Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Hobbit: Pustkowie Smauga – popremierowa recenzja

Przed premierą filmu Hobbit: Pustkowie Smauga, Fran Walsh stwierdziła, że druga część hobbickiej trylogii jest najlepszym filmem akcji, jaki nakręcił Jackson. I nie myliła się. W przeciwieństwie do Nieoczekiwanej Podróży, w Pustkowiu Smauga nie ma klasycznego zawiązania akcji (i trudno się dziwić, w końcu mamy do czynienia z środkowym filmem). Puszczona w końcówce pierwszego filmu machina zdarzeń kręci się coraz szybciej i szybciej: Wizyta u Beorna, Mroczna puszcza, Leśne królestwo, Esgaroth, Erebor i wreszcie to na co wielu czekało od czasu kiedy PJ zdecydował się nakręcić Hobbita – Smaug. Jednak nie jest tak, że widz nie znajdzie chwili wytchnienia. Mordercze tempo, jakie narzucił Peter Jackson, czasem subtelnie zwalnia, by oglądający film mogli sobie wszystko jakoś poukładać w wyobraźni. Czy zatem druga część Hobbita jest filmem bez wad? Nie do końca. Pustkowie Smauga jako środkowa część wypada nieźle. Ma w sobie wiele elementów filmu przygodowego. Reżyser zachował szkielet fabuły, jednak niektóre mięśnie i ścięgna są już jego własnym dziełem. Łączy je on w mniej lub bardziej zgrabny sposób. Trzeba spojrzeć na drugą część trylogii dwojako. Jako ekranizacja zasługuje na notę 6.5/10. Jako film 9.5/10.

Zapraszam do drugiej części recenzji, gdzie krok po kroku rozbierzemy Pustkowie Smauga na czynniki pierwsze.

Przeczytaj resztę wpisu »

Blask ciemnieje – Hobbit: Pustkowie Smauga


Kim pan jest, panie Jackson? Takie pytanie zapewne zada sobie wielu widzów po obejrzeniu drugiej części Hobbita. Pytanie zasadne, bo Hobbit: Pustkowie Smauga znacząco odbiega od pierwszej części klimatem, tempem czy sposobem narracji.
Jest zdecydowanie mroczniej, a postać samego Bilba usuwa się tu nieco w cień, przynajmniej do pewnego momentu. Jeżeli można zgadywać, to właśnie w tej części widać wyraźnie rękę Guillermo del Toro, który jest jednym z głównych twórców koncepcji filmu. O ile Niezwykłą podróż można uznać za zbiór questów, w których próbuje sił kompania Thorina Dębowej Tarczy, to Pustkowie Smauga daje prawdziwą fabułę i przedstawia zagrożenia znacznie bardziej poważne niż walka z goblinami. Jeżeli w pierwszej części dominowały kolory i atmosfera radosnej przygody, w tej bohaterowie zaznają zdrady, gniewu i cierpienia. Bajka zmienia się baśń, a Bilbo z Krasnoludami powoli dorastają do wyborów, które nieuchronnie ich czekają. Dzięki temu Hobbit coraz bardziej dorasta do Władcy Pierścieni, do którego trzecia część trylogii ma być bezpośrednim pomostem. Przeczytaj resztę wpisu »

„I widzę ogień…” – recenzja Pustkowia Smauga

Hobbit: Pustkowie Smauga
Adaptacja 5/10
Film 9/10

Spośród 5 ekranizacji Jacksona Pustkowie Smauga zajmuje u mnie miejsce II. po Drużynie Pierścienia



Nie umiem pisać recenzji. Zwłaszcza, gdy książka, płyta albo film za mocno mnie „wkręcą”. Właśnie wróciłem z kina IMAX w Katowicach, gdzie razem z Tomem Gooldem i naszymi przemiłymi Towarzyszkami byliśmy dziś na uroczystej premierze. Moja ocena filmu jak wyżej… I tyle dla tych, którzy nie chcą spoilerów.

