Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Wizyta w e-Śródziemiu. Recenzja LOTRO

ScreenShot00056Do recenzji gry The Lord of the Rings Online studia Turbine przymierzałem się od dłuższego czasu. Założyłem konto trailowe, dające tydzień darmowej gry, ale nie znalazłem czasu, by odpalić grę. Potem, co jakiś czas, były akcje ponownej aktywacji na tydzień dla osób, które mają nieaktywne konta, ale czas, kiedy pojawiała się możliwość powrotu do e-Śródziemia, nie był sprzyjający. Zresztą, co mógłbym po tygodniu grania powiedzieć o grze, w której pewnie trzeba wbić kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt poziomów, by w pełni poznać jej możliwości. Ale okoliczności się zmieniły, bo LOTRO nie jest już grą wymagającą płacenia abonamentu, można grać za darmo. Choć dalej można płacić, dostając za to nieco więcej. Czym jest to „nieco więcej”? Czy naprawdę można grać za darmo? Wiecie, jest różnica między grą darmową, a darmową*, gdzie pod „*” chowa się masa warunków tak wkurzających, że bez płacenia tak naprawdę nie będzie mowy o rozrywce. To zobaczmy, czy darmowe Śródziemie rzeczywiście jest darmowe. I czy ma coś wspólnego z Tolkienem (J.R.R., jeżeli mam być dokładniejszy), czy może jest Śródziemiem tylko z nazwy.
Zanim zacznę, chciałbym zrobić pewne założenie. Chcę sprawdzić darmowy wariant. Zatem nie dopłacę do gry ani złotówki – jeżeli odetnie mnie to od pewnych elementów gry, to automatycznie nie pojawią się w recenzji, lub wspomnę o nich na podstawie tego, co doczytałem.
Dobra, wyjaśnijmy jak LOTRO teraz działa. Mamy trzy rodzaje kont: VIP, premium i darmowe. VIP to ci płacący – mają największy dostęp do gry, a dodatkowo, co miesiąc dostają 500 punktów Turbine (dalej oznaczane TP) na zakupy. Jednak sam status VIP nie upoważnia do wszystkich korzyści płynących z dodatków Mines of Moria i Siege of Mirkwood, te dalej trzeba kupić. Nieopłacenie abonamentu degeneruje konto do trybu darmowego, pozbawiając dużej części bonusów. Darmowi za to mają dość sporo ograniczeń, limitów i takie tam – szczegóły później. Konta premium to konta osób, które choć raz zakupiły zestaw punktów Turbine za prawdziwe pieniądze – też mają limity, takiego samego rodzaju co darmowi gracze, ale nieco mniejsze. Większość ograniczeń można znieść w dostępnym wewnątrz gry sklepie Turbine, płacąc za to TP. Same punkty można dostać na trzy sposoby – wspomniany bonus dla VIP-ów, kupując je ze prawdziwe pieniądze lub zdobywając w grze. Na razie niech wystarczy tyle informacji o płatności, ale do sklepu jeszcze zajrzymy.
ScreenShot00083 No to odpalmy w końcu grę… albo jeszcze nie, bo musimy wybrać czy chcemy grać na serwerach amerykańskich czy europejskich. Główna różnica to społeczność graczy – jeżeli chcesz grać ze znajomymi, dowiedz się, gdzie grają – Codemaster, europejski wydawca gry, miał opóźnienie i na amerykańskich serwerach wcześniej umożliwiono darmową grę, stąd niecierpliwi europejczycy mogą grywać tam. Niby można grać w obie wersje, ale trzeba mieć dwa konta i ściągać dwa osobne klienty, ważące po 10 GB. Jak już zainstalujemy grę, wybieramy jeden z dostępnych światów (serwerów) – teoretycznie możemy grać na wszystkich dostępnych, ale trzeba pamiętać, że są one rozłączne. Jakie są kryteria wybory serwerów? Po pierwsze, język (przynajmniej w Europie) – mamy do wyboru angielski, niemiecki i francuski. Po drugie, czy świat jest światem Role Play czy nie. Na serwerach Role Play teoretycznie większą wagę przykłada się do odgrywania postaci, nawet na poziomie imion – te powinny być „tolkienowskie”. Ostatnie kryterium to zaludnienie – teoretycznie w danym momencie może grać ograniczona ilość graczy, jeżeli będzie ich więcej, trzeba będzie czekać na zalogowanie w kolejce – tu VIP-y mają pierwszeństwo. Ale prawdę powiedziawszy, choć gram na serwerze teoretycznie mocno zaludnionym – Laurelin, nie spotkałem się z czekaniem.
