Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Wte i wewte czyli angielska wyprawa śladami Tolkiena cz.3

Poniżej prezentujemy ostatnią część relacji z naszej kwietniowej wyprawy do Anglii śladami J.R.R. Tolkiena. Autorka opublikowała ją pierwotnie na łamach portalu Wszystko Co Najważniejsze.

21 kwietnia, wtorek (urodziny Królowej, tej, która widziała Tolkiena na własne oczy, gdy wręczała mu Order Imperium Brytyjskiego!; tegoż dnia w 2841 roku Trzeciej Ery Thráin wyruszył do Samotnej Góry), nadszedł jako dzień wielkiej terenowej eskapady do Małego Królestwa. Okazało się jednak, że, poza wszystkim, stanął on pod znakiem pewnej walizki?

Przez łąki i pastwiska, wśród owiec i przy wtórze nawoływań zaniepokojonych skowronków, dotarliśmy do Uffington Castle, czyli celtyckiego oppidum ? ślady po dawnej ufortyfikowanej osadzie są doskonale widoczne w terenie, choć nie była to osada duża (największe oppidum w Europie znajduje się w Wirtembergii, zajmuje 1400 ha i ma wały obronne o łącznej długości prawie 30 km!). Krążące wokół drapieżne ptaki mają doskonały (i ekskluzywny) widok na znaczącego zbocze wzgórza białego konia.

W dolinie, zwanej oczywiście Doliną Białego Konia, jest smoczy kurhan, Dragon Hill, na którym nie rośnie trawa ? w to miejsce spłynęła krew gada, gdy ugodziła go broń Św. Jerzego. To wzgórze mogło być miejscem pochówku, a koń i smok to symbole trzymające intruzów z dala od niego, tacy strażnicy czasu. Była taka legenda, która głosiła, że pod tym wzgórzem złożono doczesne szczątki ojca króla Artura, Uthera Pendragona? Widoki roztaczające się stąd na Cotswolds nie mają sobie równych. Szczególnie zapadają w pamięć żółte pola kwitnącego rzepaku, nieprawdopodobnie błękitne niebo i wiatr przynoszący zapach angielskiej wiosny. Witajcie w Shire!

Dragon Hill natychmiast skojarzyło mi się z niedawną lekturą najnowszej książki Kazuo Ishiguro The Buried Giant, która jest niezwykłą i napisaną pięknym językiem opowieścią o roli mitu w kulturze i historii, o funkcji pamięci i znaczeniu ZAPOMINANIA. Akcja tej powieści toczy się gdzieś tutaj?

Bohaterowie tej historii, starsze małżeństwo, mieszkają w niewielkiej społeczności, zajmującej siedlisko wydrążone w pagórku. Są w tej opowieści ofiary trolli, ale samych trolli nie widać. Jest smok tak stary, że nawet dziecko może go zabić. Jest Sir Gawain, ten do króla Artura i od Zielonego Rycerza, już bardzo wiekowy, który spotyka swą śmierć z ręki przyjaciela. Są wreszcie mnisi, którzy przy pomocy wspomnianego smoka (smoczycy w rzeczy samej!) utrzymują nad okolicą mgłę niepamięci dla uniknięcia wojny? Mgła powoduje, że nasi bohaterowie niemal nie pamiętają o swym synu. Wyprawa do niego kończy się odkryciem czegoś zupełnie innego. Docierają do miejsca, którego woleliby uniknąć ? tajemniczy przewoźnik zabiera ludzi na ?drugą stronę? (Avalon?).

The Buried Giant to bardzo zapadająca w pamięć książka o tym, czy mity mają coś wspólnego z zapominaniem i czy można przez nie manipulować pamięcią. Czyta się ją z coraz bardziej wyraźnym niepokojem o to, DLACZEGO właściwie Anglia ?zapomniała? swą najstarszą mitologię tak, że Tolkien zapragnął ją zrekonstruować?

