Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

J.R.R. Tolkien, A Secret Vice – recenzja

[Rozszerzony tekst recenzji, która ukazała się pierwotnie
na blogu TOLKNIĘTY]

Tajony nałóg (A Secret Vice) traktujemy jak manifest sztuki tworzenia języków artystycznych. W eseju tym J.R.R. Tolkien opisał swoje pierwsze próby linguopoetyczne w dzieciństwie i drogę, która doprowadziła jego języki ku ich dojrzałej formie. Czytamy tam, jak to się stało, że quenya i sindarin stały się sercem całej tolkienowskiej mitologii. Teraz możemy poznać esej Tolkiena w szerszym kontekście. Możemy lepiej zrozumieć poglądy Tolkiena na związki języka i sztuki.

Secret_viceKsiążka, o której już zawsze będę myślał jako o pamiątce z naszej Tolkienowskiej Wyprawy do Anglii i Szkocji Śladami Tolkiena (maj 2016). Kupiłem ją w ogromnej księgarni Waterstone’s w królewskim Yorku. Pochłonąłem z zainteresowaniem w dwa popołudnia. To nie jest praca całkiem w Polsce nieznana. Esej o sztuce tworzenia własnych języków artystycznych pod tytułem „Tajony nałóg” znalazł się wśród tekstów Tolkiena, które dla wydawnictwa Zysk i S-ka przełożył w tomiku Potwory i krytycy Tadeusz Andrzej Olszański. A jednak w tym roku dzięki redaktorskiej pracy kolejnego już pokolenia badaczy dzieła Tolkiena – Dimitry Fimi i Andrew Higginsa – otrzymujemy krytyczne wydanie znanego manifestu językotwórstwa z dołączonymi innymi bardzo ciekawymi tekstami. Oto A Secret Vice. Tolkien on Invented Languages wydawnictwa HarperCollins. Książka jest w sprzedaży od kwietnia tego roku. Kosztuje około 17,- funtów sterlingów i wydana jest w twardej oprawie.

„Tajony nałóg” wraz z „O baśniach” to dwa najważniejsze teksty, które odsłaniają nam motywy i metody Tolkienowej twórczości subkreacyjnej (wtórstwórczej – chodzi o człowieka-artystę jako drugorzędnego stwórcę w stosunku do Pierwotnego Stwórcy – Boga). Tekst eseju pochodzi z lat 30. XX w. W listopadzie 1931 Tolkien doniósł „Tajony nałóg” do stowarzyszenia literackiego Kolegium Pembroke w Oksfordzie. Po poprawkach i sporych zmianach tekst ten został opublikowany przez Christophera Tolkiena we wzmiankowanym już zbiorze Potwory i krytycy z 1983 (polskie wydanie – 2000 r.).

W obecnym wydaniu dwoje badaczy tolkienowskich – Dimitra Fimi i Andrew Higgins – przedstawiają nam tekst „Tajonego nałogu” w jego pierwotnej formie, a do tego dołączają szereg nieznanych wcześniej szkiców i uwag wraz ze sporych rozmiarów wprowadzeniem na temat inwencji lingwistycznej Tolkiena (Część I). To właśnie tutaj znajdziemy ciekawostkę tego wydania – opis nieznanego wcześniej języka, wymyślonego przez Tolkiena, który nazywa się fonwegiański (ang. Fonwegian). Mają się nim posługiwać mieszkańcy fikcyjnej wyspy Fonwegii, a cały passus na temat tego języka i wyspy nawiązuje do Podróży Guliwera Jonathana Swifta, a całość być może zainspirował język francuski. Przykłady słów fonwegiańskich? Na przykład momor to ‚śmierć’, regensie ‚królowa’, pullfuga ‚pług’, wegoland ‚dobry’. Niestety Tolkien nie podaje ani jednego zdania w języku fonwegiańskim. Rozważania Tolkiena uzupełnione się przeciekawymi przykładami utworów we wczesnej formie języków quenya i sindarin. A więc mamy tu wersje wiersza Oilima Markirya („Ostatnia Arka”), Nieninque i Earendel, a także ośmiowersowy wiersz w noldorinie (wczesnej formie języka sindarińskiego). Mnóstwo materiału, który od lat 80. XX – od pierwszego wydania Potworów i krytyków – przyciąga uwagę lingwistów tolkienowskich. Całość uzupełniają liczne bardzo ciekawe przypisy.

Przeczytaj resztę wpisu »

Mapy wyobraźni – relacja

W Katowicach w dniach 21-23 stycznia 2016 w Centrum Informacji Naukowej i Bibliotece Akademickiej (CINiBA) odbyła się międzynarodowa konferencja Fictional Maps International Conference 2016 poświęcona zagadnieniom map światów fantastycznych. Zapowiadaliśmy ją wcześniej (tutaj). A dziś prezentujemy Wam relację, którą specjalnie dla nas napisał dr Marcin Niemojewski (Uniwersytet Warszawski), uczestnik konferencji.