Ale zacznijmy w końcu grę! Na początku rzut oka na naszą postać. Na jednym serwerze możemy mieć dwie. Do wyboru cztery rasy – ludzie, hobbici, krasnoludy i elfy, średnio 1.75 płci (znaczy, w przypadku krasnoludów płeć jest nieokreślona – nie powiem, interesująca zagrywka) oraz siedem klas – burglar, captain, champion, guardian, hunter, lore-master i minstrel. Dodatkowo, mając dodatek Mines of Moria lub osobno odblokowując je za TP, pojawiają się jeszcze dwie klasy: rune-keeper i warden. Przepraszam za brak tłumaczeń, ale ze dwie musiałbym przetłumaczyć na „strażnik”, a przecież są jeszcze ci od Aragorna. Jak widać, nie ma tu żadnych czarodziejów, paladynów czy innych kapłanów. Z jednej strony, to dobrze, Śródziemie rządzi się swoimi prawami. Z drugiej, to tak naprawdę kwestia nazwy – to, że lore-master czy rune-keeper nie są oficjalnie czarodziejami, nie oznacza, że nie rzucą co jakiś czas jakimś fireballem czy inną błyskawicą. Sam proces tworzenia postaci jest przygotowany solidnie. Zarówno rasy jak i klasy są dobrze opisane, podane są słabe i mocne strony, rola w drużynie, trudność gry. Do tego możemy wybierać pochodzenie naszej postaci, np. człowiek może być z Rohanu czy z innego Gondoru. Ale sam wybór to tylko kwestia tytułu i pewnych ograniczeń co do wyboru koloru włosów i karnacji, na samą rozgrywkę nie ma absolutnie żadnego wpływu, wszyscy przedstawiciele danej rasy zaczynają w tym samym miejscu, a Rohirrimowie na starcie NIE dostają konia, ani nawet umiejętności jeździeckich. By zakończyć proces tworzenia postaci, wybieramy wygląd (fryzura, znaki szczególne, kolor oczu i takie tam) oraz imię. I przy imieniu twórcy się postarali. Raz, że mamy poradnik zawierający przedrostki i końcówki typowych imion dla naszej rasy (uwzględniając pochodzenie), a dwa, możemy sobie imię wylosować.
Słów kilka o zadaniach. Tych mamy sporo. Jest oczywiście wątek główny (epic quests – nie, nie użyję ostatnio nadużywanego w internecie słowa „epicki”) – każda z ras ma swój początek własny historii, u elfów i krasnoludów dotyczy krasnoludzkiego plemienia Dourhand, które sprzymierzyło się ze złem, u ludzi i hobbitów wzrostu zagrożenia ze strony sług Mordoru. W pewny momencie cztery historie łączą się i idziemy już jednym tokiem. Początkowo podążamy mniej więcej tą samą trasą co Frodo, raz go wyprzedzając, raz będąc się nieco spóźniając, ale potem pewnie zbaczamy w stronę Angmaru – prawdę powiedziawszy, skończyłem dopiero drugą księgę, nie wiem jak to się dokładnie potoczy. Jednak po samej kolejności pojawiania się dodatków można wywnioskować, że czeka nas dłuższa podróż w cieniu Drużyny Pierścienia. Sama historia jest opowiedziana nawet nieźle – pełno jest typowych okienek z opisem, ale są też zadania w instancjach (ang. instance – swego rodzaju kopia danego obszaru, na której przebywa tylko nasza drużyna – każda kolejna wkraczająca na ten obszar dostaje swoją kopię, bez śladów naszej działalności), gdzie jesteśmy świadkami odpowiednich wydarzeń. Czasami mamy też krótki przerywnik filmowy, choć czasami to tylko opowieść o tym, co równolegle do naszych przygód odbywało się na kartach książki. I tu warto dodać, że cały wątek główny jest darmowy, zarówno ten z podstawki, Shadows of Angmar, wszystkich darmowych poprawek, a także z Mines of Moria i Siege of Mirkwood, choć udostępnienie tych dwóch ostatnich to kwestia dodatku Journey to Winter-home z początku grudnia. Natomiast jeżeli chodzi o zadania poboczne, sprawa wygląda nieco gorzej, bo darmowe są tylko te czterech obszarów: Shire, Ered Luin, Bree-land oraz Lone-lands – tu dodam, że te ostatnie to też przez Journey to Winter-home, wcześniej można było odblokować ten obszar za 330 TP (lub 50 TP, jeżeli trafiło się na promocję – złośliwość, zrobić promocję a potem dać za darmo – a ja i tak kupiłem za pełną cenę). Możemy się swobodnie poruszać po całym Śródziemiu, ale poza odblokowanymi obszarami nie możemy ani wypełniać Czynów (Deeds), ani otrzymywać zadań. A tych jest mnóstwo. Większość to klasyka gatunku – przynieś dziesięć skór dzików, zabij dwadzieścia niedźwiedzi, idź do kowala, zanieś, przynieś, pozamiataj itp. Na szczęście, każde zadanie jest solidnie opisane, nigdy cel nie jest motywowany „bo tak!”