Chyba mówiłem, że wszelkie prace nt. Tolkiena mają przejść przez mój czerwony długopis. Tak, ten z Kremla. Od Putina dostałem wie Pan ? Wiele się od niego nauczyłem, ale niech Pan nie zmienia tematu. Proszę to anulować natychmiast ! Jak to nie ?! Spotkamy się w sądzie ty **** !”

Galadhorn, dnia 21.02.2011 o godzinie 20:46

Drzewcu?

Drzewiec, dnia 21.02.2011 o godzinie 20:57

Tak ? Przedstawiłem tylko parodię podobnie jak Tornene i Ty Galadhornie.

Galadhorn, dnia 21.02.2011 o godzinie 20:59

😛 Aha. No to bardziej mi się podoba wersja Tornene.

tallis, dnia 22.02.2011 o godzinie 4:51

Gdyby dzisiaj Tolkien napisał cokolwiek to po zaakceptowaniu jego dzieła w wydawnictwie, komisja marketingowców zrezygnowałaby z publikacji, bo dzieło nie da się jej dorobić określonego targetu i nie da się go zaszufladkować, jest dziwne, za długie i za trudne więc wychowankowie MTV go nie zdołają przeczytać. A taka sytuacja nie wróży zysków a zapewne straty. Tak by to było dzisiaj zapodane w raportach działu badań rynku i sprzedaży zgodnie z polityką takich monopolistów. Oni na pewno nie zdobyliby się na stratę sporej ilości funtów na druku Władcy Pierścieni. Ci sami ludzie, którzy wykorzystują jego dorobek niestety nie zdobyliby się na wydanie go, gdyby pisał dzisiaj.
Ależ mnie nie obchodzi jak piszesz, możesz sobie pisać runami, też są ładne :)
poz :)
tal

