A kiedy zabrzmiał dumny gwizdek Gondoru!
Recenzja spektaklu “W kopalni i w puszczy” Lorda Ya, w wykonaniu Teatru Bez Próby

Śmiech to zdrowie, a jeśli dodatkowo trzeba się zdrowo namęczyć, by zamierzony cel był godzien idei, do której się odnosi, wtedy sukces przedsięwzięcia jest gwarantowany. Spróbujmy jednak uporządkować nieco wspomnienia, by oddać należycie istotę omawianego zjawiska.
Lord Ya, który po zrzuceniu kolczugi Boromira, spodni Legolasa i odstawiwszy w kąt topór Gimliego podpisuje się słowami Adam Kuziów, jest autorem błyskotliwych dramatów prześmiewczych nawiązujących do „Władcy Pierścieni” Tolkiena. Do tej pory ukazały się „Do Rivendell i bez powrotu” oraz „W kopalni i w puszczy”. Chodzą ponadto słuchy, iż szykuje się wkrótce premiera drukowanej wersji kolejnej odsłony zbezczeszczonych ikon gatunku Heroic Fantasy. Autor zamierza wziąć na warsztat całość opus magnum profesora z Oksfordu – dodam tylko, iż osobiście liczę na uwzględnienie w planie przygód tablic z Tengwarem i Angerthas Moria, oraz „Od tłumacza” pióra Jerzego Łozińskiego.
Co można powiedzieć o wersji papierowej dramatów? Są ambitną, pozbawioną kompleksów grą z konwencją eposu rycerskiego i całego misterium dzieła pierwotnego. Czy powinno się zatem wyciągnąć wnioski, że mamy do czynienia z kolejnym klonem „Nudy Pierścieni”, w którym przekroczone są wszelkie bariery dobrego smaku, umiaru i wstydu? Nie, gdyż jak zaznaczyłem w pierwszej kolejności jest to burzenie tablic z uśmiechem na ustach, twórcze przewrócenie zakurzonych klocków, które tworzą pierwowzór. Jak tego dokonano? Przede wszystkim autor, niczym małe dziecko, kierowany najzwyklejszą frajdą dorysowuje wąsy na portrecie dziadzia Johna Ronalda Ruela nie dlatego, by upodlić, ale by rozśmieszyć. Jeśli więc ktoś spodziewa się po tolk-dramatach Lorda Ya wulgarnego języka czy zboczonych sytuacji, to niech sobie daruje kontakt z nimi. Bo jeśli nawet jest tam mowa o alkoholu, czy niedopowiedzianych sytuacjach spod znaku Amora, to dociera to wszystko do nas drogą wysublimowanego żartu, gestu, czy efektu specjalnego.
Niestety nie miałem okazji uczestniczyć w premierze „Do Rivendell i bez powrotu”, która odbyła się w katowickim Światowidzie w ramach akcji „Światowid w Śródziemiu”, dlatego zmuszony jestem pominąć ją w tej recenzji, zaznaczając, że gaworzy gawiedź, jakoby była sukcesem.
Co się zaś tyczy premiery „W kopalni i w puszczy”, to rzecz ma się następująco.
Gdy powiedziałem swojej oblubienicy, iż zamierzam iść na -bądźmy dobrej myśli- ambitną parodię „Władcy Pierścieni”, zapytawszy, czy nie zechce mi towarzyszyć, usłyszałem słowa potwierdzenia. Oczywiście istniały poważne obawy, że wystąpią spore problemy w rozumieniu żartów i aluzji skierowanych w stronę dzieła, bo osoba nie dotknięta wirusem tolknięcia może czuć się nieswojo, gdy cała sala zacznie zaśmiewać się w głos z kompletnie niewinnej kwestii. Mimo wszystko przybyliśmy.