. Ale jest też kilka ciekawszych zleceń. Seria pocztowa, gdzie biegamy po Shire roznosząc listy, unikając przy tym wścibskich hobbitów oraz wody (a żebyście wiedzieli, że parę razy zadanie zawaliłem, bo skok okazał się za krótki, a mostu nie było czasu szukać), czy podobna seria z odzyskiwaniem zepsutych ciast – niby to też „idź zanieś”, ale ma klimat. Ciekawe są również zadania związane z festiwalami, w tym z obecnie trwającym Yule Festival, ale są one dostępne tylko przez jakiś czas w roku. Z tych wspomnę kapitalny teatr G.L.O.B.E., gdzie możemy zagrać w inscenizacji urodzin Bilba lub rzucać zgniłymi owocami w graczy-aktorów, gdy nie uda im się dobrze zagrać – i to, i to satysfakcjonujące. I jest jeszcze Chicken Play, gdzie gramy kurczakiem. Do większości zadań możemy podejść samotnie, nawet na nieco niższym poziomie niż sugerowany – kwestia klasy, niektóre swoją siłę pokazują dopiero w drużynie. Choć są i zadania, gdzie bez drużyny lub sporej ilości poziomów ponad sugerowany może być ciężko (porada, nawet z 10 poziomami przewagi wolałem mieć kompana na Brishzela – kawał wrednego psa), ale takie zadania są wyraźnie oznaczone. Są też takie (przeważnie z wątku głównego), gdzie sami wybieramy wariant samotny lub zespołowy – poziom trudności dopasuje się do wyboru. Warto wspomnieć o zasadzie, że wszelkie honory z zabicia bestii czerpie pierwsza osoba/drużyna, która zaangażuje się w walkę. Więc jeżeli idziemy polować na bossa, a wokół kręci się kilku graczy, można połączyć siły choćby po to, by nie trzeba było się ustawiać w kolejce i czekać na respawn przeciwnika. Ale z wieloma takimi sytuacjami się nie spotkałem.
ScreenShot00017 Sama gra w drużynie wydała mi się nieco chaotyczna, przynajmniej jeżeli chodzi o sześcioosobową ekipę. Tu wyskakują nagle jakieś manewry drużynowe, statystyki sojuszników rozsiane od góry do dołu ekranu, ikonki małe i weź tu wszystkich uzdrawiaj. Ok, jeżeli ktoś nie jest healerem czy nie odpowiadamy za crowd control to może tego nie zauważyć tej niedogodności, DPS czy DPS AoE (lub Nuker) tylko łupią we wrogów. A co to jest DPS, AoE czy inny tank, to sobie doczytacie.
Oprócz klasycznych zadań mamy jeszcze instancje i potyczki (skirmish). To pierwsze to większe lokacje, kończące się bossem (a najczęściej po drodze jest ich kilku) – a po bossie jakiś solidniejszy łup. Ich poziom trudności jest dopasowywany do ekipy, więc raczej nie ma mowy o samotnym ich wykonaniu. A warto poświęcić trochę czasu na zebranie ekipy, bo nagrody bywają solidne. Darmowi mają dostęp do dwóch takich obszarów, Great Barrow i Garth Agarwen. To pierwsze to wyprawa do nieumarłego Samborga, a to drugie… nie śmiać się (za bardzo)… jest przeciwko Naruhel, złej siostrze Złotej Jagody…
Potyczki natomiast mają obrazować większe bitwy, jakie mogły odbyć podczas Wojny o Pierścień. Odpieramy tu kolejne fale wrogów, którym nieraz towarzyszy potężniejszy Porucznik. Możemy grać zarówno sami, jak drużyną. Im więcej osób, tym jest trudniej, ale i nagroda większa – sami też możemy ustawić wyższy poziom trudności. Do tego, możemy przywołać w boju jednego sterowanego przez komputer sojusznika, na charakterystykę którego mamy pewien wpływ. Za darmo dostępne są dwie potyczki, Siege of Gondamon, gdzie bronimy twierdzy i Trouble in Tuckborough, gdzie odbijamy Wielkie Smajale z rąk wroga.
Co jeszcze możemy w grze robić? Jak trafiliśmy na serwer Role Play, to możemy oczywiście odgrywać naszą postać. Tu pomocny jest duża ilość gestów, które możemy wywołać komendą, ciekawy system strojów, pozwalający zachować statystyki jednego, a wygląd innego. Mamy też możliwość kupienia sobie domu i wystrojenia go według własnej woli. Do tego możemy nauczyć się jakiejś profesji rzemieślniczej, dzięki której będziemy zbierać różne surowce lub wytwarzać przedmioty. Albo możemy łowić ryby, które możemy gotować (jeżeli jesteśmy kucharzem) lub ozdabiać nimi dom. Jest też opcja nadania sobie nazwiska, noszenia jednego ze zdobytych tytułów (a tych dość szybko będziemy mieli dziesiątki) czy włączenia innego gracza do naszej rodziny, co owocuje tytułami typu „syn Gloina”.