tallis, dnia 22.02.2011 o godzinie 5:37

Lepiej wpierw przeczytać książkę Lessiga „Wolna kultura” (autor za darmo umieścił ją w necie) a potem się śmiać. Autor, m.in. sędzia sądu najwyzszego i wykładowca prawa pokazuje w niej trendy w sferze produkcji kulturalnej, zwłaszcza rozmaite nadużycia prawa autorskiego, nieuczciwy lobbing, doprowadzanie do bankructwa małych przedsiębiorców i wynalazców przez korporacje oraz traktowanie produkcji intelektualnej, książek, muzyki itp tylko jako dalekosiężnej inwestycji, odcinania kuponów od setek mało znanych dzieł, które przez lata skupiliśmy od autorów.
Ogólnie sąd zajmuje się też nadużyciami prawa, ale w tym przypadku wygląda, że nie ma bata na nadużycia prawa autorskiego i monopolizowanie produkcji przez koncerny. Dlatego takie akcje jak robi Lessig są konieczne, jezdzi z wykładami i ostrzega przed nową wersją cenzury nie ideologiczną ale biznesową. Cenzury, którą jak widać na tym forum ludzie łykają łatwiej niż ideologiczne. Bo przecież każdy z nas chce zarabiać więc mamy tendencje do pobłażliwego traktowania tego naciągactwa, jakie stosują monopoliści od produkcji kultury. Do tego dochodzi nasza bezdyskusyjna ufność w świętość prywatnej własności, która w tym przypadku obraca się przeciwko nam, przeciwko prawom społeczności. Jeden z greckich filozofów powiedział podobno, na pytanie co jest wrogiem ludzi – oni sami. To jest tak, ze zaczdzeni pewną ideą, w imię tej idei dajemy się rolować na polu, na którym trudno jest wykazać ewentualne wartości, jakie utraciliśmy. Producent zawsze potrafi wykazać, że stracił albo mógł stracić tyle to a tyle, ale jak wycenić stratę wolności słowa, stratę wolności kulturowej, stratę w globalnym przekazie, stratę w młodym twórcy, który się ich przestraszy i niczego już nie dokona? Stratę w ideach, pomysłach, nowatorstwie lub w wartościach edukacyjncyh? To nie jest kwestia, że jakiś pojedynczy biedny autor nie zarobi, że mu się coś zabiera,choć propagandziści koncernów lubią wciskać nam ten kit to jest kwestia zagrożenia dla wolności słowa, w postaci monopolu paru firm a wiec i jednolitej mody, i cenzury prewencyjnej, i zlikwidowania wszelkich kultur gettowych/alternatywnych/ subkultur, którym nie wolno będzie takich czy owych działań podejmować np. miksować piosenek.
Trend jest następujący. To nie jest kwestia, że autor czy właściciel mogą stracić zainwestowane pieniądze wskutek bezprawnych działań kogoś trzeciego. Nie, w tej polityce idzie o to, aby w jak najszerszym zakresie sytuacji/wątpliwości/kolizji prawa spenalizować to, że wskutek działań kogoś trzeciego ich nie zarobią, albo nie zarobili a mogli. To już nie chodzi o to, żebyśmy dawali im zarobić, za dostarczanie towaru, nie, my mamy obowiązek dać im zarobić. Mamy obowiązek kupować. Konsumować tylko te wersje dzieła, jakie nam dają. A, jak nie dajemy zarobić to grożą sądem. Nie mogę zrobić czegoś we wlasnym zakresie, muszę to od nich kupić. Nie wolno nam iść do lasu na borówki, mamy obowiązek kupić je w sklepie. U monopolisty. To powszechny trend. Także rozwój komputerów i programów może się spowolnić, bo po paru procesach już nie ma wielu dzieciaków chętnych do dłubania w garażu nad cudzym kodem. Nie chcą ryzykować, że firmy puszczą z torbami ich starych a ich samych za pomocą skutecznego lobbingu wywalą ze szkoły/uczelni. Tylko, że zawsze mówię, byśmy się kiedyś nie zdziwili, że ten biznes Tolkiena potraktuje dokładnie tak samo, jak inny towar – części do młockarni, wagon marchewek i ładunek dorsza. A aktywnych użytkowników jego dzieł – tj. tworzących coś na ich bazie potraktuje tak, jakby im ten wagon lub ładunek ukradli. Jeśli kiedyś nam tego Tolkiena nie przetrawią i wyplują w jedynie słusznej wersji to z pewnością go zaduszą pod korcem. Bo przetwarzać go będą mogli tylko wybrani przez nich naukowcy.
Nie ma to jak idealna wolność dla biznesu. I niezłomna wiara w pierwszeństwo prywatnej własności nad innymi wartościami i za każdą cenę.
poz :)
tal

TAO, dnia 22.02.2011 o godzinie 9:31

Kilka dalszych uwag.

Pierwsze: Christopher Tolkien ma 87 lat i wg dostępnych informacji wycofał się już z czynnego życia; jeśli ktoś z rodziny ma wpływ na decyzje TE, to raczej jego dzieci z drugiego małżeństwa. Ale – instytucje żyją własnym życiem, mają własne hierarchie celów, jawnych i ukrytych. Nie jest to zarzut, ale opis rzeczywistości, z zakresu, na którym się znam.

Drugie: Kapelanusie, nie masz żadnych podstaw, by pisać, że Hillard napisał swą książkę tylko dla wzbogacenia się, skoro tej książki nie znasz. Galadhorn przedwczoraj także nie miał prawa twierdzić, że jest ona chłamem, bo jej nie znał – dziś, gdy się z nią zapoznał, ma prawo tak twierdzić (co skądinąd nie znaczy, że ma rację, to sprawa oceny). Ja wciąż jej nie znam, więc zawieszam osąd, dopuszczając, że autorowi mogło chodzić o coś ważnego, o wejście w literacki spór z twórczością Tolkiena. Poza tym to nie autor, a wydawca umieścił nazwisko Tolkiena na okładce, tak, by przyciągało uwagę kupujących. O takich rzeczach decydują dziś specjaliści od marketingu.

