Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Yeskov po angielsku a sprawa fanfików

Jak doniósł wczoraj brytyjski dziennik Guardian (tutaj artykuł), angielskie tłumaczenie książki Rosjanina, K. J. Yeskova (Jeśkowa; po rosyjsku К. Ю. Еськов), Poslednij Kolcenosiec (Последний кольценосец),  wywołuje w środowisku autorów Wielkiej Brytanii silną kontrowersję, dotyczy bowiem problemu tzw. fanfików. W Polsce książka Yeskova ukazała się w 2000 roku jako Ostatni Władca Pierścienia.

kolcenosiecNie, tej sprawnej literacko bądź nie, ale przede wszystkim obrazoburczej książki nie wydało żadne brytyjskie wydawnictwo (np. HarperCollins). Książka przetłumaczona na angielski znalazła się w Sieci. Rosyjski Władca Pierścieni à rebours, pisany z perspektywy Mordoru, został przełożony dla brytyjskiego czytelnika przez pewnego tolkienowskiego entuzjastę, Izraela Markowa (Yisroela Markova). Praca społeczna, dystrybucja darmowa. A jednak sekretarz generalny Stowarzyszenia Autorów, Mark Le Fanu ostrzega, że nawet nie przynosząca zysku dystrybucja jakiejś książki musi mieć zgodzę i namaszczenie posiadacza praw autorskich. Prawa do książek o Śródziemiu (czyli także o Mordorze) posiada rodzina Tolkienów, której interesy reprezentuje Tolkien Estate.

Poslednij Kolcenosiec, dzieło rosyjskiego paleontologa Kiryła Jeśkowa (który preferuje transkrybowanie jego nazwiska jako Yeskov), podejmuje wątki znane z eposu Tolkiena, ale opowiada o nich z perspektywy sił Zła. Zabieg typowy dla naszej współczesnej kultury. Książka, która ukazała się po raz pierwszy w Rosji, sugeruje, że Tolkien napisał romantyczną legendę, będącą narracją zwycięskiej strony konfliktu, i że bliższe zbadanie dokumentów z Wojny o Pierścień ukazuje nam zupełnie inne jej oblicze.

Książka znana jest w Rosji, w Polsce ukazała się w Oficynie Wydawniczej 3.49 (tłum. Eugeniusz Dębski, Poznań 2000), ale nie dokonano wznowień w- podobno w związku z interwencją Tolkien Estate. Ze zrozumiałych względów The Last Ring-bearer nie ukazał się też oficjalnie w Wielkiej Brytanii czy w Stanach Zjednoczonych. Z Internetu książkę ściągnięto już tysiące razy.

David Brawn, kierownik w Wydawnictwie HarperCollins, które jako jedyne może wydawać Tolkiena w Wielkiej Brytanii, powiedział dziennikarzom Guardiana: „Zgodnie z moją wiedzą, nikt nigdy nie próbował nas nawet namawiać na wydanie tej książki”.  Rosja funkcjonuje od lat poza regulacjami prawa autorskiego, które przyjęły kraje zachodnie (w tym Polska, członek UE). Brawn kontynuuje: „W Internecie znajduje się mnóstwo godzących w prawo tekstów, z którymi nic nie można zrobić. Gdy mamy coś tak popularnego, jak książki Tolkiena, fani chcą tworzyć dalszy ciąg opowieści.  Większość z nich to po prostu zwykła amatorszczyzna.  Gdy nie ma z nami samego Tolkiena, posiadacze praw autorskich zdecydowali, że należy mówić ‚nie’ każdej takiej inicjatywie. Gdybyśmy zgodzili się tolerować jedną taką książkę, zostalibyśmy zalani następnymi”.

Mark Le Fanu, sekretarz generalny Stowarzyszenia Autorów, ostrzega, że twórczość fanów (tzw. fanfiki), dostępna w Sieci za darmo, nie może lekceważyć prawa. „Jeżeli taka książka jest dostępna po angielsku bez licencji posiadacza praw do świata literackiego, to jest to naruszenie prawa autorskiego” – powiedział.

Kategorie wpisu: Informacje medialne, Twórczość fanów

18 Komentarzy do wpisu "Yeskov po angielsku a sprawa fanfików"

Monika, dnia 09.02.2011 o godzinie 16:05

To Tolkien Estate jest zdrowo p*******. Nawet durnej księgi zaginionych opowieści nie mogą wznowić po Polsku, a to przecież tekst Tolkiena. Ażeby ten fandom padł i z***** w agonii.