ScreenShot00050 Pod względem grafiki, biorąc pod uwagę, że tytuł ma już prawie trzy lata, jest nieźle. Pewnie można by się uczepić, że to nie jest , ale jak dla mnie, nawet obecnie silnik graficzny prezentuje się bardzo dobrze. Zresztą, bardziej niż na „jak” skupiłbym się na „co gra nam pokazuje?”. Proponowane widoczki są całkiem ładne i klimatyczne – niektóre lokacje robią bardzo dobre wrażenie, choć jest kilka raczej typowych – jakieś zaśnieżone góry, bagna, nic specjalnego. Do tego dochodzi naprawdę przyjemna dla ucha muzyka, zależna od sytuacji i obszaru – mamy hobbickie melodie w Shire czy groźnie brzmiącą muzykę w Starym Lesie czy na Kurhanach. A bitewny kawałek podczas odbijania Wielkich Smajali (i na początku gry hobbitem) – cudo. Reszta dźwięków też jest w niezła, w tym również głosy bohaterów niezależnych, choć mam dziwne wrażenie, że wszyscy spotkani Czarodzieje (Gandalf i Radagast) próbują mówić na sposób filmowego Mithrandira.
Tak szybko o rozwoju postaci, odbywa się on za pomocą Cech (Traits) i Czynów. Na niektórych poziomach doświadczenia odblokowują nam się sloty w jednej z czterech kategorii Cech, które możemy, odwiedzając barda, zapełnić odblokowanymi Cechami, wpływającymi w pewien sposób na nasze umiejętności. A jak je zdobywamy? Dokonując Czynów (przy czym nie wszystkich). Są to pewne wyzwania, polegające na przykład na użyciu ileś razy danej umiejętności, pokonaniu iluś tam przeciwników konkretnego typu, wypełnieniu serii zadań czy odwiedzeniu pewnych miejsca. Warto wyróżnić Czyny Regionalne, których możemy dokonywać tylko na odblokowanych przez nas obszarach, a podnoszą one poziom najogólniejszej kategorii Cech, dostępnych każdej rasie i klasie – Ccnót (Virtues). Są też Cechy rasowe, klasowe i legendarne. Maksymalnie nasza postać może mieć na wyposażeniu 5 cnót, 7 cech klasowych, 5 rasowych i 3 legendarne… stop! Miałem mówić o grze darmowej. Zatem darmowi mają odpowiednio 2, 2, 2 i 1, pozostałe sloty na cechy są do odblokowania w sklepie.
Jeszcze kilka słów o tym, co zostało nam zabrane i jak bardzo przeszkadzają te ograniczenia. Prawdopodobnie pierwsze, które nam się rzuci w oczy podczas grania, to tylko trzy torby na przedmioty, podczas gdy płacący mają pięć. Brak miejsca może denerwować, ale zgodnie z zasadą – ile by nie było miejsca, zawsze jest za mało – da się do tego przyzwyczaić. Potem mamy np. wspomniane Cechy. Prawdę powiedziawszy, ja nie odczułem boleśnie tego ograniczenia, ale w momencie gdy osiągnie się maksymalny poziom, może to zacząć doskwierać. Jest też ograniczenie posiadanych funduszy, maksymalnie możemy mieć 2 sztuki złota. Ale z drugiej strony, na darmowym obszarze mało jest rzeczy tak drogich, by nam miało nie starczyć – chyba tylko lepsze domy czy wierzchowce. Bardziej bolą fundusze, które tracimy przez przekraczanie limitu (tak naprawdę nie tracimy, dokładają się do specjalnej puli i dostaniemy je z powrotem, gdy zniesiemy limit funduszy). Co tam dalej? Nie możemy od razu jeździć na własnym wierzchowcu, umiejętność jazdy konnej trzeba odblokować. Dopóki mamy stajnie oferujące transport w różne inne miejsca można wytrzymać, ale część tras też mamy zablokowaną. Jedną z większych wad trybu darmowego jest brak trybu Monster Play, gdzie możemy wcielić się w creepsy, siły Saurona i walczyć z graczami stojącymi po stronie freepsów (od Free People). I żadne punkty Turbine tu nie pomogą, to opcja tylko dla VIP-ów. Aż do Rise of Isendard. O tym, że mamy ograniczone obszary działania już mówiłem, ale na ile nam one starczą? Cóż, ja w tej chwili mam na liczniku około 125 godzin gry, a jeszcze mam parę rzeczy do zrobienia w Lone-lands. Do tego punktów mi starczyło na jeszcze dwa inne obszary (ale ja Lone-Lands kupiłem przed udostępnieniem za darmo, więc innym graczom może punktów starczyć na więcej). Jak widać, sporo, jak ktoś nie grywa często, może nawet nie spotka go sytuacja, gdy skończyły mu się zadania.