Wpadliśmy z wizytą na gwarny targ wtorkowy w Moreton-in-Marsh i zagłębiliśmy się między straganami, podziwiając przy okazji wygląd domów przy rynku, wybudowanych z lokalnego jasno-beżowego kamienia. Trzeba było niestety odżałować wizytę w lokalnym pubie The Bell, w którym Tolkien był gościem w czasie swoich wędrówek po okolicy ? pub okazał się być w remoncie.

Niedaleko tego miasteczka, jako żywo przywodzącego na myśl Bree albo którąś z otaczających go wsi, znajduje się Four Shire Stone, kamień stojący kiedyś u zbiegu granic czterech hrabstw: Gloucestershire, Warwickshire, Worcestershire, Oxfordshire (obecnie te granice są przesunięte). Jak widać, Kamień Trzech Ćwiartek ma swój odpowiednik w rzeczywistości (Marsh w nazwie Moreton według niektórych sugestii to odpowiednik March, słowa oznaczającego dawniej granicę, boundary).

Odwiedziliśmy przemienionych w głazy króla i jego rycerzy. Rollright Stones to prawdopodobnie miejsce pochówku oraz sakralnych ceremonii, być może nawet z 4500 lat przed Chrystusem, jak to pokazały badania archeologiczne. Po jednej stronie szosy stoi samotny, dziwnie skręcony Kamień Króla, King?s Stone (na zdjęciu w otoczeniu ludzi króla?), a po drugiej stronie Szepczący Rycerze, Whispering Knights, oraz krąg głazów zwany King?s Men, Ludzie Króla. Legenda związana z tym miejscem jako żywo przypomina historię Trzech Wiedźm i Makbeta. Lokalne podania mówią, że ludzie zwykli się tu gromadzić w noc letniego przesilenia. Tolkien natomiast pisał, że właśnie koło Rollright Stones jego wyobraźnia umiejscowiła spotkanie psa Garma ze smokiem Chrysophylaxem w Gospodarzu Gilesie z Ham.

Druga część dnia rozpoczęła się w Headington Quarry, dzielnicy Oksfordu, gdzie obok Holy Trinity Church pochowany jest Clive Staples Lewis (spoczywa razem ze swym bratem). Lewis zmarł 22 listopada 1963 roku ? w tym samym dniu zamordowano Johna Fitzgeralda Kennedy?ego, dlatego odejście wielkiego pisarza jakby umknęło uwadze opinii publicznej?

Na pogrzebie twórcy Narnii było tylko około 30 osób, w tym Tolkien. W kościele, do którego Lewis uczęszczał przez 30 lat, wciąż upamiętnia się pisarza, dbając o oznaczenie jego ławki oraz o powstałe w 1992 roku Okno Narnii. Cmentarz jest mały, zadrzewiony, wiele tu starych nagrobków, miejski gwar i wielki świat tu nie docierają.

Jednym z głównych punktów programu na ten dzień były wizyty przy Tolkienowych domach: na 20 i 22 Northmoor Road, gdzie powstawał Władca Pierścieni oraz przy 76 Sandfield Road w Headington. Właśnie tu, na Sandfield, okazało się, że w domu akurat trwa remont. A skoro nie ukrywaliśmy wcale, że jesteśmy miłośnikami dzieł Tolkiena, to w charakterze talizmanu otrzymaliśmy od pracujących tu robotników? walizkę! Tekturową, brązową, taką z lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych. Wyobraźnia już podpowiadała, że to walizka Tolkiena! Komisyjne otwarcie, które nastąpiło już w Streatley, ujawniło jednak wewnątrz nazwisko Phillips i numer telefonu. Być może wypadało zadzwonić, ale chyba dotąd tego nie uczyniono. Walizka nie była, bynajmniej, pusta. Ale o zawartości nie wspomnę, niech to pozostanie tajemnicą. Dwadzieścia siedem wtajemniczonych osób to i tak całkiem sporo. Walizka jest w posiadaniu Galadhorna i przebywa w Sosnowcu. Może jeszcze coś z tego wyniknie?