Trzecie: zasadniczo zgadzając się z opisem sytuacji, nakreślonym przez Tal, muszę skorygować jedno: to, co opisuje, nie jest cenzurą prewencyjną, ale represyjną (następczą). Z cenzurą prewencyjną mamy do czynienia wtedy, gdy uprawniony organ kontroluje treść publikacji (w szerokim znaczeniu) przed jej pierwszym upublicznieniem i ma prawo zakazać tego upublicznienia. O próbie cenzury prewencyjnej można mówić w przypadku książki o Hilarym Tolkienie, ale nie tu. A czy nie ma na to „bata”? Wydaje mi się, że właśnie się pojawił – w postaci odwołania do praw człowieka. Czy to się uda, zobaczymy.

Czwarte: gdyby ktoś umieścił moich rodziców lub dziadków, nawet skarykaturowanych, w powieści fantasy czy horrorze (skądinąd mało prawdopodobne, nie mieli zbyt „fantastycznych” życiorysów), albo w powieści wojennej (co bardziej prawdopodobne), raczej bym nie protestował. Inaczej, gdyby okoliczności ich życia zostały błędnie przedstawione w opracowaniu publicystycznym lub naukowym, a i wtedy raczej bym polemizował, niż protestował.

TAO, dnia 22.02.2011 o godzinie 10:12

Jeszcze raz, tym razem znacznie bardziej rzeczowo. Zapoznałem się dokładnie z pismem procesowym TE, załączonym do notatki w Hollywood Reporter i stwierdziłem, że:

Proces przeciw TE wytoczył S. Hillard i wydawnictwo „Cruel Rune”, odmawiając w ten sposób zarówno spełnienia żądania TE (o którym niżej), jak i rozmów w sprawie ugody.

TE nie kwestionuje użycia w tytule książki słowa „Mirkwood”, ale to, że okładka (zarówno rysunek, jak i użyte liternictwo) przypomina to stosowane na okładkach dzieł Tolkiena „w stopniu, uzasadniającym oskarżenie o nieuczciwą konkurencję”. Nie chodzi tu więc o prawa autorskie (na gruncie którego nie można mówić o konkurencji), ale o prawo handlowe.

TE twierdzi, że ma prawo (cytuję) „pozbawiania innych osób (możliwości) wykorzystywania nazwiska i osoby/osobowości J.R.R. Tolkiena w powieści (fictional novel), i że z tego prawa wynika wynika prawo do uniemożliwienia Hillardowi pisania (authoring), a Cruel Rune” publikowania (powieści) Mirkwood”. W związku z tym TE stwierdziło w swym liście, że na prawa własności (property rights) do książki, wydanej przez Cruel Rune, zażądało zniszczenia wydrukowanego nakładu i wyrównania szkód, poniesionych przez TE.

Z pisma procesowego TE wynika pośrednio, że nie podjęło ono działań prawnych ani przeciw cyklowi Owena, ani przeciw „Looking for the King – the Inkling Novel”.

Tyle faktów. Czytajcie, oceniajcie. Ja na razie nie będę komentował tego tekstu.

Zair Ugru-nad, dnia 22.02.2011 o godzinie 10:29

To ja się wypowiem tylko i wyłącznie w swoim imieniu :)

Jeśli idzie o tzw. wolną kulturę oraz różne „działania chroniące przed chłamem”, to dla mnie osobiście byłyby one obrazą :] Bo ja nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy to ktoś, jakaś wyższa instancja, decyduje za mnie, co jest np. dobrą literaturą, a co chłamem. Zdecydowanie wolę mieć możliwość własnego wyboru. Owszem, mogę kląć na to, że rynek wydawniczy jest zalewany chłamem, szczególnie w działach fantastycznych, ale to ja decyduję, co czytam, a czego nie. Wolę się przed nim chronić moją własną umiejętnością myślenia. Od tego człowiek ma mózg, aby go używać.