ScreenShot00075 A teraz odwiedźmy sklep. Jak wspomniałem, można punkty Turbine zdobywać podczas gry, więc możemy je też wydawać. Główne źródło naszych zarobków to Czyny, każdy jest nagradzany zwykle 5-10 punktami, te kilkuetapowe dają coraz więcej na poszczególnych poziomach. Problem w tym, że liczba Czynów jest ograniczona, bo aby mieć dostęp do tych z danego regionu, musimy go wcześniej odblokować. Jednak cena każdego z nich jest wyższa, niż potencjalna ilość TP jaką z niego uzyskamy. Są oprócz tego zadania, dające nam punkty, ale tych jest raczej niewiele. Ok, ale na co możemy wydawać punktu? Po pierwsze, na usuwanie wszelkich ograniczeń: limit złota, nowe torby na ekwipunek, sloty na Cechy, umiejętność jazdy konnej i takie tam. Mamy też oczywiście nowe regiony, nowe potyczki (te niestety nie odblokowują się razem z przypisanym im obszarem), dwie klasy z Mines of Moria, samo Mines of Moria i Siege of Mirkwood, dodatkowe postaci na serwerze. Są też nieco mniejsze rzeczy – jakieś czasowe bonusy, stroje, mikstury leczące, gesty, nawet zmiana imienia postaci. Musimy się dobrze zastanowić w co chcemy inwestować. Niby np. Cechy nie są szczególnie drogie, 95 TP, ale to zawsze mniej 95 TP na nowy region. Koń za 95 TP też jest łatwy do osiągnięcia, ale przecież można łazić na piechotę i zaoszczędzić. Ceny są do przyjęcia – oczywiście, za bzdety płacimy niewiele, za większe rzeczy już kilka setek punktów. Najdroższe jest chyba Mines of Moria – 2495 punktów. Wspomniane 95 TP to tak akurat tyle, że trzeba na to popracować, ale nie jest to zbyt męczące. Same zakupy są dość porządnie zrobione, katalog produktów w miarę przejrzysty, transakcja przeprowadzana jest natychmiast. I, co ważne, praktycznie cały czas są jakieś promocje. I to nieraz solidne, więc może warto trzymać kilka(set) punktów w zapasie, bo a nuż MoM będą dawać za 500 TP. Warto dodać, że punkty zbierane są na konto, nie na postać, więc jak nam się skończą, zawsze możemy stworzyć nową, której celem będzie tylko zbieranie TP. I można w ten sposób stworzyć wielką machinę do pozyskiwania funduszy, zoptymalizować metody zdobycia stosownej ilości, grać na wszystkich serwerach, inwestować tylko w główną postać i nowe możliwości zdobywania punktów (regiony odblokowywane są na konto, nie na postać), ale to się może skończyć graniem tylko po to, by móc grać.
Szybko zauważymy, że gra lubi przypominać o sklepie i punktach. Co chwilę będziemy widzieć ikonę przypominającą o możliwości odblokowania czegoś. I zwykle informacje o tym, że coś jest zablokowane dostajemy najpóźniej jak się da. Na niedostępnych nam obszarach widzimy znacznik zadania nad NPC, możemy pogadać o zadaniu, ale zamiast „Accept” mamy przycisk „Unlock” przenoszący do sklepu. Możemy odpalić niedostępną nam potyczkę, ale sami do niej nie dołączymy – znów „Unlock” zamiast „Join”. A jak przekroczymy limit złota, to właściwie nie pozbędziemy się już ikonki informującej o tym fakcie – ilekroć zdobędziemy jakąś kasę (nawet jak zejdziemy poniżej limity), dostaniemy powiadomienie o nadmiarowych funduszach czekających na nas.
ScreenShot00093 Gra nie ustrzegła się błędów. Mój główny problem to konieczność powtórnego logowania się na daną postać, bo nagle straciłem możliwość podnoszenia przedmiotów, rozmawiania z NPC czy monitorowania stanu umiejętności i morale. Może to tylko wina mojego sprzętu, ale to dość denerwująca usterka. Niektóre skrypty mają błędy i np. zabicie zbyt szybko szefa orków podczas odbijania Amon Sul oznacza niemożność ukończenia zadania, trzeba je powtarzać od początku. Niby ork staje się nieśmiertelny gdy straci wystarczająco dużo życia, ale jakoś u mnie nie podziałało. Nieraz podczas walki, zamiast wybrać innego przeciwnika, przeszukiwałem leżące obok zwłoki, lub zamiast użyć umiejętności, przestawiałem je na pasku. Zaznaczanie innych graczy, otoczonych przez przeciwników, gdy nie są z nami w drużynie, też bywa kłopotliwe. Do tego bywają problemy z przenikaniem przez tekstury i inne takie drobne rzeczy. Problem jest z odbieraniem nagród za zadania, gdy mamy pełny ekwipunek – musimy mieć przynajmniej tyle pustego miejsca, ile dostaniemy przedmiotów, nawet jak kilka z nich naprawdę można trzymać w większej ilości na jednym slocie. Cenzurowanie wulgaryzmów na czacie też nie działa dobrze. Znaczy, nie wiem jak działa na wulgaryzmy, ale usuwa też słowa typu Turbine czy Codemaster, zamieniając je na niezrozumiały ciąg znaków. Pomyślcie sobie, że pytacie jak można np. kupić umiejętność jazdy konnej, a dostajecie odpowiedź: „Use %@$#%^ points”. To może być niemiła sytuacja. Co ciekawe, niektóre wypowiedzi NPC też dotyka cenzura, choć nie ma tam absolutnie nic obraźliwego.