27 dzień września A.D. 2007, kameralna scenka teatru Korez, program przedstawienia wręczany osobiście przez autora, gdzieś tam w Hipnozie królował jazz, a pogodna noc na zewnątrz prosiła, by się nie śpieszyć. Jako jedni z pierwszych zajęliśmy strategiczne miejsca na scenie i czekaliśmy cierpliwie na resztę widzów. Kiedy dano sygnał do zbliżającego się początku, sala zaczęła zaludniać się systematycznie, by w końcu być zapełnioną po brzegi ludźmi najróżniejszych zawodów, szkół, pasji – a pokaźny rozstrzał wiekowy działał jedynie ożywczo, kondensując niecierpliwe uśmiechy zarówno małych dzieci, jak i sędziwych staruszków. Gdy przedstawienie się zaczęło, niczym trans trwało aż do samego końca.
Co ciekawe, aktorzy bawili się nie gorzej od widzów. Świeżość tego przedsięwzięcia, jak i specyfika Korezu uczyniły ze spektaklu chwile godne zapamiętania. Widzowie mieli okazję przenieść się do Śródziemia absurdu, zatapiając się w szeroko zakrojonej grze skojarzeń. Odczytując te bardziej wysublimowane tropy kulturowe (na przykład humor spod znaku Monty Pythona), jak i czysto popkulturowe (Matrix, Psy, kondycja wsółczesnej muzyki rozrywkowej) można było odbyć podróż po najróżniejszych gruntach humoru. Tym, czego można autorowi pozazdrościć, jest umiejętność przeplatania wspomnianej różnorodności, mieszania i doprawiania choćby techniki, kultu voodoo, stereotypów fantasy, groteski… Dzięki temu uniknął on w swym dziele casusu „Nagiej broni” czy innych filmów prześmiewczych, które operując chwytami „z jednej beczki” zamieniają seans w urodziny u nielubianego wujka-kawalarza z bożej łaski. Jeśli wierzyć ekipie, iż przygotowania trwały jedynie miesiąc, to należą się każdemu z aktorów słowa najwyższego uznania. Oczywiście ktoś zawahał się w wypowiedzeniu swej kwestii, inny przeszedł nie tam, gdzie zapewne powinien, ale są to drobiazgi, które wybiela profesjonalna amatorskość. Osobiście wyróżniłbym Martę Kuziów w roli Legolasa za doskonałe opanowanie tekstu i niewątpliwy talent, jej brata za rewelacyjnie mroczny i ekspresyjny wizerunek balroga, oraz oczywiście Dominika Skiendziela za kreację Froda.
Scenografia igrała ze zmysłami w swoim minimalizmie. Względy logistyczne położyły swe piętno na jej rozmiarach i skomplikowaniu, lecz dzięki temu uzyskano większą symbolikę i moc przekazu. Warstwa dźwiękowa, wielce istotna dla przedstawienia, bez zarzutu.
Podsumowując – sztukę zrealizowano na bardzo wysokim poziomie. Bazując na „nośnych” cytatach wytworzyła ona własne (kwiatka ci przyniesłem), a wiele ze scen nie sposób zapomnieć (pojedynek Gandalfa i balroga na morysjkim moście, czy reakcja na melorecytację Legolasa). Dlaczego wspomniałem wcześniej o nietolkniętej osobie? Dlatego, żeby udowodnić, że można się dobrze bawić na sztukach Lorda Ya nawet, jeśli widziało się tylko film Jacksona, bo pozostałe gagi i smaczki wyłapie większość inteligentnych widzów.
Jakie minusy należałoby wymienić? Przede wszystkim monolog Boromira wydał mi się zbyt długi i za poważny w stosunku do reszty – nawet jeśli miał spełniać rolę hamulca emocji pod koniec sztuki, to osobiście skróciłbym go do niezbędnego minimum. Kolejnym jest kwestia interaktywności z widzami – choć efekt specjalny dał nam znać, że należy powstrzymać się od aplauzu w jednej ze scen, to właśnie tej symbiozy mi brakowało najbardziej. Może zbyt wiele wymagam, ale autor sam sobie „podłożył Grímę”, rozpalając apetyt widzów wyśmienitą parodią. Ostatni minus, to czysty subiektywizm, który odbija się na postrzeganiu Sama – może wporzo z niego ziom, ale czasem chyba aż za bardzo.