25501-1-1355124142

Fikcyjna mapa nie jest jedynie przewodnikiem po wyobrażonej przestrzeni, wspierającym jej literacki opis. W istocie jest fundamentem konstrukcji imaginacyjnego uniwersum i nadaje mu realność, a zazwyczaj urasta też do rangi samodzielnej opowieści, współbrzmiącej z towarzyszącą jej narracją, ale oferującej własną wyprawę w głąb nieznanego – taka teza, w różnych wariantach, ilustrowana bogatym materiałem, powracała nieustannie w wystąpieniach, prezentowanych podczas konferencji „Fictional maps”. To niezwykłe sympozjum, zorganizowane Ośrodek Badawczy Facta Ficta, odbyło się w Katowicach, w gościnnych wnętrzach biblioteki Uniwersytetu Śląskiego (bywalcom – i nie tylko – znanej jako CINiBA) od 21 do 23 stycznia. Określenie „niezwykłe” nie pełni tu wcale roli dekoracyjnego epitetu, bo spotkanie to rzeczywiście miało szczególny charakter. Po pierwsze, szeroko rozumiana tematyka fantastyczna wciąż jeszcze w obszarze polskiej refleksji akademickiej traktowana jest z pewnym dystansem i wydarzenia naukowe o skali i założeniach katowickiej konferencji, zwłaszcza te przekraczające granice dyskursu literaturoznawczego, należą do rzadkości. Po drugie, tytuł konferencji nieprzypadkowo podaję w jego oryginalnym, angielskim brzmieniu, bo do Katowic przybyli entuzjaści fikcyjnej topografii reprezentujący uczelnie i instytucje z kilku kontynentów. Wykład inauguracyjny wygłosił dr Stefan Ekman, szwedzki badacz fantastyki naukowej i fantasy. Wśród prelegentów znalazły się: Ana Lucia Beck, związana z uczelniami z Brazylii i Wielkiej Brytanii, Anna de Vaul i Jennifer Marquardt z Wenzhou-Kean University w Chinach (ta akademia miała, co godne odnotowania, bardzo silną reprezentację), Miyuki Yamada z Tokio, Sara Luchetta z Padwy oraz Jessica Miller, przybyła z Australii. Panowie w gronie gości zagranicznych stanowili grupę mniej liczną, co nie znaczy, że mniej barwną: oprócz Stefana Ekmana podzielili się swymi rozważaniami o fikcyjnych mapach Meirion Jordan, kolejny przedstawiciel chińskiej uczelni, Thomas Scott Dixon z Indii oraz Dimitrios Xanthakis z Kanady. Wymieniam te nazwiska nie tylko z kronikarskiego obowiązku, ale by podkreślić, że określenie „międzynarodowa” w nazwie konferencji było w pełni uzasadnione. Nie sposób wymienić tutaj wszystkich polskich uczestników spotkania, co, mam nadzieję, zechcą mi wybaczyć, należy jednak zaznaczyć, że do gościnnych, witających wszystkich mocnymi promieniami słońca i lekkim, ożywczym mrozem Katowic przyjechali z Krakowa, Lublina, Opola, Torunia, Warszawy i Wrocławia; rzecz jasna, nie zabrakło na tej liście samych Katowic.

Przeczytaj resztę wpisu »

Der Hobbit. Hejn an cyryk – recenzja

Tekst: Rysiek „Galadhorn” Derdziński
Fotografie: Elżbieta „Elleth” Musialik

wil_7Hobbit z dwiema Elfkami dojechał do Wilamowic nieco spóźniony. Późnojesienna szaruga, droga przez małe miejscowości pogranicza śląsko-małopolskiego. Ale w końcu znaleźliśmy się pod budynkiem Remizy Strażackiej w Wilamowicach. Przez okna i drzwi zapraszało do środka ciepłe światło. Na progu spotkaliśmy starszą panią w pięknym wilamowskim stroju… Jest późne popołudnie 21 listopada. Przybyliśmy na wydarzenie, któremu nadano tytuł #WilamowiceMówią!

[teraz nastąpi wprowadzenie; jeżeli chcesz przeczytać recenzję Hobbita, zjedź niżej]

#WilamowiceMówią to pokłosie projektu etnograficznego, który realizowany był od sierpnia b.r. przez warszawskie Stowarzyszenie „Pracownia Etnograficzna” we współpracy ze Stowarzyszeniem „Wilamowianie” i władzami lokalnymi. Prawdziwie hobbicka inicjatywa! Z szacunku dla tradycji, dla pewnej kulturowej autonomii miejscowości Wilamowice, dla ratowania ginącego języka… Ale wyjaśnijmy, z jakim fenomenem mamy do czynienia w Wilamowicach, które w lokalnym etnolekcie, nazywają się Wymysoü. Jak czytamy na stronach #WilamowiceMówią:

„Położone w pograniczu małopolsko-śląskim Wilamowice są jedyną miejscowością, w której używany jest jeden z najbardziej zagrożonych języków Europy: wymysiöeryś. Wilamowice założone zostały w XIII wieku przez osadników z Zachodniej Europy. To oni przywieźli w te tereny ten specyficzny język. Od połowy XVII wieku powstawał również strój mieszczan wilamowskich, który charakteryzuje się on bogatym zdobnictwem oraz mnogością odmian w zależności od okazji na jaką był zakładany. Choć do czasu II wojny światowej język wilamowski był podstawowym językiem komunikacji dla większości mieszkańców miasteczka, na skutek represji ze strony władz komunistycznych obecnie sprawnie posługuje się nim zaledwie około trzydziestu osób. Językoznawcy od kilkunastu lat przepowiadali rychłą ?śmierć? języka wilamowskiego. Jednak dzięki zaangażowaniu miejscowej młodzieży oraz uniwersyteckim projektom badawczym sytuacja ta zaczęła ulegać zmianie”.

 wil_1
W Wilamowicach w wymysiöeryś mówi już tylko 30 osób.

Ale są nadzieje na przyszłość… (Fot. Elżbieta Musialik)

Język wymysiöeryś (inaczej wymysiöeryśy śpröh) zafascynowałby Profesora Tolkiena (niestety nie ma żadnych świadectw, że Profesor o tym języku słyszał). Jest to w rzeczywistości jeden z ostatnich śladów niemieckich osadników z rejonów Frankonii (dzisiaj w kraju związkowym Bawaria w Niemczech), swoista skamielina językowa średniowiecznego języka górnoniemieckiego rzucona i trwająca jak wyspa pośród polskiego żywiołu tych ziem. Do II wojny światowej takich miejscowości było więcej, np. w okolicy Bielska (tzw. niemiecka wyspa językowa), w Gościęcinie czy pod Gliwicami (zniszczona przez wydarzenia 1945 społeczność Szywałdu, który w lokalnym etnolekcie nazywał się Šewalde, a przez władze PRL-u został nazwany Bojkowem). Rok 1945 przyniósł kres wielu takim społecznościom… Często w sposób krwawy i niezrozumiały dla naszej dzisiejszej wrażliwości.

wil_0Było dużo etno-gadżetów… (Fot. Elżbieta Musialik)

Przeczytaj resztę wpisu »

Przyczynek do kartografii tolkienowskiej

Autorką poniższego tekstu jest nasza tolkienowska Koleżanka, Magdalena Słaba

baynes_mapW 1970 roku George Allen & Unwin wydaje mapę Śródziemia w formie plakatu (kliknij obraz obok – źródło). Rysunkiem i detalami zajmuje się w 1969 roku, pod czujnym okiem bardzo skrupulatnego w takich sprawach Tolkiena, Pauline Diane Gasch, neé Baynes, wybrana przez Autora Hobbita ilustratorka jego dzieł – Ta, Która Narysowała Narnię, artystka-malująca-mapy pracująca w czasie Wojny dla Ministerstwa Obrony. Współpraca na początku podobno nie przebiega sprawnie, bo Tolkien „nie współpracuje”… Pani Baynes wyrywa ze swojego egzemplarza Władcy Pierścieni kartkę z mapą narysowaną pierwotnie przez Christophera Tolkiena i używa jej do robienia notatek. Tolkien ogląda tę mapę i dopisuje własne uwagi zielonym atramentem, starając się dodać jak najwięcej informacji topograficznych oraz takich, które ułatwiłyby artystce jej pracę.

Plakat oczywiście jest znany publiczności – ale jednak jako „produkt końcowy”. O przebiegu konsultacji Pani Baynes z Tolkienem wiemy co nieco m. in. dzięki materiałom The Guardian wydanym w 2008 roku (roku śmierci Pauline Baynes).

W październiku 2015 roku, z antykwarycznego egzemplarza Władcy Pierścieni, należącego dawniej do Pauline Baynes, wystawionego na sprzedaż przez szacowną księgarnię Blackwell’s Rare Books, wypada przypadkowo, zakreślona odręcznym pismem, uczynionym zielonym i czarnym atramentem, mapa Śródziemia. Można ją jeszcze, bodaj do 15 listopada, oglądać u Blackwella w Oksfordzie. Kosztuje, bagatela, sześćdziesiąt tysięcy funtów.

Informację o „odkryciu” publikuje 23 października The Guardian. Blackwell ogłasza, że jest to największe związane z Tolkienem „znalezisko” (użyto wyrażenia Tolkien ephemera…) co najmniej ostatnich dwudziestu lat. Ten sam Blackwell, zachęcony chyba szerokim odzewem ze strony wielbicieli Śródziemia (i map…), przygotowuje transkrypcję rzeczonej mapy tak, aby można było łatwo odszyfrować zapiski Tolkiena i Pani Baynes (kliknij obrazek niżej).

baynes5

Szczęśliwi Ci, którym dane jest teraz oglądać mapę z bliska i na własne oczy! Mogą bowiem przekonać się, gdzie leżą: Dorwinion (jak się wydaje, pierwotna nazwa to: Mildor, zapisana na zielono, potem przekreślona ? Tolkien dopisał pod spodem Wineland, a następnie zaznaczył obszar koło Morza Rh?n jako Dorwinion), Eryn Vorn, Edhellond, Andrast, Éothéod, Framsburg, Drúwaith Iaur (podpisane jako Old Pukel-land…) itd.