Na koniec jeszcze jedno pytanie. Ile w tym wszystkim Tolkiena? Umówmy się, gry mają swoje prawa, graczom trzeba dostarczyć wyzwań, różnorodnych przeciwników, walki muszą być widowiskowe, zatem pewne odstępstwa od książek Tolkiena są konieczne. I z tym założeniem mogę się pokusić o nazwanie LOTRO grą tolkienowską. Już na poziomie nazw widać, że ekipa Turbine przyłożyła się do tego – weźmy choćby te nazwy klas i morale. Imiona bohaterów niezależnych, nazwy lokacji też mają odpowiednie brzmienie, są po elficku (lub udają na tyle dobrze, że się laik nie połapie – ja się nie połapałem). Dobra, ale jakbyśmy zasłonili wszystkie nazwy, to czy dalej da się poznać, gdzie toczy się gra? Hmm… powiedzmy, że lokalnie. Wszystko zależy gdzie jesteśmy i jak dobrze obszar opisał Tolkien. O ile takie Ered Luin nie było czymś, co w pierwszej chwili skojarzyłoby mi się z Władcą Pierścieni, to już Shire jest nie do pomylenia z jakąkolwiek krainą z innych fantasy. I to, że to nie jest inne fantasy, widać bardzo dobrze – nie mamy tu zbroi z naramiennikami zahaczającymi o framugi (w przypadku mężczyzn) czy zasłaniających tylko biust (w przypadku kobiet). Nawet kwestia śmierci w bitwie rozwiązana jest bardzo rozsądnie – nie mamy żywotności, tylko morale, a przegrana to tylko strata ochoty do walki, a nie zgon. Spotykamy pełno znanych z kart książek bohaterów niezależnych, w tym te naprawdę ważne – Aragorn, Gandalf, Frodo czy nawet Tom Bombadil – choć tego ostatniego wyobrażałem sobie nieco inaczej. Aha, to nie jest gra na licencji filmowej. Co do przeciwników, też w miarę trzymają poziom. Jest tam trochę wymysłów Turbine, ale nie jest to coś, co bym od razu wykluczył ze Śródziemia. Ale mam powody sądzić, że im dalej w grę, gdzie trzeba będzie coraz silniejszych przeciwników, będzie w tej kwestii coraz gorzej. Już ta zła siostra Złotej Jagody jest nie najlepszym znakiem, a jeżeli dodamy do tego fakt, że podczas oblężenia Gondamonu ubiłem jakiegoś smoka, też tej sytuacji nie poprawia. I tych wszystkich nieumarłych czy łażących drzew też jest coś dużo i to poza obszarami, gdzie bym je jeszcze tolerował. Właściwie, ocena zależy od podejścia. Jeżeli oczekujemy od gry oddania metafizyki, etyki, filozofii czy innych trudnych słów z kart książek Tolkiena (i to z HoMe i podobnych), to tego tu nie znajdziemy – ba, gra będzie zbiorem herezji. Ale jeżeli w takich sprawach nie wymagamy stu procentowej zgodności, wystarczy nam by to wyglądało mniej więcej jak na filmie czy ilustracjach, to gra nie będzie mniej tolkienowską niż dzieło PiDżeja.
ScreenShot00002Podsumowując, The Lord of the Rings Online jest grą całkiem przyzwoitą. Nie na tyle, bym płacił za nią abonament, ale jak za darmo, to można pograć. Jak na MMO jest to solidny tytuł, gra nie wymaga od nas grindu (wbijania na siłę poziomów czy innych punktów) – no, może kilka Czynów wymaga poświęcenia większej ilości czasu, gdy dotyczą polowania na rzadszą bestię. I mogę potwierdzić, że gra naprawdę jest darmowa, nawet licząc te nieco złośliwsze ograniczenia, nie ma wrednych haczyków ani innych tego typu zagrywek, które by zabijały cała zabawę. Choć to może zależy, ile się od gry oczekuje. Jeżeli ktoś grywa niedużo, godzinka dzienne, może kilka w weekend, to darmowej zawartości mu nie zabraknie – a nawet jak zabraknie, to wcale nie musi przechodzić na comiesięczne opłaty, może wystarczy pojedynczy pakiet punktów. Jeżeli nastawiamy się na odgrywanie naszej postaci, przesiadywanie pod Rozbrykanym Kucykiem i snucia dyskusji z innymi fanami Tolkiena, zamiast zaliczania kolejnych zadań i wyzwań, darmowa wersja będzie w sam raz (ale to wtedy byłby taki 10 gigabajtowy czat). Ale jak ktoś marzy o szybkim podbiciu różnych elitarnych lokacji, szpanowaniu najdroższym sprzętem czy chociaż chce spróbować Monster Play, to niestety, darmowa wersja nie jest dla niego. Choć zawsze to okazja, by swobodnie przetestować grę.