Przeczytaj resztę wpisu »

Kiedy polskie wydanie Droga biegnie dalej wciąż?

Za życia Profesora ukazały się tylko cztery książki o Śródziemiu: Hobbit, Władca Pierścieni, zbiór wierszy Przygody Toma Bombadila oraz Droga biegnie dalej wciąż (1967-1968). Ta ostatnia jest praktycznie nieznana w Polsce, a przecież wznawia się ją w świecie anglojęzycznym (wydawana jest teraz z płytą CD, na której znajdują się utwory Tolkiena śpiewane przez Donalda Swanna – kompozycje, które bardzo lubił Profesor Tolkien. To jedyne kompozycje muzyczne ze Śródziemia, które Profesor autoryzował!). Ja sam posiadam wydanie HarperaCollinsa z 2002 r. z tą właśnie płytą. Co ciekawe, książka została przetłumaczona na potrzeby Sekcji Tolkienowskiej Śląskiego Klubu Fantastyki lata temu i wydano już drukiem jej fragmenty w wydawnictwach klubowych Parmadilich (tłum. Ryszard Derdziński). Elendilion posiada to tłumaczenie i chętnie zaproponuje je zainteresowanemu Wydawcy.

The Road Goes Ever On (bo tak książka zatytułowana jest po angielsku) to cykl pieśni z zapisem nutowym, do których komentarz poetycko-mitologiczny napisał J.R.R. Tolkien. Książka ukazała się wpierw w Stanach Zjednoczonych w wydawnictwie Houghton Mifflin Company (październik 1967), a potem w Anglii w wydawnictwie George Allen & Unwin (marzec 1967).

Przeczytaj resztę wpisu »

Hobbit: Pustkowie Smauga – recenzja


Nie za bardzo wiem jak zacząć recenzję, bardziej chyba będzie pasował zwrot – pierwsze wrażenia. Od wczoraj zastanawiam się, jak podsumować Pustkowie Smauga, w jaki sposób można opisać w kilku zdaniach wrażenia i emocje z tego trzygodzinnego seansu. Po pierwsze, trzeba rozgraniczyć dwie rzeczy – i patrzeć na nie z dwóch różnych perspektyw – filmu i adaptacji.

Gdybym miał przedstawić to w formie graficznej, chyba najbardziej pasowałby taki opis:

Wyobraźcie sobie, że w oddali widzicie drzewo, wygląda ono pięknie i zdrowo, zaintrygowani zbliżacie się do niego powoli. Im bliżej jesteście, tym bardziej przekonujecie się, że to kolos, prawdziwy olbrzym. Drzewo wygląda dostojnie, jego główny pień jest prosty i smukły, korzenie są pokręcone, potężne i macie to poczucie, że sięgają bardzo głęboko. Drzewo jest piękne. Kiedy zbliżacie się jeszcze bardziej, by je dotknąć, okazuje się, że drzewo jest jeszcze większe, a na pniu i gałęziach znajdujecie jakieś dziwne przebarwienia, narosty, dziwacznie przeszczepione gałęzie i sęki. Nie jest to rodzaj choroby, czy złośliwości, uświadamiacie sobie, że to ktoś z zachwytu nad drzewem chciał je ubarwić, sprawić, by było atrakcyjniejsze, ciekawsze, kolorowe – bajeczne. Nie szpeci to drzewa, ale Wy wyraźnie widzicie, jak niedoskonałe są próby upiększenia tego, co piękne. Drzewo jest pierwotne, wszystko co było do niego dodane by je poprawić czy uatrakcyjnić, nie może dorównać pięknu i prostocie jego istnienia. Kiedy odejdziecie od drzewa wystarczająco daleko, przekonacie się, że to tylko drzewo…

Pień filmu i jego główną strukturę uważam za udaną, wręcz świetną, (choć wszystko jest w rozmiarach XXXXL) ale wątki poboczne (te narosty i przebarwienia), czy celowo dodane elementy po prostu nie dają sobie rady z geniuszem samej pierwotnej historii o krasnoludach, Bilbo Bagginsie i Smaugu.