Galadhorn, dnia 09.02.2011 o godzinie 16:16

O, to Ty Moniko? Twórczyni kultowej postaci Ogóra w swoim okołotolkienowskim fanfiku?

:-)

Monika, dnia 09.02.2011 o godzinie 16:19

Ja już się nie bawię w fanfiki, zaczęłam tworzyć własny świat i mi póki co wystarczy :). Zresztą zawsze mi się wydawało, że niektóre wymysły Tolkien Estate są dziwne. Polska nie może mieć przez to własnego tłumaczenia „Historii Śródziemia”

Galadhorn, dnia 09.02.2011 o godzinie 16:35

To mit, Moniko. Jeżeli polskie wydawnictwo zobowiąże się finansowo do wydania całego cyklu, tłumaczonego przez jeden zespół tłumaczy, nie ma przeszkód. Ale po Co Ci HoMe po polsku?

Czytam właśnie z rozbawieniem, jak angielscy fani napalają się na Jeśkowa i Pierumowa. Tłumaczenia tych książek są teraz modne wśród anglosaskich tolkienistów.

😉

Monika, dnia 09.02.2011 o godzinie 16:43

Słabo znam angielski, ale jednocześnie ciekawi mnie HoME. Te wszystkie pierwotne wersje opowieści Tolkiena. Mam w domu tylko II tom Księgi Zaginionych Opowieści po polsku. Na Allegro wszyscy się strasznie rzucają na te wydawnictwa, bo Tolkien Estate zabronił wznawiać :/

Ivellios, dnia 09.02.2011 o godzinie 16:47

Podpisuję się pod ostatnim komentarzem Moniki. Sam mam kilka tomów HoME i z trudem idzie je przeczytać. Nie mówię, że to niemożliwe, ale jednak polskie wydanie bardzo by ucieszyło wiele osób. Z drugiej strony ciągle podnosi się głosy, że za mało by chętnych było. Jednak wydanie w niskim nakładzie książki też nie jest problemem, jeżeli sobie właściciele praw nie liczą jakiś bajońskich sum (a tak jest jak się wydaje też TE).

Co do wpisu – osobiście nie przepadam za Yeskowem czy Pierumowem, ale nie jest też tak, że ich bym potępiał. Zrobili coś sami na bazie twórczości Tolkiena. Ok! Tak długo jak wyraźnie zaznaczone jest, że to ich fantazja, a nie oryginalna twórczość profesora, nie widzę problemu.

Tornene, dnia 09.02.2011 o godzinie 19:44

Mark Le Fanu, sekretarz generalny Stowarzyszenia Autorów, ostrzega, że twórczość fanów (tzw. fanfiki), dostępna w Sieci za darmo, nie może lekceważyć prawa. “Jeżeli taka książka jest dostępna po angielsku bez licencji posiadacza praw do świata literackiego, to jest to naruszenie prawa autorskiego” – powiedział.

Uff. Moje wypociny są dostępne jedynie po polsku i rosyjsku. Jak dobrze być wschodnim dzikusem – nie muszę zasypiać z obawą, że niejaki Le Fanu naśle na mnie CBŚ za to, że ośmieliłem się złożyć hołd Tolkienowi przez przyprawienie jego „mitologicznej zupy” swoim pieprzem. Bez chęci zarobienia na tym złamanego grosza i tylko po to, by odrobinkę uatrakcyjniać twórczość profesora dla siebie i innych. Uff! Sumienie naprawdę może odpocząć…

And hey, Mr. Le Fanu! – look what I’m going to do: I’m gonna write a name: „Gandalf”. Gandaaalf. Gaaaaaaaandalf! Gan-dalf!
:) :) :)

Co do wpisu – osobiście nie przepadam za Yeskowem czy Pierumowem, ale nie jest też tak, że ich bym potępiał. Zrobili coś sami na bazie twórczości Tolkiena. Ok! Tak długo jak wyraźnie zaznaczone jest, że to ich fantazja, a nie oryginalna twórczość profesora, nie widzę problemu.

Wszystko byłoby ok, gdyby nie brali za to pieniędzy. Jeśli chcą zarabiać na wizji T., niech zapłacą „cesarzowi co cesarskie”. Dla mnie sprawa jest prosta. Wyegzekwowanie tych pieniędzy to natomiast zupełnie inny gatunek pieczarek…

Tornene, dnia 09.02.2011 o godzinie 19:47

O, właśnie – Moniko, czy pojawią się nowe przygody Ogóra? Chętnie przeczytałbym więcej.