Grę można pobrać ze stron:
Wersja europejska – https://www.lotro-europe.com/
Wersja amerykańska – http://www.lotro.com/

Kategorie wpisu: Gry tolkienowskie, Recenzje

7 Komentarzy do wpisu "Wizyta w e-Śródziemiu. Recenzja LOTRO"

Galadhorn, dnia 19.12.2010 o godzinie 11:01

Boję się gier komputerowych, bo chyba mam tendencję do uzależnień od takowych (nie grałem już od jakichś 6 lat), ale ciekawie jest się dowiedzieć o grze, która jest chyba obecnie najsłynniejszą sieciową tolkienowską rozrywką. Dziękuję, Lordzie.

Umesh, dnia 20.12.2010 o godzinie 20:45

Małe sprostowanie – status Premium otrzymuje się po dowolnym zakupie punktów Turbine za cash. Jednorazowy zakup punktów – nawet ten minimalny pakiet – daje status Premium już na stałe – co za wiele nie zmienia, ale goldcap z 2 g podnosi np. na 5….

Lord Ya, dnia 21.12.2010 o godzinie 9:37

To nie jest małe sprostowanie, tylko naprawdę solidna korekta. Dzięki, zaraz naniosę stosowne poprawki do tekstu.

Neithan, dnia 21.12.2010 o godzinie 11:10

Kilka słów o f2p z perspektywy starego gracza :)

Na początek mała ściąga:

http://lotro.mmorsel.com/2010/09/best-lotro-account-type.html

Bardzo ładnie opisane jest jaki rodzaj konta wybrać w zależności od indywidualnych preferencji. Jest też przedstawiona taktyka ‚miesięcznego abonamentu’ i co się na niej zyskuje. W skrócie wygląda to tak, że zaczynamy grać jako f2p, gra się spodobała (nie wiem jak może się nie podobać hehe) więc próbuję jak najtańszym sposobem uzyskać jak najwięcej :)

Wiele osób na 20-25lv (w tym miejscu mniej więcej kończą się questy dostępne za darmo dla f2p) kupuje preepaid na 30dni (po aktywacji automatycznie uzyskujemy status VIP i 500 punktów do wydania w sklepie a po 30 dniach pozostajemy jako premium -> patrz tabelka co nam to daje) albo wersję pudełkową gry z dodatkiem Mines of Moria. W drugiej opcji za 40-60zl (ceny widziałem od 39 do 59zl) oprócz 30dni abonamentu mamy od razu zawartość całego dodatku.

Turbine Points (waluta w sklepie) warto zbierać i nie wydawać na pierdoły typu ciuszki, jednorazowe mapki … Co jakiś czas są promocje na quest-packi i wtedy za pół ceny dokupujemy brakujące nam krainki. Inna sprawa, że coś co dziś jest w promocji, za jakiś czas może być za bezcen albo i za darmo (wspomniane przez Ciebie LoneLands). Takie już niestety uroki promocji. Nigdy nie wiemy czy to okazja dla nas czy ostatnia próba zbicia na czymś kasy :)

F2P uważam za dobre posunięcie Turbine. Gra zyskała wielu graczy, którzy nie zagraliby w wersję płatną, wielu graczy wróciło. Jest szansa na poznanie gry i przemyślaną decyzję ‚gram/nie gram’ – takiej szansy nie dawał 10-dniowy trial. Jest też oczywiście druga strona medalu – dzieci neo/dzieci tibii/trolle … Do czasu F2P Lotro skutecznie się broniło przed tego typu osobami i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tak przyjaznego community nie spotkałem nigdzie od czasu jak dawno temu grałem w mudy :) Czy to się zmieni – czas pokaże, bo fala f2p nieubłaganie zbliża się do Morii :)

To tyle w ogromnym skrócie o f2p.