Poniżej opiszę pokrótce główne gałęzie drzewa. Nie czytajcie, jeśli chcecie się na nie sami wspinać… Przeczytaj resztę wpisu »

All Hallows’ Eve i Halloween

Dziś wigilia Wszystkich Świętych. Po angielsku All Hallows’ Eve. Nazwa uległa uproszczeniu i dziś w zlaicyzowanym świecie mówi się o Halloween. Chcecie w ten niezwykły wieczór rozpocząć nową literacką przygodę? Może dacie się zachęcić do poznawania prozy Charlesa Williamsa, czytając dziś wieczór książkę All Hallows’ Eve, w której powstawanie zaangażowali się J.R.R. Tolkien i C. S. Lewis?

Lektura na dziś: Ch. Williams, All Hallows’ Eve

Książka z 1945. Zaczyna się od opisu dysputy, którą toczą duchy dwóch zmarłych kobiet wędrujących po Londynie. „All Hallows’ Eve” szuka odpowiedzi na pytanie o sens ludzkiego i współczucia. Czyni to przez usunięcie granicy między żywymi i umarłymi z użyciem czarnej magii i Bożego miłosierdzia.

Przemysław Mroczkowski, „polski Inkling”, pisał o nim jako o „zmarłym przedwcześnie, wielostronnie utalentowanym urzędniku Oxford University Press”, pisarzu, który „wznawia dramatyczny moralitet” (Historia literatury angielskiej, str. 548). Charles Williams (1886-1945) to trzeci z wielkich Inklingów – jego miejsce jest zaraz po J.R.R. Tolkienie i C. S. Lewisie. Szkoda, że w Polsce jest to „sławny nieznany”. Każdy miłośnik twórczości Inklingów zna nazwisko Williamsa (choćby ze znakomitej książki Carpentera Inklingowie), ale mało kto z nas czytał jego książki. Chciałem to zmienić i tej jesieni zacząłem poznawać dorobek Williamsa, żeby go tu u nas, na elendilionowej niwie opisać z nadzieją, że może jakiś polski wydawca zaryzykuje i pod winietą reklamową „przyjaciel Tolkiena i Lewisa” pozwoli polskim czytelnikom poznać Wojnę w niebie, Zstąpienie do piekieł albo Wigilię Wszystkich Świętych… Wpierw w jednym z londyńskich antykwariatów przy Charing Cross Road, w najgłębszej z piwnic, na najdalszej z półek,  znalazłem Many Dimensions (wydanie z lat 60. – ten zapach starego papieru!). Po pochłonięciu tej książki (z wielkim apetytem – nie zaprzeczę), wziąłem się za e-booka War in Heaven (znakomita książka, która ma w sobie coś z Chestertonowskich kryminałów o księdzu Brownie, coś z atmosfery filmowego Omenu czy Dziecka Rosemary – a do tego jest bardzo londyńska, bardzo poczciwie angielska…). I odkryłem Charlesa Williamsa jako poprzednika wszelkich dzisiejszych „dan brownów” – przewyższającego ich jednak pod względem walorów literackich, językowych, psychologicznych. Na pewno książki Williamsa inaczej opisują psychologię człowieka niż książki Tolkiena i Lewisa – są pod tym względem bardziej współczesne. W duszy bohaterów trwa walka, panuje napięcie, a każdy ważny krok to podjęty z całą świadomością wybór. Wiele spraw pozostaje niejednoznacznych. Williams nie obawia pisać się też o erotyce człowieka, o jego cielesności. Ale też cechą charakterystyczną jego powieści jest to, że obok materialnego świata, który obserwujemy zmysłami, równie rzeczywisty jest świat duchowy – świat Boga, aniołów i demonów. Sam Williams od roku 1917 był członkiem okultystycznego Zakonu Złotego Świtu (z którego wyrósł też Alesteir „Bestia” Crowley) i choć później porzucił to środowisko, stał się chrześcijaninem w anglikańskiej wspólnocie kościelnej, to zainteresowanie nadprzyrodzonością i magią obecne było w jego twórczości do końca życia. Opis Czarnej Mszy w War in Heaven wskazuje, iż sam autor osobiście przeżył takie mroczne i przewrotne misterium. Książkę kończy piękny opis mszy chrześcijańskiej…