Eryn Vorn, na przykład, to Czarny Las, porośnięty czarnymi sosnami (sic!) przylądek w zachodnim Eriadorze. Framsburg to stolica Éothéodu, praprzodków Rohirrimów, położona u stóp Góry Gundabad, u źródeł Anduiny.

Tolkien zostawił Pani Baynes cenne wskazówki w rodzaju:

Hobbiton położony jest mniej więcej na szerokości geograficznej Oksfordu (i koniec wątpliwości na ten temat! – dopisek mój…),

Minas Tirith – Rawenny (albo Belgradu), więc można wysnuć z tego wnioski na temat klimatu oraz fauny i flory okolicy; dół mapy (Daleki Harad) to szerokość geograficzna Jerozolimy (1450 mil od Hobbitonu), zaś Umbar miasto Korsarzy to ?odpowiednik? Cypru.

Najwięcej tego typu uwag znajduje się po lewej stronie mapy, na falach Belegaeru.

Na obszarze Bliskiego Haradu ręką Tolkiena napisano: wielbłądy, słonie. Pani Baynes zapisała sobie powyżej, by wnętrze Mordoru uczynić w kolorze indygo… Zanotowała też tajemniczo: pomiędzy Mirkwood a Anduiną wpisała w kółku ułożone w pionie litery F I R, natomiast powyżej Dagorlad, także w kółku: black swan. (Ściślej: Blackwell przypisuje te notatki Pauline Baynes, ale nie są zrobione czarnym długopisem, jak inne jej uwagi, tylko ołówkiem, co widać na oryginalnej mapie).

Mamy zatem poruszający wyobraźnię materiał, zarówno dla znawców języków Śródziemia, jak też dla fanów map, kartografii, geografii, a przede wszystkim dla wielbicieli największego Tolkienowego opus.

Tak oto przy okazji, oprócz zapisanej odręcznie mapy Endoru, otrzymujemy po raz kolejny potwierdzenie starej dobrej tezy, że nie ma przypadków w Śródziemiu ? i że nic w nim nie ginie na zawsze…

 baynes3baynes2baynes1baynes4

Bilbo Baggins i Latający Cyrk Monty Pythona

Minęły kolejne tygodnie od premiery ostatniej części filmowego Hobbita. Jeszcze chwila i będziemy mogli część III obejrzeć na DVD, a późną jesienią w wersji rozszerzonej na naszych domowych ekranach filmowych. Tymczasem prezentujemy Wam kolejną elendilionową recenzję filmu z nadzieją, że rozpęta się w komentarzach prawdziwa dyskusja. Jednym film się nie podobał, a potem się spodobał, może innym się podobał, a teraz nie podoba. Są pewnie też i tacy z Was, którzy pokochali całym sercem całą hobbicką trylogię. Zapraszamy do komentowania!

Paulina „Thordis” Szymborska-Karcz

Hobbit. Bitwa Pięciu Armii,
czyli Bilbo Baggins i Latający Cyrk Monty Pythona

Do tej pory uważałam filmy w reżyserii Petera Jacksona na podstawie prozy J.R.R. Tolkiena za wspaniałe adaptacje tworzone przez artystę naprawdę kochającego tolkienowskie uniwersum. Ciężka praca włożona w przeniesienie Śródziemia na ekran kinowy oraz dbałość o szczegóły zasługują na ogromy podziw. Od samego początku, czyli od powstania „Drużyny Pierścienia” aż do teraz, oczekiwałam z niecierpliwością na każdy kolejny film. Jednak po obejrzeniu ostatniej części „Hobbita” mój entuzjazm opadł. Tym razem mówię Peterowi Jacksonowi – dość.

Przeczytaj resztę wpisu »

Recenzja planszówki Bitwa Pięciu Armii

Tak zaczęła się ta bitwa, której nikt nie oczekiwał, nazwana później bitwą pięciu armii. Bój był krwawy. Po jednej stronie walczyły gobliny i dzikie wilki, po drugiej – elfy, ludzie i krasnoludy.