Działania TE jak dla mnie momentami zakrawają o absurd. Mam wrażenie, że gdyby tylko było to możliwe prawnie, TE zakazałaby jakiejkolwiek twórczości inspirowanej literaturą Tolkiena, mimo, że i Tolkien sam czerpał wiele inspiracji ze starszych źródeł. I mam wrażenie, że nie chodzi tutaj do końca o pieniądze, ale jakąś ideologię i ogólną politykę, skoro ciągle budzi wątpliwości niedochodowa fanowska twórczość i trzeba cały czas kombinować z tzw. dozwolonym użytkiem własnym. Zresztą w którymś z numerów „Aiglosa” zostały usunięte ilustracje, bo TE nie wyraziła zgody na ich publikacje. Więc nie jest do końca tak, że TE nie obchodzą działania niedochodowe…

Janusz "Ivellios" Kamieński, dnia 22.02.2011 o godzinie 15:54

Przejrzałem dalsze komentarze tylko pobieżnie, bo naskrobaliście niemało :)

Ogólnie – przychylam się bardzo do opinii TAO.

Jeżeli idzie o chłam. To czy coś jest chłamem to tylko odbiór subiektywny pojedynczej jednostki, ew. wspierany przez inne osoby. Mimo to nigdy nie wiadomo, czy coś, co kiedyś uważane było za chłam, nie okaże się wielkim odkryciem w przyszłości. Na tym polega właśnie demokracja, że mamy możliwość wyboru. Jeżeli coś mi się nie podoba, to ok, mogę to powiedzieć, mogę tego nie czytać, ale nie mam prawa narzucać innym swojego zdania na ten temat i zamykać drogi do rozwoju, innymi ścieżkami, wybranego dzieła.

To, że ja dzisiaj coś nazwę chłamem, nie znaczy, że zawsze tak będę uważał. A już na pewno nie znaczy, że jestem samym Bogiem i znam najprawdziwszą prawdę i wiem, że coś jest tym chłamem. Nie mam prawa wyznaczać takie osądu i nie ma także żaden krytyk. Owszem, mogę mówić, że mi się nie podoba, że odradzam, ale nie wolno mi być „panem życia i śmierci” wybranego dzieła, bo jakaś grupa uważa mnie za wielkiego krytyka.

To jest dokładnie to, co mówi Zair – ktoś decyduje za mnie, co jest dobrą literaturą. Wystarczy zresztą popatrzeć na środowisko fanów Tolkiena 10 lat temu. Wtedy Władca Pierścieni był uważany za totalną fantastykę, która dobra jest tylko dla młodzieży. Tak uważała większość społeczeństwa, wydawcy etc. Więc co? WP to chłam? Nie! Bo wszystko się zmieniło, teraz WP widzimy w działach Literatura Piękna i słyszymy co chwilę pochwały na temat dzieła.

I dalej za Zair, to ja wybieram co kupuję. Jeżeli ludzie kupią 50000 kopii książki, to niby czemu ma być chłamem? Bo się podoba wielu ludziom, a nie podoba się jednemu czy dwóm na stołeczkach? No bez przesady.

Rozumiem, że TE broni praw, ale to czego oni się czepiają to lekka przesada. I tak jak było mówione: musielibyśmy wszystkich autorów co niedawno zmarli usunąć z książek.

Co do Mirkwood od razu wiedziałem, że nie może o nazwę iść. Ale czemu niby okładka nawiązuje? Mroczna puszcza … hmm… jakby nie patrzeć kojarzy się z drzewami. Dla mnie okładka jest naturalnie dopasowana i już. Nie ma do tego nic związanego z Tolkienem.