Znaleźliśmy się ostatecznie pod Ashmolean Museum w Oksfordzie, najstarszym muzeum brytyjskim. Tu oderwałam się od grupy i poszłam swoją drogą, żeby pospacerować ścieżkami sprzed 17 lat. Odkryłam wyjątkową wystawę Great British Drawings w Ashmolean, której w związku z zamiłowaniem Tolkiena do rysunku i malowania nie można było ominąć. W dwóch salach zgromadzono, po raz pierwszy, najdoskonalsze przykłady angielskiego rysunku z wielu stuleci: ponad 100 dzieł sygnowanych takimi nazwiskami, jak Turner, Gainsborough, Ruskin, Dante Gabriel Rossetti (ta zjawiskowa Prozerpina!). Nie mogłam się oderwać od pewnego portretu spod ręki nieznanej mi wcześniej Anny Alma-Tadema: Portret damy w białym czepku z głową na niebieskiej poduszce (1902 r.). Bardzo polecam odnaleźć ten rysunek w czeluściach Internetu. Nie wiadomo, kim była modelka, ale tych oczu i wyrazu twarzy nie sposób zapomnieć?

Potem poszłam do Blackfriars, czyli do dominikanów. To bardzo świetlisty, przestrzenny kościół, z jedną sporą nawą. Na ścianach Droga Krzyżowa, a na jej stacjach Herod i rzymscy żołnierze przedstawieni tak, że nie można nie pomyśleć o orkach. Nie wiem, czy taka była intencja, ale skojarzenie jest faktycznie natychmiastowe.

W październiku 1966 roku tutejszy przeor zaprosił Tolkiena, jako sławnego pisarza (i katolika), do wygłoszenia tu wykładu w ramach cyklu ?Wiara i Literatura?. Wykładu nie było. W zamian Tolkien przeczytał bowiem jeszcze nie opublikowanego Kowala z Przylesia Wielkiego (tak ten tytuł brzmi w tłumaczeniu Cezarego Frąca; Kowal z Podlesia Większego to przekład Marii Skibniewskiej; Cezary Frąc zaproponował też Gospodarza Gilesa z Ham zamiast Rudego Dżila i jego psa). Pisze o tym Verlyn Flieger w najnowszym, kieszonkowym wydaniu Kowala, który opatrzyła swym komentarzem (kupiłam w Londynie u Foylesa). Przeor wspominał, że o wydarzeniu nie ogłaszano, wisiała tylko kartka na drzwiach, ale słuchaczy przyszło tak wielu, że większość słów Profesora zapewne do nich nie docierała? Wystarczyło im jednak móc go zobaczyć. We wspomnianym komentarzu do Kowala Verlyn Flieger przytacza samego Tolkiena, który wyjaśniał, że co prawda utwór ten nie jest stricte religijny, lecz na zasadzie pewnej ALEGORII opowiada o współczesnej kondycji Kościoła?

Poszłam też do innego kościoła, który Tolkien odwiedzał ? do Św. Alojzego Gonzagi, przespacerowałam się znowu na Turl Street pod Exeter i ostatecznie usiadłam nad sałatką z wołowiną oraz half pint Pod Orłem i Dziecięciem, gdzie tym razem było cicho i niemal pusto (na sąsiedniej ławie, w kącie, siedział tylko jeden gość o powierzchowności Billa Ferny?ego), a ja mogłam się do woli przyglądać zdjęciom na ścianach?

Tego popołudnia znalazłam też swoją 1/27 skarbu: u Waterstone?a odkryłam kompletne wydanie baśni braci Grimm ze 100 ilustracjami Arthura Rackhama. Przywiozłam tę księgę oprawną w płótno i włożoną w specjalną twardą obwolutę niczym Bilbo skrzynkę z jaskini trolli. My preciousssssss! I wciąż pachnie księgarnią!

W tym czasie grupa pod wodzą Galadhorna powędrowała jeszcze do związanych z Tolkienem kolegiów Pembroke i Merton oraz do University Parks, aby zobaczyć Laurelina i Telperiona, Dwa Drzewa Valinoru ? tak przynajmniej potem opowiadali, a nie ma powodu, aby im nie wierzyć?