J.R.R. Tolkien, Hobbit
Rozdział 17, Chmury pękają

Jak potoczyła się ta bitwa, wszyscy wiemy. Thorin został śmiertelnie ranny i zmarł wkrótce po bitwie, Bolga pokonał Beorn, Bilbo stracił przytomność na Kruczym Wzgórz… A może to Bilbo wspólnie z Thorinem bronili Kruczego Wzgórza, Bolga postrzelił jakiś elf… a czy tam w ogóle był Beorn? A może armia goblinów przedarła się przez góry, przejęła Krucze Wzgórze, potem główne siły uderzeniowe zalały dolinę nim Wolne Ludy zdążyły podjąć jakąkolwiek obronę. Różnie to mogło być, a dzięki dwuosobowej grze planszowej Bitwa Pięciu Armii możemy sami rozegrać różne warianty obrony Ereboru. Autorami planszówki są Roberto Di Megelio, Marco Maggi oraz Francesco Nepitello, którzy stoją również za popularną grą Wojna o Pierścień. Sama Bitwa Pięciu Armii bazuje na pomysłach z wcześniejszej planszówki, choć wprowadzono pewne zmiany. Za polskim wydaniem gry stoi wydawnictwo Galakta.

Przeczytaj resztę wpisu »

Przeczytaliśmy dla Was:
John Garth, Tolkien at Exeter College

Jednym z niedocenionych u nas wydarzeń roku 2014 było wydanie skromnej kształtem, ale bogatej treścią książeczki Johna Gartha pod tytułem Tolkien at Exeter College. Podtytuł tej książki to How an Oxford undergraduate created Middle-earth, czyli ‚Jak pewien oksfordzki student tworzył Śródziemie’. Streszczenie książki znajdziecie po „Czytaj dalej”.

John Garth, znajomy naszego serwisu informacyjnego (zdarzyło się, że komentował któryś z newsów) jest obecnie jednym z najbardziej cenionych biografów Mistrza Tolkiena (stawiam go obok moich ulubionych badaczy i redaktorów dzieł Profesora – Wayne’a Hammonda i Christiny Scull). Jego najważniejszym dziełem jest książka Tolkien and the Great War (‚Tolkien i I wojna światowa’). Uważamy to za wielki brak na polskim rynku wydawniczym, że ciągle nie doczekaliśmy się przekładu tej ważnej biografii Tolkiena, która szczegółowo opisuje nie tylko jego czasy studenckie, dzieje wojenne, ale też początki Śródziemia (jak pamiętamy, Śródziemie Tolkiena zaczęło powstawać sto lat temu!).

Tolkien at Exeter College: How an Oxford undergraduate created Middle-earth to z jednej strony skromnie wydana 64-stronicowa broszura, z drugiej jednak bogato ilustrowana (40 często unikalnych, nigdzie wcześniej nie publikowanych zdjęć i ilustracji!) skarbnica wiedzy o Tolkienie jako studencie Oksfordu.  Opowiada ona o kluczowym momencie w życiu przyszłego Profesora: od spokojnych lat studiów w Kolegium Exeter do wydarzeń wojennych we Francji. Jest to też relacja z pierwszych lat (1914-15) powstawania jego mitologii, która fascynuje dziś ludzi na całym świecie. Książka powstała przy współpracy ze spadkobiercami Tolkiena (Tolkien Estate) i z uniwersytetem (Exeter College). Jeżeli interesujesz się życiem Tolkiena, jeżeli chciałbyś spojrzeć na Oksford w drugiej dekadzie XX w., koniecznie powinieneś tę książeczkę kupić (kosztuje ona w obrębie Unii Europejskiej prawie 13,- funtów brytyjskich).

Przeczytaj resztę wpisu »

Kod Reginalda*?

[*Reginaldus to łaciński odpowiednik imienia Ronald]

Gdy jedni autorzy piszą o twórczości Tolkiena jako dziele arcykatolickim, a inni znęcają się nad nim, jako nad (jakże modny to dziś termin) »zagrożeniem duchowym« (np. Robert Tekieli w Gazecie Polskiej, oskarżający opus Tolkiena o propagowanie magii), Elendilion pokaże jeszcze inną możliwość interpretacji. Napiszemy dziś o wpływie teozofii i antropozofii na życie i twórczość Inklingów.

Przeczytaliśmy dla Was dwa ciekawe teksty: wywiad z Owenem Barfieldem (jednym z Inklingów, którego książka Poetic Diction miała wielki wpływ na Lewisa i Tolkiena, oraz ich postrzeganie mitu i języka) przeprowadzony 25 marca 1994 r. przez Niemkę, Astrid Diener (Mythlore nr 78 – wolumin 20, nr 4, zima 1995) oraz wykład pt. „Hermetic Imagination: The Effect of The Golden Dawn on Fantasy Literature” (‚Hermetyczna wyobraźnia: wpływ Zakonu Złotego Brzasku na literaturę fantasy’) Ch. A. Coulombe’a w Proceedings of the J.R.R. Tolkien Centenary Conference. Obydwa teksty są źródłem ciekawych informacji na temat wpływu teozofii, antropozofii, Złotego Brzasku i gnozy na niektórych Inklingów. Podkreślam słowo „niektórych”, bo jak wynika z tekstów C.S. Lewis i J.R.R. Tolkien byli odporni na takie wpływy. Osoby, które w gronie Inklingów interesowały się takimi rzeczami to Owen Barfield (wieloletni antropozof) i Charles Williams.