Co do użycia nazwiska Tolkiena – musiałbym znać dzieło by wiedzieć, czy można go użyć. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Tolkien stał się w zasadzie osobą publiczną, a takowa musi się liczyć z tym, że będzie krytykowana, będzie się ją wykorzystywać tu czy tam. Nie chcesz być publiczny, to nie wydawaj niczego. Aczkolwiek nie wiem na ile Tolkien został w dziele użyty, więc nie powiem, że do końca takie stanowisko w tej kwestii. Choć nadal uważam, że J.R.R. Tolkien sam się mogę nazwać i napisać o sobie książkę i co wtedy? Mam przecież prawo pisać o sobie 😉 Ochrona nazwiska Tolkien, jako samego nazwiska jest szczytem idiotyzmu. TE ma na pewno TM na logo J.R.R. Tolkien, ale nie może mieć na nazwisko.

No i pewnie już zostało to kiedyś wyjaśnione, ale pamiętam, że w którymś liście sam Tolkien napisał do fanki, że nie może zabronić jej użycia imienia postaci z jego świata w swoim tekście. Ale szczerze mówiąc nie pamiętam do końca kontekstu, więc nie traktuję tego jako argument. Prędzej moją wypowiedź trzeba odczytywać jako własne zdanie, do którego mam tak samo prawo i kto uważa tak samo ma prawo je czytać, wykorzystywać i przytaczać. Ot co!

Janusz "Ivellios" Kamieński, dnia 22.02.2011 o godzinie 16:02

A i jeżeli idzie o The Hunt for Gollum, to oni mieli prawa autorskie uzyskane od Tolkien Enterprises na stworzenie filmu ze swoimi bohaterami (patrz: mój wywiad z Brianem Laverym w PHN #7). W przypadki BoH nie dam głowy, ale wydaje mi się, że Kate Madison wspominała mi także o podobnej zgodzie, gdy miałem okazję przeprowadzić wywiad (jednak tego nie zawarłem w nim).
To tak odnośnie wypowiedzi Telperiona na temat tych filmów.

Aleksandra "Irmina", dnia 22.02.2011 o godzinie 16:15

Dość dawno natknęłam się na książkę „Tu żyją smoki, Kroniki Imaginarium Geographica” Jamesa A. Owena. Głównym bohaterem jest właśnie J.R.R Tolkien oraz jego koledzy, a mianowicie C.S. Lewis i Charles Williams. W trzeciej części występuje także Hugo Dyson (wszyscy są Inklingami). Przeczytałam już prawie cztery części i uważam, że głównych bohaterem mógłby być równie dobrze inny oksfordzki wykładowca. Przyjemnie się czyta chociaż jest to książka dość skomplikowana.

Drzewiec, dnia 22.02.2011 o godzinie 16:48

Dobrze słyszeć ze tyle osób jest podobnego zdania. Jest nadzieja ze nie zginiemy jako niewolnicy patentów, praw autorskich i poprawności politycznej 😉