Uważam, że warto choć na chwilę zagłębić się w świat LotRo – poczuć chłodny powiew Ered Luin, zapach Shire, dopłynąć wpław do Annuminas, wjechać do Rivendel, wkroczyć do Angmaru i wreszcie zobaczyć Morię, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Łowić ryby obok ubitego Watchera, odnaleźć fragment szaty Gandalfa u stóp Nieskończonych Schodów a zwłoki Balroga na zboczu Zirakzigil :)

Gra ma wspaniały klimat i tworzy spójną całość. Oczywiście można by się przyczepić do tego czy owego ale przypominałoby to długie dyskusje rozpętane po premierze filmów PJa. Wg mnie 100% zgodności nie da się osiągnąć w filmie a tym bardziej w grze – i jedno i drugie jest adaptacją, pokazaniem czyjejś osobistej wizji, pokazaniem czegoś co jest prawdopodobne a nie opisane w książkach, pominięciem niektórych wątków. Nie wdając się dyskusję powiem tylko tyle, że gra ma dla mnie jedną niewątpliwą przewagę nad filmem. Arwena robi to co powinna – stoi w Rivendel i czeka na Aragorna a nie uprawia przejażdżki w towarzystwie Nazguli 😉

Gra tak mi się spodobała, że po 2miesiącach płacenia abonamentu wykupiłem w promocji opcję lifetime (kosztowało mnie to równowartość 7mcy abonamentu) i od kilku miesięcy gram za darmo :)

pozdrawiam

Neithan, dnia 21.12.2010 o godzinie 11:18

ps. tak z ciekawości – skąd wniosek że Złota Jagoda nie mogła mieć siostry? :)

Lord Ya, dnia 21.12.2010 o godzinie 12:41

Neithan, dzięki za przydatne informacje. Pewnie pomoże to zaplanować wydatki osobom, które gra wciągnie. Choć widzę, że trochę się zmieniło od napisania tego artykułu, np. z darmowym Lone-Lands można bez większych problemów wbić nawet 30 poziom (sam mam 32).

Co do społeczności i napływu osób niedojrzałych do gier MMO, ja też bardzo pozytywnie oceniam graczy, choć może to być wina serwera RP, który może nieco odstraszać niechciane osoby. Właściwie, kojarzę tylko jedną kłótnię, chyba natury WoW vs LOTRO, poza nią, to pełna kultura i dyskusje na wysokim poziomie.

Może to nie tyle, że Złota Jagoda nie może mieć siostry. Ale, jak dla mnie, wszelkie sytuacje rodzinne typu bliźniacy po różnych stronach mocy wychodzą często dość sztucznie, zwłaszcza, że nie mają głębszego uzasadnienia. No dobra, Naruhel jest siostrą Złotej Jagody, ale co z tego? Mamy tam jedno czy dwa zadania bliżej dotyczące sprawy, ale czy to ma jakieś większe konsekwencje (może ma, nie zrobiłem jeszcze GA). Wiem, że trzeba czasem wymyślić coś nowego, bo ile razy można spotkać jakiegoś jeszcze większego orka, ale przecież wystarczyłaby sama Naruhel, bez łączenia jej ze Złotą Jagodą. Bo i sama Jagoda stoi raczej na uboczu całej historii, miała swój epizod i nie widzę powodu, by ponownie wciągać ją do gry.
Lub inaczej, może po prostu mam dziwne humoru i mnie to bawi.

Neithan, dnia 22.12.2010 o godzinie 11:45

Z tego co pamiętam to w Lone-Lands są questy na lv 22-32 więc osiągnięcie 32 poziomu nie powinno być problemem. Wszystko zależy od charakteru gracza i od rodzaju konta. Jedni (sam się zaliczam do tej grupy) lubią zajrzeć w każdy kąt, zrobić każdy quest choćby nawet nagroda nie rekompensowała kosztów naprawy zbroi. Robią tak bo lubią podążać za historiami i (o zgrozo!) nawet czytają opisy questów. Przeciwieństwem są sprinterzy, którzy chcą jak najszybciej osiągnąć maksymalny poziom. Robią tylko główną linię questów i z daleka omijają questy poniżej ich poziomu uważając to za stratę czasu. Wynika to z mechaniki (słusznej zresztą), wg której najbardziej opłacalne jest robienie questów na swój poziom lub minimalnie powyżej. Robiąc questy poniżej naszego poziomu dostajemy mniej doświadczenia, questy dużo powyżej naszego poziomu wymagają większego nakładu czasu, środków, czasem zebrania grupy. Jest też oczywiście największa grupa graczy, którzy podróżują w swoim tempie, ani się nie spiesząc ani nie zatrzymując zbyt długo.

Wracając do tematu. Na lv 20-35 mamy do wyboru kilka krain. Poza darmowym LL czy końcowymi obszarami Bree jest North Downs (z bardzo ładnie zrobioną finałową 6 osobową instancją Fornost – ale to już na ok 38lv) i Evendim. Mając miesiąc ViPa warto odpuścić sobie questy, które mamy za darmo i do których będziemy mogli wrócić a skupić się na questach, do których po miesiącu stracimy dostęp. I tu kolejna ściąga http://lotro.mmorsel.com/2010/08/content-by-level-chart.html

Co do Naruthel – masz rację, kwestia indywidualnego gustu, a o gustach się nie dyskutuje.

ps. jeśli ktoś będzie zastanawiał się nad wyborem serwera, a jednym z argumentów ‚za’ będzie dla niego liczna kolonia rodaków to zapraszam na Snowburn – guardian Bondur.

Zostaw komentarz