Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Utylitarna sztuka dla sztuki

Pamiętasz? Gdy przyzwyczajamy się do jakiegoś ładnego zapachu z czasem przestajemy go czuć. Każdy tak ma, prawda? Zły zapach przeszkadza, wierci w nosie, odrzuca, gdy ten najpiękniejszy, delikatny, szlachetny szybko staje się niewidocznym tłem naszych wrażeń. Tak poznaje się na przykład dobre perfumy. Szybko zapominamy o tym, że nosimy na skórze ich ślad. Podobnie jest z życiodajnym powietrzem. Bez niego nie da się żyć, ale na co dzień w ogóle nie pamiętamy o jego istnieniu. Gdy zaś go zabraknie…

W związku z nową publikacją wykładu J.R.R. Tolkiena O baśniach (pod redakcją profesor Verlyn Flieger i Douglasa A. Andersona) przypomniało mi się towarzyszące twórczości literackiej pytanie: sztuka dla sztuki czy też sztuka w służbie idei? Na pozór twórczość Tolkiena i innych Inklingów należy do tej pierwszej kategorii. Artysta w myśli „profesorów w świecie baśni” (określenie nieodżałowanego profesora Mroczkowskiego) to twórca pochodny, wtórny wobec boskiego, transcendentnego Stwórcy. Dane mu „z góry” moce twórcze (czy inaczej a głębiej wtórstwórcze) wykorzystuje zgodnie ze swoim powołaniem – ku radości samego aktu twórczego. W ten sposób wyraża się u Tolkiena i jego inklingowskich towarzyszy podobieństwo człowieka do Boga. Tak jak Bóg stworzył nasz przebogaty, cudowny świat (u Tolkiena jest to Świat Pierwotny, po angielsku Primary World), tak pisarz fantastyczny tworzyć ma koherentne, złożone, wiarygodne światy literackie (Światy Pochodne czyli po angielsku Secondary Worlds).

Jednocześnie trzeba pamiętać, że odmienność fantastycznego Świata Pochodnego od Świata Pierwotnego (czyli rzeczywistości, jaka nas otacza) jest jednoczesna u Tolkiena z wymaganym, koniecznym wręcz, podobieństwem (lub wręcz tożsamością) tych światów w sferze wartości moralnych. Bo wbrew pozorom, subkreacja nie jest tylko sztuką dla sztuki. Jednym z jej zadań jest dawanie ludziom Nadziei. Inną przedstawienie znanych nam wartości w nowych didaskaliach tak, żeby te wartości odkrywać na nowo i zobaczyć jako coś bardzo świeżego i pięknego. Jak pisał C. S. Lewis:

Mit zbiera razem wszystkie znane nam rzeczy i przywraca im bogactwo znaczeń, które zostało ukryte pod zasłoną codzienności (wywiad w Time and Tide z 1955 r.).

I tak dzieje się to, co nieodłączne w każdej – lepszej i gorszej – literaturze:  sztuka dla sztuki służy jednocześnie ideom drogim twórcy. A gdy te idee są dobre, skorzystać na tym może każdy zachwycony odbiorca…

Kategorie wpisu: Eseje tolkienowskie

4 Komentarzy do wpisu "Utylitarna sztuka dla sztuki"

TAO, dnia 13.10.2008 o godzinie 14:48

Co to za obraz w ilustracji?

Galadhorn, dnia 13.10.2008 o godzinie 17:52

Witaj, Tadeuszu. Jest to zrobione przeze mnie zdjęcie w pałacu we Francji, na północ od Paryża – w Chateau de Creil. Obraz jakiegoś mało znanego artysty nosił tytuł „Czytanie Biblii” czy jakoś podobnie.

Byłbym bardzo rad usłyszeć znowu jakiś Twój komentarz pod naszymi newsami. Zapraszam, choć wiem jak bardzo jesteś zapracowany w związku z wydarzeniami u naszego wschodniego sąsiada.

Będący niedawno w Ukrainie

Galadhorn

TAO, dnia 14.10.2008 o godzinie 9:38

„Mówisz i masz”. Ale rzeczy wymagała pewnego zastanowienia i sprawdzenia kilku rzeczy. Zatem:

W powyższym szkicu, przy pełnej zgodności co do meritum, widzę pewne pomieszanie pojęć. Hasło „sztuki dla sztuki” ma ściśle określoną treść: postuluje sztukę wolną od „służenia” zarówno zabawie, jak i dydaktyce (przekazowi idei), służącą wyłącznie ekspresji artysty jako takiego. Taka sztuka nie może służyć jakimkolwiek innym ideom, oprócz idei „sztuki dla sztuki”, ma być celem samym w sobie, być wolna od wszelkich zobowiązań społecznych, politycznych, ideowych, moralnych. Ma być wyrazem „nagiej duszy” twórcy (nagiej, niekoniecznie urodziwej); stąd silny psychologizm tego kierunku. Na gruncie polskim głównym propagatorem hasła „sztuki dla sztuki” był Stanisław Przybyszewski. Twórczości Tolkiena nie da się doń odnieść – to wręcz antypody pojmowania literatury.
Alternatywa „sztuka dla sztuki” czy „sztuka w służbie idei” jest więc błędna: ta pierwsza także pozostaje w służbie idei (swej własnej). Galadhornowi chodzi zresztą raczej o pytanie, czy sztuka powinna bawić, czy też uczyć (i trafna jest jego odpowiedź, że nie ma sprzeczności między tymi celami, a sztuka, która nie „bawi”, nie będzie też skutecznie uczyć) oraz o to, czy aspekt estetyczny (forma) i merytoryczny (treść) mogą obyć się bez siebie (i trafna jest – dorozumiana – odpowiedź, że nie mogą). Bo nawet w niefrasobliwej zabawie tkwi przekaz jakiejś idei (choćby idei niefrasobliwej zabawy jako wystarczającego celu), bo nawet „czysta forma” w literaturze zawiera jakąś treść, gdyż słowa ze swej natury mają znaczenia (w muzyce i malarstwie „czysta forma” jest możliwa; zwykle zresztą okazuje się wówczas przejawem matematyki).
Nie zgadzam się natomiast z Galadhornem w jednym: do smrodu też można się przyzwyczaić, przestać go zauważać. Niestety.

Galadhorn, dnia 15.10.2008 o godzinie 10:51

Bardzo Ci dziękuję za komentarz. Co do mieszania pojęć, to niestety brak mi często w dyskusjach precyzji. Trudno zmusić język do wyrażania tego, co pomyśli głowa :-) Ale cieszę się, że zgadzasz się ze mną co do meritum. Dzięki za rozjaśnienie innymi, klarownymi słowami tego, co miałem na myśli.

No i masz rację w ostatnim zdaniu. Kiedyś omawialiśmy u LNDL pojęcie „wstrętu” i również doszliśmy do wniosku, że naturalna obrona przed tym co zepsute i złe często niestety niedomaga…

Zostaw komentarz