Barfield w wywiadzie opisuje wielki opór przed antropozofią Steinera u Lewisa:

Jego reakcja na myśl antropozofii to w pewnym sensie tragedia (…)

Barfield twierdzi, że Lewis nie cierpiał tego światopoglądu, bo sam w młodym wieku interesował się… okultyzmem. Barfield mówi:

Jego reakcja na antropozofię była fatalna (…). Wynikało to z faktu, że we wcześniejszym okresie swojego życia był czas, gdy pociągał go dość mocno okultyzm w złym znaczeniu tego słowa, w który to okultyzm weszli niektórzy teozofowie – tak myślę. Jego pociąg do okultyzmu był jednak nieszczery. I reagował na tą tematykę z wielkim impetem. Bo myślał, że wszystko to znowu powróci w antropozofii (…).

a dalej mówi tak:

No tak, rzeczywiście. Lewis przeżył wielką zmianę – to, co nazywał swoim nawróceniem.

Przeczytaj resztę wpisu »

Recenzja Hobbita 3 i flame on

Rozpoczynamy publikację rozmaitych recenzji ostatniej odsłony filmowego Hobbita, które nasi Czytelnicy publikują w wiadomościach do nas. Wprawdzie samą hobbicką trylogię filmową uznajecie za udaną (dostała od Elendilich ocenę: dobry+, wyniki sondy znajdziecie tutaj), ale jest też dużo bardzo krytycznych recenzji. I te się czyta najciekawiej, bo są najbardziej kontrowersyjne? Zapraszamy do dyskusji w komentarzach

#hobbit #onelasttime #where #is #my #tolkien #jackson #saruman

Dawid Wojtkowiak



Przypadkiem zdarzyło się tak, że w 123. urodziny profesora Tolkiena wylądowaliśmy w kinie na Bitwie Pięciu Armii. W przeciwieństwie do poprzedniej części, którą nota bene widziałem w całości dopiero kilka tygodni temu, część trzecią zdecydowałem się obejrzeć na świeżo.

Będzie znacznie krócej niż się spodziewałem, bo ostatecznie nie ma na czym oka zawiesić. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, czy to ja się zmieniłem tak bardzo przez te 10 lat od premiery Władcy, czy też może ten film jest tak absurdalny.
Nie będę się rozwodził nad samą kwestią różnic pomiędzy książką a filmem; to wychwyci każdy, kto ową książkę przeczytał, a nie jest to większy wysiłek od spędzenia tych niespełna 8 godzin przed dużym ekranem.

Jedną z najpiękniejszych rzeczy, które ‘uprawiałem’ przed premierą Władcy Pierścieni to wizualizacja tego co było w książce. Obrazy, dialogi, postacie, muzyka i wszystko inne, co tak pięknie autor przedstawił w powieści. Film Hobbit dostarczył niesamowitych trudności w odnalezieniu tej samej przyjemności. Nie bałbym się stwierdzenia, że 2/3 trylogii to sceny zupełnie abstrakcyjne, gmatwające i okradające film z klimatu.

Wiadomo było, że pojawią się członkowie Drużyny Pierścienia, wiadomo było też, że scenarzyści będą starali się przenieść na ekran te sceny z Niedokończonych Opowieści, które stanowią swego rodzaju tło wydarzeń z Wojny o Pierścień. Skąd jednak pomysł na totalną nadbudowę nadinterpretacje i kicz?

Bitwa Armii dostarczyła mi kilku ładnych scen; zaczynając od smoka nurkującego nad miastem zalewającego je potokami ognia (nadal nie wiem czemu druga część nie skończyła się tymi wydarzeniami zamiast budować 45 minutową scenę zabawy w chowanego po labiryntach Ereboru), ciekawe było także samo zawiązanie tytułowej bitwy – zatarg Thorina z elfami pod bramą oraz nadejście krasnoludów i zasadzka Azoga tfu Bolga (książkowy Azog oczywiście wąchał kwiatki od spodu już od wielu wielu wiosen), dokładnie tak sobie to wyobrażałem! Podobnie i zakończenie, schludne, treściwe i oparte na książce z puentą nawiązującą do znanych nam scen z Drużyny.

Co więc poszło nie tak? Otóż cała reszta. Film uważam za absolutnie przeciętny pod każdym względem. Bezmyślna akcja za akcją, przeplatające się watki pogoni, pojedynków, łez i nadęte dialogi budują obraz, który jest pstrokatym i kiczowatym balonem rosnącym z każdą minutą i co przykre, gdy ostatecznie ten wielgachny balon pęka zostajemy w ręce z kilkoma strzępkami gumy. To, co było w filmie ważne i znaczące przestaje nim być. Śmierć ukochanego Thorina i reszty przechodzi zupełnie bez echa (vide Drużyna Pierścienia – Boromir).