Adlorem, dnia 23.02.2011 o godzinie 19:14

Będąc młodym elfem zetknąłem się z TE i bynajmniej nie było to spotkanie przyjemne i przyjazne, a rzekłbym iż nawet szokujące dla młodego jeszcze wtedy miłośnika JRR. Mianowicie dane mi było zostać ojcem udanej (jak mi się wydaje) na owe pionierskie czasy internetu interaktywnej mapy Śródziemia, którą to moje gorąco bijące pasją serce udostępniło nieodpłatnie pozostałym internautom. Dodam, iż wykonałem ją sam w wielkim pocie czoła inspirując się jedynie mapami mistrza. Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego razu otrzymałem od TE maila z żądaniem usunięcia jej ze strony. TE powoływał się również wtedy na szeroko rozumiane prawa autorskie dziedziców schedy po wielkim przodku, czyli mówiąc wprost zakusy niejakiego Christophera T. Zagrożono mi wówczas różnego rodzaju kaźniami mniej lub bardziej sprecyzowanymi i podpartymi angielskimi paragrafami. Jako, że kraj nasz na one czasy nie należał do wielkiej Ligi Rycerstwa Zachodu mogłem odpisać, iż jako sługa ciemności i pomiot Saurona nie podlegam prawom obowiązującym w Białym Mieście. Dzisiaj nie wydaje się już to takie oczywiste. Niemniej jednak uraza do TE pozostała. Biorąc pod uwagę to, iż dziadzia T. szerokim sakiem czerpał nazwnictwo z mitologii szeroko rozumianej północy, śmiesznym wydają się być zakusy TE położenia łapy na prawach autorskich do nazw użytych w twórczości papy Tolkiena. No cóż próbować zawsze można. Co do argumentu purystycznego to ja protestuję! Jak można oceniać coś co nie powstało, jako to co z zasady byłoby płytkie śmieszne i zaśmiecające błękitne oceany nieskażonych odmętów twórczości Tolkiena… To raczej czytelnicy powinni mięc moc sprawczą oceny i odrzucenia plew od ziaren, z których przecież może wyrosnąć coś pięknego. A co do Christophera T. to szczytem krętactwa wydaje mi się wydanie pod nazwiskiem ojca własnej książki „Dzieci Hurina”, którą jakoby to znalazł przez przypadek na strychu pod obluzowaną deską. Aż strach pomyśleć, ileż to pięknych historii poniewiera się na strychu i piwnicy dziadziusia Tolkiena przez bałaganiastwo jego syna. A feee.

dagobert, dnia 28.02.2011 o godzinie 16:35

jeszcze coś mi przyszło do głowy

Jeśli TE na gruncie prawa autorskiego i zasady dziedziczenia rozsiadło się na Tolkienie jak Smaug na złocie i straszy – to samo sobie, zgodnie z zasadami podaży i popytu, spowodowało sytuację, w której kontrolowana do granic podaż idei spod znaku T. sprawia, że byle Mirkwood daje zarobić beztalenciom.

Bo jakby była nadpodaż niewartościowego chłamu spod znaku J.R.R.T. Hm np. komiksy, albumy, gry, rpg-i, obrazy, puzzle, figurki z plastiku i metalu (hej, ale coś takiego widziałem – co na to TE?) to byśmy byli wybredni i byle Mirkwood by nas nie ruszał.

Bella, dnia 27.03.2011 o godzinie 19:14

Dla mnie ta sprawa jest bez sensu…

TAO, dnia 28.03.2011 o godzinie 10:31

W końcu przeczytałem „Mirkwood” i mogę się wypowiedzieć. Rzeczywiście, rzecz jest kiepsko pomyślana i napisana, ale – z wyjątkiem jednego wątku – daje się czytać, choć nie da się tej książki zaliczyć nawet do literatury drugorzędnej.

Założenie autora jest następujące: W 1970 r., podczas pobytu w USA J.R.R. Tolkien zdeponował u niejakiego Jessa Grande rękopisy, dotyczące pewnych wątków historii Śródziemia (konkretnie – schyłku III Ery), których nie śmiał wykorzystać w swej powieści, ale też nie chciał zniszczyć. Następnie, w 2008 r. Cadence Grande, wnuczka dawno zaginionego Jessa, znajduje te dokumenty na strychu jego rezydencji w Los Angeles (noszącej nazwę Mirkwood Forest). Dociekając ich znaczenia udaje się do Nowego Jorku, gdzie jednocześnie przybywa morderca, wysłany przez… Czarnego Władcę ze Śródziemia. Temu udaje się przejąć dokumenty, ale Cadence uchodzi z życiem i zatrzymuje talizman, który zapewne da jej wstęp do Śródziemia. Historia ma mieć bowiem ciąg dalszy, w której Cadence ma się chyba znaleźć w Śródziemiu i spotkać z bohaterką „fanfikowej” części książki, hobbitką Arą.