Wtorek szybko zamienił się w środę 22 kwietnia, kiedy to droga zawiodła nas do Somerset, gdzie Tolkienowie spędzali ?tydzień? miodowy (Clevedon) i skąd pochodził bohater Księgi Zaginionych Opowieści, ?lfwine ? Przyjaciel Elfów, zwany na Tol-Eressëi Eriolem (one who dreams alone). Dzień ten miał dwa rozdziały: Glastonbury i Bath.

Glastonbury jest trudne do sklasyfikowania i nie poddaje się łatwej ocenie. Średniowieczne, mityczne, tajemnicze i rockowo-hippisowsko-ezoteryczne? Wszystko obok siebie tak, że trzeba na siebie uważać.

Opactwo zajmuje ponad 14 hektarów, dawniej leżało nad brzegiem morza. Uznawane jest za pierwsze chrześcijańskie sanktuarium w Brytanii, a związane tradycją z Józefem z Arymatei, z którego podróżnej laski wyrósł, kwitnący dwa razy do roku, święty krzew ciernisty i który przywiózł na wyspę Świętego Graala (Józef był podobno kupcem handlującym cyną, a Brytania to przecież Wyspy Cynowe). Opactwo powstało prawdopodobnie w VII wieku, założone przez anglosaskiego władcę Somerset, a w X wieku zostało znacznie rozbudowane przez św. Dunstana, arcybiskupa Canterbury. Niegdyś bogate i potężne, okazało się zbyt możne i zbyt wpływowe, żeby nie spoczęło na nim czujne i pożądliwe oko Henryka VIII, który w 1539 roku rozwiązał klasztor. Reszty dokonali okoliczni mieszkańcy, używając kamienia z olbrzymiej budowli do podreperowania własnych domostw.

Tak o tym opowiadał nasz niezapomniany przewodnik, który podawał się za mnicha, co podkreślał swym strojem (a może naprawdę był mnichem?), wyrażał się cudownie ekspresyjnie niskim głębokim głosem i gestykulował niezaprzeczalnie niemal zawodowo aktorsko, do tego inscenizując scenki obrazujące życie w tamtej odległej epoce przy pomocy wybranych losowo uczestniczek wyprawy. Miał wygląd Seana Connery?ego albo Grahama McTavisha (odtwórcy roli Dwalina w Hobbicie), używał też laserowego zielonego wskaźnika, czym przypomniał mi scenę z Morii, kiedy Gandalf decyduje się mocniej poświecić, aby pokazać Drużynie imponujące wnętrze starożytnej siedziby krasnoludów.

Jeśli się weźmie pod uwagę, że na pobliskim wzgórzu znajduje się według tradycji i legendy Avalon, a na terenie ruin opactwa grób króla Artura i Ginewry (szczątki królewskie, zgodnie ze starożytnymi przekazami, znaleziono w opactwie w 1191 roku, a grobowiec tej pary istniał aż do jego likwidacji w 1539), to przestaje dziwić siła oddziaływania tego miejsca. Najpełniej chyba ujął to nasz przewodnik poinformowany, że oprowadza tolkienistów. Rzekł mianowicie, że Tolkiena z Glastonbury łączy owa moc opowieści, żywa pamięć i zamiłowanie do mitu. Zdaje się, że legenda o królu Arturze jest tutaj dzisiaj wykorzystywana dla tych samych celów, co w XII wieku po katastrofalnym pożarze ? aby przyciągnąć uwagę, wzbudzić zainteresowanie i? nakłonić do szczodrości.

Czas wolny w opactwie wielu śmiałków spożytkowało na energiczny spacer na wzgórze – widoczne w promieniu wielu mil Glastonbury Tor o wysokości 500 stóp, z wieżą na szczycie – czyli na Avalon i z powrotem. Avalon był stolicą władcy świata podziemnego, miejscem, w którym zmarli przechodzą do innego świata i gdzie żyją elfowie. A ja siedziałam, w obliczu tych wszystkich legend, pod drzewem, z pysznymi lokalnymi lodami miodowo-imbirowymi (i miętowo-czekoladowymi oczywiście) domowej miejscowej roboty, podziwiałam dumne ruiny ? świadectwo chwały minionych czasów i wspominałam Upadek Króla Artura, zwłaszcza ten przepiękny fragment, mój ulubiony, gdy nieszczęsny Lancelot, który wyrzekł się miłości do królowej, ale łaski swego króla nie odzyskał, patrzy ze swej wieży na morze?