Galadhorn, dnia 09.02.2011 o godzinie 20:24

Musiałem Monice ocenzurować wulgaryzmy. W serwisie prosimy powściągać język. To serwis tolkienowski – nie Onet.pl

Monika, dnia 09.02.2011 o godzinie 22:14

Nie, nie bawię się już w to, Tornene. Mam własny świat i własne postacie, nie potrzebuję Tolkiena do rozwijania swoich umiejętności pisarskich. Jak chcesz coś nietolkienowskiego, to proszę bardzo. Dam adres strony na, której publikuję. Ale pewnie nie tu. Jak są chętni to proszę pisać monivrian@gmail.com

Ivellios, dnia 09.02.2011 o godzinie 22:21

Tornene – racja… co do kwestii pobierania kasy za to jak najbardziej się zgodzę.

Miałem coś jeszcze napisać, ale się ugryzłem w palce 😛

TAO, dnia 10.02.2011 o godzinie 10:57

Moniko, tylko jedna uwaga. Co Tolkien Estate ma wspólnego z fandomem?! Fandom to jesteśmy my, miłośnicy twórczości Tolkiena, TE – to instytucja, nastawiona na zysk.

Mar, dnia 10.02.2011 o godzinie 14:31

No cóż, jeszcze jeden przykład bezsensowności tzw. „prawa autorskiego” – jak w ogóle można używać słowa „autorskie” w odniesieniu do przepisów działających prawie 40 lat po śmierci autora???

Tornene, dnia 12.02.2011 o godzinie 18:37

No cóż, jeszcze jeden przykład bezsensowności tzw. “prawa autorskiego” – jak w ogóle można używać słowa “autorskie” w odniesieniu do przepisów działających prawie 40 lat po śmierci autora???

Gdybyś napisał(a) arcydzieło, które w dodatku nieźle się sprzedaje to nie chciał(a)byś, aby pieniądze z tego tytułu trafiały do Twych bliskich i potomków?

Nikt nie żyje wiecznie i dlaczego przekazanie praw do swojej spuścizny to niby jest coś niewłaściwego? Czy skoro autor umiera, to już przy jego łożu śmierci można zacząć drukować jego książki bez opłacenia „trybutu”? Zdechł to już nie jest autorem? Ja w przeciwieństwie do Ciebie właśnie takie podejście na zasadzie „umarł, więc to już jest wszystkich i nikogo” uważam za bezsensowne.

Prawo autorskie w rozsądnym kształcie to dziedzictwo kulturowe Europy. Nie bolszewizujmy go…

Pozdrawiam.

Galadhorn, dnia 12.02.2011 o godzinie 20:28

Tornene, bardzo fajne, rozsądne uzasadnienie. Podpisuję się pod nim.

tallis, dnia 20.02.2011 o godzinie 4:35

Mar, 40 lat to nic, w USA mają 90 lat a w niektórych, wybranych przypadkach 100 lat, a chcą je podwyższyć do 200 lat. Dane oficjalne. To, przyznacie nie jest normalne.
poz :)
tal

tallis, dnia 20.02.2011 o godzinie 4:38

Stąd nie mogę sie zgodzić z Tornene. Imo prawo to jest raczej przez koncernową mafię paranoizowane 😀 Poczytajcie książkę amerykanskiego wykładowcy prawa i sędziego Lawrenca Lessiga „Wolna kultura”. Jest dostepna za fri w sieci.
poz :)
tal

Tornene, dnia 20.02.2011 o godzinie 11:39

Ale z czym nie możesz się zgodzić, Tallis? Czy ja w którymkolwiek momencie pochwaliłem reżim wydawnictw? Bynajmniej – podkreśliłem tylko, że autor za swój trud musi być wynagrodzony i musi mieć prawo do tego, co napisał. Jeśli umrze, powinien mieć prawo przekazania tych praw osobom, które są mu bliskie na prawach własności.

Może nie wszystkich przekona porównanie, ale czy nie oddajemy domów, samochodów, piwnic z winem, obrazów i szaf po śmierci? Skrajnie nieprzypadkowy ciąg znaków czy zapis na pięciolinii to też jakaś wartość (choć nie do końca materialna).

To, że prawo jest wypaczane nie znaczy, iż prawa ma nie być. Jeśli autor chce zarobić na swojej książce i pragnie zabezpieczyć przyszłość krewnych to co w tym demonicznego? Skoro nie chce wrzucić owocu długich miesięcy za fri do sieci to już jest paranoikiem?

Zostaw komentarz