Nie da się z tej prostej historii, opartej na schemacie podróż – skarb – smok zrobić trzech filmów. Nie da się.
Najbardziej Jacksonowi za złe mam to, że nas okłamał. Paskudnie okłamał. Słuchając licznych wypowiedzi, wywiadów i materiałów zapowiadających ten film, jak i pozostałe dwa uwierzyłem mu, że wie co robi. Uwierzyłem, że się zna i naprawdę chcę zrobić coś znaczącego. Przez moment poczułem się jak ten Merry stojący u stóp Orthanku słuchający pięknie przemawiającego z okna mędrca w białej szacie rozciągającego przed swoimi niechcianymi gośćmi piękny obraz pokoju i dobrobytu dla wszystkich. Tak też przemiawiał i PJ i nie miał szaty ani białej brody ale miał za sobą trzy filmy (też momentami bolało) i uwierzyliśmy mu a ostatecznie okazało się, że był to jedynie czarujący i hipnotyzujący głos Sarumana przemawiający do wszystkich zainteresowanych. I myślę, że sam uwierzył w to, co mówił. Niewątpliwie jednak dał się złapać w podobną pułapkę jak ten drugi. Nikt dzisiaj nie wie, w którym momencie zaszła w umyśle reżysera zmiana. Efekt jednak jest taki, że miał być ambasadorem dobrego kina fantasy, które wysokim poziomem przyciągnie tłumy i zachęci do gatunku, a stał się sługusem Czarnej Wieży Holywoodu, kina kiczu dla 13-latków. Scenarzystom tej trylogii zaś polecam Kabaret LIMO – Janko Muzykant.

Z ulgą przyjmuję wieść, że przez długie lata nikt nie tknie niczego związanego z Tolkienem.

P.S. Pominąłem mnóstwo kwestii ale już wystarczy.
P.P.S Jack miał racje mówiąc Kate, że powinni zostać na wyspie.

flame on

https://www.youtube.com/watch?v=ISGLd-UYAnci

Pożegnalny toast czyli felieton przed- i pofilmowy

Tekst wygłoszony 18 grudnia b.r. o 19.30 na prapremierze Hobbita: Bitwy Pięciu Armii w katowickim kinie IMAX, gdzie z Tomem Gooldem i naszymi bliskimi oraz przyjaciółmi obejrzeliśmy film specjalnie dla Was. Tom szykuje już wyczerpującą recenzję, a ja pokuszę się tylko o mikrorecenzję.

Wczoraj na gorąco, na Facebooku napisałem tak: »Jestem oszołomiony, olśniony i wzruszony. Udał się ten film Peterowi. Po Bitwie Pięciu Armii dałbym mu zgodę na nakręcenie Silmarillionu. Dla mnie H3 to najlepszy film z całej Jacksonowskiej szóstki«. Zapraszamy do kin na ostatni z tolkienowskich filmów Petera Jacksona i purystów książkowych, i miłośników filmowego świata wykreowanego w Nowej Zelandii! Niesamowity smok, zapierająca dech w piersiach scena w Dol Guldur, bitwa, która przyćmiewa wiele innych filmowych bitew, niezapomniany Dain Żelazna Stopa, dużo pięknego sindarinu i paskudnego dialektu orków… i Robakołaki! Nie chcę psuć Wam zabawy. Obejrzyjcie ten film i powiedzcie, jak Wam się podobał. Czekamy na Wasze recenzje, a najciekawsze opublikujemy!

_____________________________________________

Nai eleni siluvar lúmenn’ yomenielvo!

Mili Goście! Szanowni Elfowie i Śmiertelnicy oraz przedstawiciele wszystkich Wolnych Plemion! Mam tu na myśli szczególnie Hobbitów – którzy wciąż jeszcze mieszkają po tej, i po tamtej stronie Rzeki. Mam nadzieję, że wszyscy będziemy się tu dziś dobrze bawić. Nie będę was nudził długo! A wezwaliśmy was wszystkich tutaj nie bez przyczyny! Są nawet trzy przyczyny!

Po pierwsze, chcę wam oświadczyć, że bardzo was wszystkich lubimy i że te kilkanaście lat, gdy na ekranach naszych kin zagościły filmy o Śródziemiu, to okres zbyt krótki, żeby się nacieszyć życiem w towarzystwie tak znakomitych i miłych Elfów, Ludzi, Hobbitów… Ani połowy z was nie znamy do połowy tak dobrze, jak byśmy pragnęli; a mniej niż połowę z was lubimy o połowę mniej, niż zasługujecie.