Zakończyć recenzję wypada słowami zachęty. Jeśli nie czytaliście żadnego z dramatów Lorda Ya – sięgnijcie po nie natychmiast. Jeżeli Teatr Bez Próby zaszczyci świat kolejną adaptacją na deskach teatru, to nie zastanawiajcie się długo – lepszej scenicznej zabawy w tolkienowskich klimatach po prostu nie ma. Chodzą słuchy, jakoby Peter Jackson sprawdził na mapie gdzie znajduje się Polska i odłożył sporą sumkę na podróż do naszego kraju. Niech się chłopak uczy, jak można interpretować poczciwego staruszka Tolkiena…
Obsada
Teatr Bez Próby z MDK Ligota, w osobach:
Frodo Baggins: Dominik Skiendziel
Samwise Gamgee: Krzysztof Głuszczyk
Meriadoc Brandybuck: Małgorzata Szczypka
Peregrin Tuk: Katarzyna Hampelska
Gandalf: Michał Porzycki
Aragorn: Jakub Kol
Gimli: Tobiasz Gruchel
Legolas: Marta Kuziów
Boromir: Dorota Kuziów
Elrond: Adam Kuziów
Elrohir: Jakub Krężel
Elladan: Anna Skiendziel
Glorfindel: Marcin Koj
Anntêk: Aleksandra Woźniczka
Bilbo: Klaudiusz Bogusz
Arwen: Konstancja Szymczyńska
Kruk 1: Adam Kuziów
Kruk 2: Marcin Koj
Czatownik: Adam Kuziów
Frrantz: Paweł Koj
Ghylbert: Klaudiusz Bogusz
Balrog: Adam Kuziów
Haldir: Konstancja Szymczyńska
Elfy: Anna Skiendziel oraz Jakub Krężel
Galadriel: Aleksandra Woźniczka
Celeborn: Michał Porzycki
Efekty specjalne: Paweł i Marcin Koj
Opiekun grupy: Iza Terlecka-Synowiec
Reżyseria: Iza Terlecka-Synowiec i Adam Kuziów
Scenariusz: Adam Kuziów
Dobór muzyki i dźwięków: Michał Porzycki i Adam Kuziów
Kostiumy i rekwizyty: Iza Terlecka-Synowiec
Scenografia: Iza Terlecka-Synowiec
Informacje o autorze i jego twórczości: www.fort-ya.prv.pl
MDK Ligota: www.mdkligota.dt.pl
Kategorie wpisu: Adaptacje tolkienowskie, Fandom tolkienowski, Twórczość fanów


8 Komentarzy do wpisu "A kiedy zabrzmiał dumny gwizdek Gondoru!"
Telperion, dnia 22.11.2007 o godzinie 20:30
Ciekawy jestem czy istnieje nagranie video tego spektaklu? Myślę że wzbudziłoby zainteresowanie wielu osób, które nie mogą z przyczyn niezależnych
brać tak aktywnego udziału w życiu kulturalnym Katowic jak Tornene…
Lordzie Ya gratuluje pomysłu i samozaparcia. Może następnym razem uda się nagrać spektakl i go upublicznić?
Autorowi wpisu powiem tyle – za moim polonista z liceum- “bombowe pióro, bombowe…”
Tornene, dnia 22.11.2007 o godzinie 21:12
Dziękuję za miłe słowa, Telperionie.
Jeśli ktoś jednak uprze się, by zobaczyć, to znajdzie je na oficjalnej stronie autora, albo w jednym z postów Lorda na forum elendili.pl
= http://elendili.pl/viewtopic.php?p=90564#90564
Istnieje rzeczone nagranie, choć nie oddaje ono klimatu panującego owej pamiętnej nocy w Korezie, jak też jest niekompletne
Galadhorn, dnia 22.11.2007 o godzinie 21:32
To w Korezie zaczynali chyba genialni ludzie z Mumio, prawda? Mam nadzieję, że tak jak oni, tak Lord Ya i jego “komanda” uraczą nas kiedyś nie tylko nagraniami w necie, ale też własną płytą DVD z dramatami Lorda. “Władco Ty”, jesteś wielki. A Tornene zasługuje na najwyższe pochwały jako znakomity recenzent. Dziękujemy Wam, Chłopaki!