Przeczytaj resztę wpisu »

Krótka recenzja rozszerzonej wersji filmu The Hobbit: An Unexpected Journey

Czuję się jak cienka warstwa masła, rozsmarowana na zbyt dużej kromce chleba
Wczoraj w końcu miałem czas obejrzeć rozszerzoną wersję pierwszej filmowej części Hobbita. Podobnie jak w przypadku filmowej trylogii Władcy Pierścieni, poza rozszerzoną wersją, reżyser spędza z nami ponad 12 godzin prowadząc nas przez labirynt materiałów które szczegółowo przedstawiają każdy aspekt powstawania filmu.

W tym wpisie będę tylko odnosił się stricte do samego filmu. Nie chcę Wam psuć zabawy, jeśli chcecie się dowiedzieć szczegółów o dodatkowych scenach, kliknijcie  na Przeczytaj resztę wpisu »

Vinyar Tengwar nr 50 – recenzja

Na pięćdziesiąty numer Vinyar Tengwar czekaliśmy sześć lat (nr 49 wydany został w 2007). O planach wydania VT w lutym informowaliśmy Was w jednym z poprzednich newsów (Parma #21 i Vinyar Tengwar #50 will be published soon!”). Oto wczoraj dotarł on do wielu subskrybentów w Europie. Jest to bardzo cienki ale też niezmiernie ciekawy numer pisma.

Zamyka on pewien rozdział w historii wielkiego konfliktu, swoistej „zimnej wojny” w środowisku lingwistów tolkienowskich w USA i Europie. Pisaliśmy o niej w 2007 roku („Kontrowersja wokół lingwistycznych rękopisów Tolkiena”). Jedno z sindarińskich zdań, które jest w nowym Vinyar Tengwar analizowane (Arphent Rían Tuorna: man agorech?), było źródłem wieloletnich kontrowersji i dociekań po tym, jak David Salo niefortunnie ujawnił je po swoim pełnym napięć spotkaniu z Carlem F. Hostetterem w 1996. To zapewne dlatego Hostetter informując na Facebooku o pracach nad nowym VT, pisał o „fatalnym Túrin’s Wrapper„.

Numer 50 VT jest też historycznym numerem, bo oto pismo po raz ostatni ukazuje się w dotychczasowej formule. Od kolejnych numerów Vinyar będzie dostępny już nie na subskrypcję (jak to było od lat 80. XX w.), ale do ściągnięcia i wydrukowania on-line na stronach Lulu.com (szczegóły na stronie E.L.F.).

Przeczytaj resztę wpisu »

„Bogactwo znaczeń (…) pod zasłoną codzienności” (artykuł w marcowych Charakterach)


Czy lektura Tolkiena to nowe, świeże spojrzenie na nasze sprawy i nasz świat czy też jest to raczej czarująca projekcja i pocieszająca iluzja? Tej kwestii nie da się łatwo rozstrzygnąć, ale w nowym numerze Charakterów możemy poznać kilka ciekawych myśli, które przybliżą nas do odpowiedzi na pytanie o wartość świata wykreowanego we Władcy Pierścieni w odsłanianiu nam prawd o naszej rzeczywistości.