Po drugie, wezwaliśmy Was tutaj, żeby uczcić premierę ostatniej części filmowego Hobbita. Ta ostatnia część, to ostatnie pożegnanie, nosi tytuł Bitwa Pięciu Armii. Zaśpiewa nam o tym naszym pożegnaniu hobbit z Południowej Ćwiartki Shire’u, Billy Boyd (ale to dopiero na sam koniec filmu!). A ja, żeby podsumować te czternaście wspólnych lat na drogach Śródziemia, pod gwiazdami Vardy Elentári Tintallë, chcę zacytować wiersz znakomitego Hobbita, bez którego nie byłoby nas tu dzisiaj – Johna Ronalda Reuela Tolkiena. Pięćdziesiąt sześć lat temu, w Rotterdamie, na spotkaniu z niderlandzkimi hobbitami powiedział on:

Spoglądam na Wschód, Zachód, Północ i Południe. I nie widzę już nigdzie żadnego Saurona. Ale widzę, że Saruman ma wielu następców. A my, Hobbici, nie mamy przeciw nim żadnej magicznej broni. Ale, drodzy Mości-Hobbici, krzyknijmy: „Niech żyją Hobbici!” Obyśmy przetrwali rządy Sarumanów i oby wiosna zakwitła znowu w koronach drzew…

Świat wokół nas wcale nie jest spokojniejszy niż 14 lat temu, gdy – z obecnym tu hobbitem Tomem Gooldem i naszymi Przyjaciółmi jechaliśmy na premierę Drużyny Pierścienia do Ostrawy (bo tam film wchodził na ekrany 2 tygodnie wcześniej – u nas, w kraju Easterlingów, zawsze mamy najpóźniejsze premiery… Choć dzięki Kinu IMAX w Katowicach, my – Wybrańcy – możemy ten film obejrzeć dużo wcześniej od zwykłych hobbitów ze Wschodnich Rubieży). Nigdy nie zapomnę drżenia serca, gdy zapewnialiśmy, zapewnialiśmy solennie naszych tolkienowskich turystów, że w Ostawie na pewno nie będzie czeskiego dubbingu, a potem – gdy film się rozpoczął słowami Galadrieli, które wcale nie były w języku angielskim (a w elfickim sindarinie) – nasi znajomi z gromkim „O nieeee!” zlękli się, że to właśnie ów niechciany czeski dubbing…

Dziś, jeżeli pozwolicie mi wspominać stare dzieje, mamy szczególną rocznicę. Właśnie w gronie tolkienistów czytamy znowu Władcę Pierścieni – ale tym razem w sposób niezwyczajny. Bo czytamy dzień po dniu, zgodnie z kalendarzem hobbitów… I właśnie dzisiaj, 18 grudnia, gdy w Shire jest 25 dzień miesiąca Foreyule, w roku 3018 Trzeciej Ery Drużyna Pierścienia wyruszała z Rivendell na południe, aby przez Przełęcz Caradhras przedostać się na Wschód – i dalej, do Mordoru… Ważna rocznica! Inna ważna rocznica nadejdzie 3 stycznia! Obchodzimy wtedy 122. urodziny Johna Ronalda Reuela Tolkiena. Zapraszamy – korzystając z okazji – wszystkich was na Urodzinowy Toast do gospody „Pod Rudym Goblinem” w Katowicach na Wita Stwosza 5. Będą tolkienowskie wykłady i w końcu sam toast „Za Profesora!”.

Po trzecie i ostatnie pragnę złożyć Wam pewne oświadczenie. Z żalem oznajmiam, że chociaż, jak już powiedziałem, czternaście lat to za mało, by się waszym towarzystwem nacieszyć, dziś nadszedł kres. Kończy się era filmowego Śródziemia. A zaczyna ponownie era miłośników ksiąg. Filmy będziemy oglądać na maratonach filmowych – czy to w kinach, czy w naszych hobbickich norkach – ale za to może odkryjemy ponownie głębię, piękno, harmonię, czar literatury, którą pozostawił nam w swojej spuściźnie Tolkien?

Pożegnam się z wami słowami samego Elronda, który dziś właśnie – to znaczy dziś przed tysiącami mitycznych lat – życzy dobrej drogi Drużynie Pierścienia:

Ála tira acca haiya! Mal si a vanya as márë órelyar! Namárië, ar nai aistalë Eldar ar Atani ar ilyë Léralieron hilya le! Eleni sílar antalyannar!

»Nie patrzcie zbyt daleko przed siebie! Ruszajcie z otuchą w sercach! Bywajcie zdrowi, niech błogosławieństwo elfów, ludzi i wszystkich Wolnych Plemion będzie wciąż z wami. Oby gwiazdy świeciły wam w twarze!«

Wiosną 2015, od 17 do 24 kwietnia, planujemy Literacką Wyprawę do Anglii Śladami J.R.R. Tolkiena. Wszelkie informacje znajdują się na stronach naszego serwisu informacyjnego – ELENDILION.

Zapraszamy wszystkich chętnych, bo jeszcze są miejsca!

Miłego oglądania, miłego recenzowania! I samego dobra w zbliżające się święta Bożego Narodzenia oraz samych błogosławieństw w Nowym Roku.

Mára mesta an ni véla tye ento, ya rato nea!

Wcześniejsze wpisy →