Wątek „fanfikowy” zaprezentowany jest fragmentarycznie, przez poszczególne teksty, czytane przez bohaterkę, jest w nim mnóstwo luk. Traktuje on o przypadkach Ary (Araganassy), niziołkini, która z początku towarzyszyła Powiernikowi, potem wędrowała samotnie jego śladem, by dotrzeć do Czarnego Kraju, odnaleźć go i odegrać decydującą rolę w zniszczeniu Brzemienia (ta scena jest najzupełniejszym kiczem). Autor nie kryje, że chciał wprowadzić do historii, opowiedzianej przez Tolkiena „brakującą” bohaterkę, o którą miały upominać się jego dzieci. Mógł się jednak bardziej postarać… Zamiast tego okrasił swą opowieść tyradami na temat „cenzurowania” mitów przez usuwanie z nich kobiecych bohaterek, w rzeczywistości pełniących w opisywanych wydarzeniach główne role. Miejscami brzmi to jak parodia feministycznego literaturoznawstwa, ale parodią nie jest.

Hillard, świadomy problemów z prawem własności intelektualnej, dość konsekwentnie unika nazw „tolkienowskich”, np. zamiast „hobbici” pisząc „niziołki” (halflings), co niekiedy prowadzi do komicznych skutków, ale przekształcenie przez niego roli i znaczenia Brzemienia/Pierścienia jest wcale interesujące, choć może nie być oryginalne (nie znam dobrze współczesnej produkcji fantasy, a niektóre pomysły Hillarda zabrzmiały mi znajomo). Zmiana nazw i przetworzenie niektórych motywów sprawia, że tylko bezpośrednie odwołanie do twórczości Tolkiena czyni z tego tekstu fanfik.

Niestety powieść ma jeszcze trzeci wątek. Niestety, bo napisane przez Hillarda stenogramy rozmów Inklingów nie dają się czytać. Tak ze względu na żałośnie współczesny język, jak i na meritum – rozważania na temat twórczości Tolkiena (wygłaszane głównie przez niego samego) na poziomie prezentacji maturalnej.

O tym, że autor był świadomy zagrożenia ze strony TE świadczy rozmowa na temat możliwości publikacji odkrytych przez Cadence materiałów, w której czytamy m.in.: „Wyobraźmy sobie, że te dokumenty są prawdziwe. W takim razie ty stanowisz zagrożeniem. Co gorsza, zgrzeszyłaś przeciw bożkowi pieniądza. Zapomnij o miłym starym Profesorze Tolkienie. On jest wspaniały, ale nieważny. Mówimy o czymś niezawłaszczonym, niekontrolowanym. To jest zagrożeniem. (…) Wiesz, kogo byś zaraz spotkała [gdybyś spróbowała publikacji] (…) Prawników od własności intelektualnej. Oni są straszni. To bezkrwiści, mali kapłanami, do których należy święty dostęp (…) do błogosławieństwa, którego potrzebują wszystkie opowieści, które mają być opowiedziane. Do Copyright. To jest ten dżin, zazdrosny mały bożek, który może nękać ludzi takich jak ty przez stulecie lub dłużej.”

Brzmi znajomo, prawda? Jak widać, nie tylko u nas trwa ten spór. I może to właśnie tu trzeba szukać powodów, dla których Hilgard napisał właśnie taką, a nie inną książkę? Bo że niepowstała ona wyłącznie „dla lubego grosza”, jestem po lekturze prawie pewien. A co do wydawcy – wcale bym się nie zdziwił, gdyby od początku liczył głośny na proces z TE. Choć dowodu, rzecz jasna, nie mam.

A o co chodzi w tej sprawie Tolkien Estate? Zakładając, że jego przedstawiciele znali treść książki przynajmniej z kompetentnego omówienia – zapewne o sposób wykorzystania w powieści postaci J.R.R. Tolkiena (wątek „inklingowski”), bo zarzuty dotyczące okładki trudno traktować poważnie, a stopień przetworzenia motywów „Władcy Pierścieni” jest wystarczający dla łatwego odparcia oskarżenia o plagiat.