Tornene, dnia 22.11.2007 o godzinie 22:12
Czekam na słowa Lorda odnośnie moich zastrzeżeń z niecierpliwością. A Korez jest “mały ale śmiały”, jak to się mawia
Na jego deskach gościło wiele sław (przed i po osiągnięciu sukcesu), więc i Teatr bez Próby ma szanse na zamiesz(k)anie w ludzkiej pamięci… Powodzenia dziewczęta i młodzieńcy! :]
Lord Ya, dnia 22.11.2007 o godzinie 23:14
Po pierwsze, jeszcze raz dziękuję za świetną recenzję. Teraz zastrzeżenia, na które czeka Tornene (właściwie, to zastrzeżeń będzie niewiele, to bardziej komentarze):
>>Autor zamierza wziąć na warsztat całość opus magnum profesora z Oksfordu – dodam tylko, iż osobiście liczę na uwzględnienie w planie przygód tablic z Tengwarem i Angerthas Moria, oraz „Od tłumacza” pióra Jerzego Łozińskiego.
Pomysł nawet niezły, ale chyba aktorów zabraknie na zagranie tych wszystkich tengw. Ale pomyślę nad tym, może wyjdzie z tego jakaś niezła scena dodatkowa
.
>>Osobiście wyróżniłbym Martę Kuziów w roli Legolasa za doskonałe opanowanie tekstu i niewątpliwy talent
Przekażę. Szkoda, że nie może zagrać w powtórce (trzeba by się za to w końcu zabrać, bo wszyscy zdążą pozapominać teksty), a nawet nie jest pewnie, czy będzie mogła zagrać w kolejnej części.
>> oraz oczywiście Dominika Skiendziela za kreację Froda.
Jednak mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na Dominika. Był on obecny na premierze „Do Rivendell i bez powrotu”, ale trafił tam przypadkiem w roli widza. A po tych paru latach, gdy pilnie szukaliśmy aktorów, ktoś sobie przypomniał, że ma takiego jednego znajomego, co to lubi Tolkiena. Aby było śmieszniej, przyszedł do nas akurat w momencie, gdy zostało już tylko kilka ról do wyboru i przypadł mu Frodo. Efekt z Frodem, będącym najwyższą osobą w drużynie był raczej przypadkowy, ale następnym razem zwrócimy na takie rzeczy uwagę, bo może z tego wyjść jeszcze kilka niezłych scen. Chociaż moim zdaniem, momentami zbyt go ponosiło na scenie. Ale ostatnim razem to Samwise’a ponosiło i też zebrał największe laury.
>>Dlaczego wspomniałem wcześniej o nietolkniętej osobie? Dlatego, żeby udowodnić, że można się dobrze bawić na sztukach Lorda Ya nawet, jeśli widziało się tylko film Jacksona, bo pozostałe gagi i smaczki wyłapie większość inteligentnych widzów.
To, że i nietolkniętym się spodobało, jest dla mnie powodem do dumy. Bo to, że zjawią się osoby, które z Tolkienem nie miały dotychczas wiele wspólnego, było prawie pewnie. Bo a to wpadną kumple z klasy, a to rodzice przyjdą zobaczyć jak ich pociecha występuje na scenie. Zapewne pomocnym okazał się fakt, że tydzień wcześniej w telewizji można było zobaczyć „Drużynę Pierścienia”.
>>Jakie minusy należałoby wymienić? Przede wszystkim monolog Boromira wydał mi się zbyt długi i za poważny w stosunku do reszty – nawet jeśli miał spełniać rolę hamulca emocji pod koniec sztuki, to osobiście skróciłbym go do niezbędnego minimum.
Podczas prób też zauważyłem minus. Monolog Boromira to był jeden z tych momentów, gdzie mało kto skupiał się na tym, co się dzieje na scenie. Sam tekst nie do końca miał służyć jako hamulec, ale widać nie udało mi się zawrzeć w nim tego humoru, który planowałem, albo ginął w nadmiarze słów. Ale mam nadzieję, że to bardziej zarzut odnośnie samego tekstu, a nie sposobu, w jaki moja siostra odegrała Boromira. Bo choćby przez te monologi, był on rolą trudną i mało kto był chętny do jego zagrania (podobnie jak z Legolasem).