W artykule „Tolkien i prawda” (Charaktery, nr 3 [194] marzec 2013, str. 104-105) profesor KUL dr hab. Jacek Wojtysiak w bardzo ciekawy sposób rozwija myśl Petera Kreefta, autora książki The Philosophy of Tolkien, który twierdzi, że książki Profesora to drzwi, przez które wchodzimy w… nasz własny świat, świat, który jest niby oswojony, niby poznany. Po lekturze książek Tolkiena staje się on dla wielu z nas „bardziej realny, bardziej trwały niż ten, który zostawiliśmy, kiedy otworzyliśmy okładki książki”. Dzięki fantazji Tolkiena „odkrywamy nasz własny świat”!

Zdaniem autora artykułu możemy mieć tu do czynienia z nowym sposobem poznawania świata, który polega na silnym, emocjonalnie zabarwionym przeżywaniem czegoś, co słynny polski filozof Roman Ingarden nazywał „jakościami metafizycznymi”. Prof. Wojtysiak pisze:

Faktem jest przecież, że po lekturze „Władcy Pierścieni” lub po obejrzeniu „Hobbita” trudno nam zrekonstruować ich akcję, a tym bardziej symboliczne przesłanie. Co jednak w nas pozostaje? Silne przeżycie wzniosłości, niezwykłości, wielkości – przeżycia oscylujące między sakralnością i demonicznością, euforią i bojaźnią, nadzieją i zwątpieniem. Przeżycia, które – jak pisze Ingarden – „odsłaniają nam głębie i praźródła bytu, na które zwykle jesteśmy ślepi i których istnienie w codziennym życiu zaledwie przeczuwamy”.

Według prof. Jacka Wojtysiaka po przeżyciu opowieści Tolkiena nasz świat, nasze życie i nasze sprawy widzimy w nowym świetle – jako bardziej doniosłe, ważne, godne zaangażowania. W świetle opowieści to, co było błahe, małe i nudne może się – w świetle Całości – objawić jako pełne sensu!

Czy nie o to chodziło Inklingom w ich poetyce? Czy nie o tym pisał C. S. Lewis oraz Tolkien, gdy opisywali znaczenie mitu. Przypomnijmy sobie te ważne słowa jednego z Profesorów w Świecie Baśni:

„Mit zbiera razem wszystkie znane nam rzeczy i przywraca im bogactwo znaczeń, które zostało ukryte pod zasłoną codzienności” (C.S. Lewis, październik 1955, wywiad w “Time and Tide”)

Dziękujemy Charakterom za ten bogaty filozoficznie artykuł. Zachęcamy naszych Czytelników do lektury marcowego numeru pisma o psychologii…

Patrz też: „Jest taka cisza…”, „Utylitarna sztuka dla sztuki”.

Recenzja gry LEGO: Władca Pierścieni


Rok 1895 – bracia Lumière konstruują pierwszy kinematograf. Rok 1947 – powstaje pierwsza gra komputerowa. Rok 1949 – duńska firma LEGO tworzy pierwsze klocki. Rok 1954 – J.R.R. Tolkien wydaje pierwszego Władcę Pierścieni, rok 1977 – George Lucas kręci pierwszy film Gwiezdne Wojny… potem trzeba by przejść przez różne kombinacje typu pierwszy film na podstawie Władcy Pierścieni, pierwsza gra komputerowa na podstawie filmu aż dojdziemy do roku 2005, pierwszej gry komputerowej LEGO Gwiezdne Wojny. Stała się ona początkiem bardzo dobrze przyjętej serii gier. A od tego już tylko krok do roku 2012, i pierwszej gry komputerowej LEGO opartej na filmie Władca Pierścieni. Po kilkunastu godzinach grania w wersję pecetową, po wymyśleniu takich postaci jak Haldirman… przepraszam… Haldirelf, Obrońca Uciśnionych czy orkowy komandoartysta z Morii, jestem gotowy do podzielenia się wrażeniami. I będzie bez żartów o imieniu pewnego elfa, który aż się prosi by pożartować z jego imienia i serii popularnych klocków. Przeczytaj resztę wpisu »

← Późniejsze wpisy · Wcześniejsze wpisy →