Telperion, dnia 28.03.2011 o godzinie 22:05

TAO dziękuję za ten wpis. Dodam jeszcze kilka uwag które wyczytałem w brytyjskim The Guardian.
Mirkwood jest pierwszą powieścią Hillarda. Sam jest jej wydawcą (sic!) a książka jest w sprzedaży międzynarodowej za pośrednictwem Amazon do stycznia 2011. Do tej pory sprzedano 900 kopii.

Na co dzień Hillard prowadzi prywatną spółkę akcyjną specjalizującą się reprezentowaniem mniejszości narodowych oraz kobiet w rekrutacji do programów radiowych i telewizyjnych.

Prawnik TE – Steven Maier, powiedział – nie mogę komentować sprawy procesu, dodam tylko że Tolkien Estate zawsze będzie podejmowało działania w celu ochrony jego własności intelektualnej.

Tolkien Estate ma świadomość balansu między wolnością słowa a ochroną prawną interesów. W tym przypadku użycie nazwiska Tolkiena przekracza granice tego co fair.

Czyli czy Hillard napisał książkę by sprowokować TE do procesu od początku licząc na wygranie i korzyści finansowe, skoro sam ją później wydał?

Galadhorn, dnia 29.03.2011 o godzinie 21:21

Z ostatnich komentarzy TAO i Telpa bylby bardzo ciekawy news. Szkoda, zeby te tresci zaginely w komentarzach. Niestety nie moge sie tym zajac. Jestem daleko od domu. Moze Telperion lub Tom…?

Tzigi, dnia 29.03.2011 o godzinie 23:22

„TE twierdzi, że ma prawo (cytuję) “pozbawiania innych osób (możliwości) wykorzystywania nazwiska i osoby/osobowości J.R.R. Tolkiena w powieści (fictional novel)”

Mam ochotę w ramach takiego drobnego ćwiczenia koncepcyjnego przenieść to na grunt polski : dość niedawno wyszła książka Pilipiuka „Wampir z M-3”. Główna bohaterka parokrotnie wspomina o „pożyczeniu Tolkiena”. Z powyższego cytatu wynika, że TE mogłoby radośnie walczyć z Fabryką Słów o zniszczenie całego nakładu książki, bo pojawiło się tam NAZWISKO Tolkiena. Niech żyje wolność słowa!

TAO, dnia 30.03.2011 o godzinie 10:05

No nie, nie przesadzajmy. U Pilipiuka mamy chodzi (jak sądzę, bo nie czytałem) o pożyczenie książki Tolkiena, normalną czynność. Różnorodne odwołania do osoby i twórczości Tolkiena są dość powszechne, bo jego dzieło stało się elementem dorobku kultury światowej. To, że ludzie czytają Tolkiena, rozmawiają o nim, jest częścią rzeczywistości społecznej, której odzwierciedlania w dziele literackim zakazać się nie da.

Zacytowanego zdania nie należy rozumieć jako całkowity zakaz wymieniania nazwiska Tolkien lub wspominania okoliczności z jego życia, ale jako prawo TE o zakazywania posługiwania się nimi w konkretnych dziełach literackich (lub innych) wedle własnego uznania TE.

Elendilion – Tolkienowski Serwis Informacyjny » Blog Archive » O czym szumi Mirkwood, dnia 04.04.2011 o godzinie 13:55

[…] serwisie wywiązała się bardzo ciekawa wymiana zdań wśród komentujących, którą możecie prześledzić TUTAJ. Kilka z nich warto przytoczyć jako uzupełnienie poprzednich […]

Elendilion – Tolkienowski Serwis Informacyjny » Blog Archive » I po procesie…, dnia 03.05.2011 o godzinie 18:15

[…] książki Stephena Hillarda – Mirkwood, A Novel About J.R.R. Tolkien (pisaliśmy o książce już wcześniej a tutaj link do recenzja TAO). W skrócie – najpierw Tolkien Estate zażądało od autora […]

Zostaw komentarz