His heart arose,                         as were heavy burden

lightly lifted.                              Alone standing

with the flame of morn           in his face burning

the surge he felt                        of song forgotten

in his heart moving                  as a harp-music.

There Lancelot,                         low and softly

to himself singing,                    the sun greeted,

life from darkness                     lifted shining

in the dome of heaven             by death exalted.

Ever times would change       and tides alter,

and o?er  hills of morning        hope come striding

to awake the weary,                  while the world lasted.

 

[The Fall of Arthur III, 209-220]

 

Bath było podróżą jeszcze głębiej w czasie. Do epoki rzymskiego panowania w Brytanii.

Wspaniale było wrócić do niezwykłych rzymskich łaźni, The Roman Baths, w których tryska 1 170 000 metrów sześciennych wody o temperaturze 45 stopni Celsjusza dziennie ? święte źródło? Wszystko wygląda tak, jak 17 lat temu, gdy byłam tu ostatnim razem. Wtedy nie było jedynie tylu wycieczek ruchliwych francuskich gimnazjalistów?

Anglia jest krainą leżącą na ruinach. Ruiny mogą świadczyć o klęsce ? albo przeciwnie, o dawnej wielkości i potędze, jak Moria. Staroangielska elegia z Kodeksu z Exeter mówi tak o ruinach, które zdają się być właśnie w Bath (rzymskie Aquae Sulis):

 

Los złamał te przedziwne mury,

zmiażdżył miasto. Kruszą się dzieła olbrzymów.

Zwalone dachy, zrujnowane wieże,

kute bramy ? rozbite, szadź na murach

kalekich domów, poszarpanych, zmurszałych,

przeżartych wiekiem. Szpony ziemi schwyciły

wielkich budowniczych, tych co przepadli

w twardym uścisku ziemi na sto pokoleń.

Mury pokryte szarą pleśnią, znaczone czerwienią

Patrzyły jak odchodzi królestwo za królestwem,

Niewzruszone pod naporem burz; aż runęły z wysoka.  (?)

Domy stały w blasku,

biły gorące źródła, zgiełk drużyny

niósł się wysoko pod złocone sklepienia,

a sale rozbrzmiewały wrzawą i radością;

Aż zmienił wszystko twardy los.    (?)

Stały tu domy z kamienia, gorąca woda

Płynęła wartko szeroka strugą. Mur obejmował

Jasnym ramieniem miejsce, gdzie biło gorące

Serce źródła.

[tłum. Monika Opalińska]

 

Najbardziej przyjemne jest odkrywanie zaskakujących szczegółów w pozornie znanych miejscach ? gorąca woda ze świętego źródła to jedno, lecz mała gablotka ze szlachetnymi kamieniami, które wypadły użytkownikom łaźni w czasie kąpieli z ich złotych pierścieni to inna sprawa. Oszlifowane gładko maleńkie kamienie (mniej niż 1 cm średnicy), dla przykładu chalcedon i karneol, są niezwykle subtelnie zdobione równie mikroskopijnymi scenami mitologicznymi, rodzajowymi czy obrazkami sielskiej przyrody, choćby trzema krowami pod drzewem, orłem, powożącym rydwan z wieńcem zwycięstwa czy głową Menady. Z jednej strony przywodzi to na pamięć zamiłowanie Tolkiena do geologii, a z drugiej kunszt Celebrimbora z Doriathu i krasnoludów z Ereboru. Do tego jeszcze doszła przedziwna komnata łaźni, w której prezentowano rzymski system ogrzewania podłogowego?