>>Kolejnym jest kwestia interaktywności z widzami – choć efekt specjalny dał nam znać, że należy powstrzymać się od aplauzu w jednej ze scen, to właśnie tej symbiozy mi brakowało najbardziej.
Pomysł z tym napisem wyszedł podczas prób, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że a nuż znajdzie się ktoś, kto zacznie klaskać (bo jak ktoś gada długi i niezrozumiały tekst, to pewnie się sporo napracował, by go wkuć), a wtedy scena pada. Niestety, nie pomyślałem, że jak już wciąga się publiczność do zabawy, to trzeba by to jakoś pociągnąć dalej. Ale pomyślę nad jakimiś elementami interaktywności przy następnej okazji.
>>Ostatni minus, to czysty subiektywizm, który odbija się na postrzeganiu Sama – może wporzo z niego ziom, ale czasem chyba aż za bardzo.
Widać taki urok postaci Sama, że grający go aktor próbuję wczuć się w to ziomkowanie, nawet jeżeli miałoby to oznaczać odejście od pierwotnych ustaleń. Przyznam, że postać Sama była pisana trochę pod aktora grającego go w „Do Rivendell i bez powrotu”, bo to on nadał tej postaci życia. Widać jednak, bycie „spoko” dla różnych osób różnie wygląda.
>>Jeżeli Teatr Bez Próby zaszczyci świat kolejną adaptacją na deskach teatru [...]
Nie jest pewne, czy Teatr Bez Próby zagra kolejną część. Pewnie i osoby będą te same, ale być może będzie inna nazwa. Bo i ta została wymyślona na szybko podczas załatwiania terminu występu. Po prostu w MDK-u jest sporo grup teatralnych, często też zmieniają nazwy, a akurat kilka osób grało jako w grupie zwanej właśnie Teatr Bez Próby, dlatego cała reszta aktorów została pod tę ekipę podłączona. Trochę czasu spędziliśmy na wymyślaniu nazwy dla naszej ekipy. Jedną z sugestii było np. “Och” (od “Och, Arwen” i “Och, Aragornie”), albo “Nie plumkać!” (w sali, w której mieliśmy próby, stało pianino, na którym non-stop ktoś grał (albo próbował)).
>>Chodzą słuchy, jakoby Peter Jackson sprawdził na mapie gdzie znajduje się Polska i odłożył sporą sumkę na podróż do naszego kraju. Niech się chłopak uczy, jak można interpretować poczciwego staruszka Tolkiena…
Taka ciekawostka, podczas przemowy przed premierą „Do Rivendell i bez powrotu”, padł tekst że proponowaliśmy rolę Legolasa Bloomowi, ale nie chciał. Aha, jeżeli ktoś nie czytał „Do Rivendell…”, tam nie ma Legolasa
.
I została mi zwrócona uwaga, że pewna informacja może zostać źle odczytana. Otóż Marcin i Paweł Koj nie są braćmi, a kuzynami (przy okazji, moimi też). Pozostałe osoby współdzielące jedno nazwisko to już rodzeństwa.
Tornene, dnia 23.11.2007 o godzinie 18:31
Dzięki wielkie za wyjaśnienia, Lordzie.
Jest to ważne uzupełnienie moich wypocin!
Elendilion - Tolkienowski Serwis Informacyjny » Blog Archive » Rozmyślania o Rivendell, filmie, teatrze i fandomie, dnia 01.03.2009 o godzinie 13:13
[...] dupska”* śmiertelnie poważnym tolkienistom w Polsce i za granicą. Z teatrem było inaczej. Adaptacja Teatru Bez Próby wybuchła, zmiotła z powierzchni ziemi widzów i opuszczając sferę profanum znalazła azyl w sacrum [...]
Elendilion – Tolkienowski Serwis Informacyjny » Blog Archive » Recenzje sztuki “Stepy rohańskie” teatru “Co? Jak. Aha.”, dnia 29.10.2009 o godzinie 16:08
[...] kwestie zarówno samego spektaklu jak i scenerii w jakiej miał on miejsce. Z wielką przyjemnością po raz kolejny przyszedłem na sztukę Adama i po raz kolejny się nie zawiodłem. Fajnie było oglądać zaangażowanie obsady i swoistą nerwowość [...]
Zostaw komentarz