Dobrze było odkryć na nowo Bath Abbey. Po jego niezwykłej fasadzie aniołowie wspinają na drabinach do nieba. W 973 roku koronowano tu pierwszego króla całej Anglii, Edgara ? brzmi to, jak powrót króla, ale ileż takich powrotów w historii Anglii się wydarzyło!

W pięknych gotyckich wnętrzach trwała właśnie niezwykła wystawa 35 dyptyków tworzonych od 2006 przez Sue Symons w ramach projektu ?One man?s journey to Heaven?. Bajecznie kolorowe i gęste od znaczeń dyptyki, z których jedna część jest kaligrafią i iluminacją, a druga haftem, przedstawiają sceny z Nowego Testamentu.

Reszta popołudnia upłynęła na ławeczce przed łaźniami rzymskimi, z sałatką i widelcem. Przyznaję, że zajrzałam do Waitrose?a w poszukiwaniu kremiku, czyli słynnego balsamu odmładzającego, ale widocznie wszystkie młodsze uczestniczki wyprawy były tam przede mną i wykupiły ich ostatnie zapasy. Ale nic to. Droga konserwuje znacznie lepiej?!

I tak nadeszło nieuchronne. Trzeba spakować swoje tobołki (lina się znowu zawieruszyła?), upchnąć gdzieś do walizek zakupione w księgarniach i antykwariatach trofea, zapakować je do pojazdu i w drogę. Do stolicy Królestwa!

Zbiórka o świcie 23 kwietnia we czwartek, w dzień Św. Jerzego, patrona Anglii, miała miejsce pod Bulem (tym razem Bólem?). Miejscowa młodzież płci obojga, w szkolnych mundurkach, oczekiwała tam także na swój ?gimbus?. W pewnej chwili jeden z tych uczniów, wysoki blond młodzieniec o aparycji urodzonego przywódcy, fryzurze cherubina i manierach Jamesa Bonda, zagadnął mnie: Czy wy czasem nie próbujecie złapać naszego szkolnego autobusu?! Uspokoiłam go, że to tylko miejsce naszego rendez-vous z własnym autokarem. Wyraźnie odetchnął z ulgą? Przypomniał mi się ten mieszkaniec Wolvercote, który, bardzo przejęty, zza swojego płotu upominał, że zaparkowaliśmy autokar w niedozwolonym miejscu, być może z obawy, że dostaniemy mandat. Kochani Anglicy?

HW?T!

 

Z Londynem to było tak?

Ze zdobytym za lokalne środki płatnicze glejtem poruszaliśmy się koleją podziemną, raz gubiąc po drodze Galadhorna, który samorzutnie pośpieszył w sukurs młodej damie, zmagającej się z konsekwencjami podania niewłaściwego hasła, a to w postaci zatrzaśnięcia się przed nią bramy do tunelu. Pilot i Dziewczyna szczęśliwie się odnaleźli, ale przez chwilę było gorąco. To trochę tak, jak zgubić Gandalfa w Morii?

Tego dnia obrazy zmieniały się jak widok za oknem pociągu.

Najpierw był pewien dworzec. (W ogóle motyw kolei pojawia się dość często na tej eskapadzie, a Tolkien tak jej nie cierpiał!) Był to imponujący dworzec King?s Cross, a na nim zmaterializowane (i skomercjalizowane) dzieło Pani Rowling, czyli przesławny peron 9 i ?. Przenikanie przez ścianę w celu dotarcia do specjalnego pociągu do Hogwarthu obsługiwane było przez jegomościa z wielką wprawą podtrzymującego szalik w pasy tak, aby sprawiał wrażenie smaganego gwałtownym przeciągiem z tunelu oraz przez iście zawodową fotografkę ze sprzętem z epoki (tej epoki?), która produkowała pamiątkowe zdjęcia za 10 funtów (sic!). Na szczęście samodzielne pstrykanie fotografii nie było zakazane.

W tym miejscu zaczęła się osobna przygoda tej uczestniczki wycieczki, która w Streatley dała się poznać jako mistrzyni czytania na dobranoc. Udała się ona samodzielnie do studia Warner Bros. w celu zrealizowania marzenia życia, czyli wizyty na wyjątkowej wystawie The Making of Harry Potter. Wróciła wieczorem na miejsce zbiórki, szczęśliwa nie do opisania. Zapewne sama zrelacjonuje to we własnej Czerwonej Księdze, co mam nadzieję dane nam będzie czytać.

Dworzec szybko zamienił się w British Library: nowoczesny budynek, a w nim pasjonujący zabytek: ORYGINALNY RĘKOPIS BEOWULFA!!! W trakcie tej wyprawy zdarzyło się kilka chwil wywołujących dreszcze emocji. To była jedna z nich, a inna nastąpiła zaraz potem, w British Museum, gdzie powędrowałam podziwiać skarb SUTTON HOO oraz tak zwaną szkatułkę Franksa (THE FRANKS CASKET, którą sir Augustus Franks podarował muzeum w 1867 roku) w salach poświęconych anglosaskiej Anglii. Takie spotkania oko w oko z Historią nie zdarzają się często!

W wydanym w 2014 roku Beowulfie przełożonym prozą przez Tolkiena i opatrzonym jego komentarzem, w redakcji Christophera Tolkiena, można znaleźć odniesienia do skarbu Sutton Hoo (odkrytego w Suffolk w 1938/39 roku) w uwagach do sposobu pochówku Scylda (Skylda Skefinga). Bohatera pierwszych strof poematu (znanych jako exordium) pochowano na bogato wyposażonym statku i powierzono morzu. Zmarły złożony na statku wraz ze skarbem znanym teraz jako Sutton Hoo także musiał być kimś znacznym, być może nawet anglosaskim królem (prawdopodobnie R?dwald, ostatni wielki król Wschodniej Anglii; w grobowcu nie odnaleziono jego ciała). Zresztą fragmenty Beowulfa w przekładzie poetyckim Seamusa Heaneya zdobią ekspozycję Sutton Hoo. Jak wspomina Tolkien w publikacji z 2014 roku, historycznie powstanie Beowulfa i Sutton Hoo dzieli zaledwie stulecie (pochówek na statku z Sutton Hoo datuje się na wczesny wiek VII). Ciekawe, że niektóre przedmioty z Sutton Hoo pochodzą z terenów wschodniego Cesarstwa Rzymskiego.

Największe wrażenie robi niezwykły hełm zakrywający całą głowę i twarz wojownika (hełm strażnika Białej Wieży Gondoru albo krasnoludzki smoczy hełm ? ja optuję za tym drugim) ? na zdjęciu powyżej na pierwszym planie widać rekonstrukcję hełmu, w tle po lewej oryginał; odtworzone pieczołowicie rogi – nie bitewne, lecz biesiadne – ale i tak przywodzące na myśl róg Rohanu; przecudnej urody złote, emaliowane i dekorowane granatami i szkłem millefiori zapinki na ramiona oraz ozdobiona motywami roślinnymi i smokami olbrzymia złota frankijska ?repustowa? (repusowana, czyli zdobiona wzorem wybijanym na zimno od spodu) sprzączka (400 gram złota! ? na zdjęciu obok) i złota pokrywa sakiewki noszonej przy pasie, też emaliowana.

Tajemnicza Szkatułka Franksa (szkatułka z Auzon) to skrzyneczka na klejnoty albo na relikwie, pochodząca z Northumbrii (rok 700), wyrzeźbiona w wielorybiej kości, przedstawiająca na swych ścianach i pokrywie motywy legendarne, mityczne i żydowsko-chrześcijańskie ? widomy dowód przenikania się kultur, cywilizacji i religii. Szkatułka była być może przeznaczona dla jakiegoś możnego duchownego czy dostojnika, pokazuje wyjątkowe zainteresowanie nie tak znowu odległą pogańską i germańską przeszłością. Jest tam pokłon Trzech Króli obok opowieści o Wölundzie, którą przytacza Edda; jest rzymska historia Remusa i Romulusa, złupienie Jerozolimy przez Tytusa w roku 70 oraz rzecz o Egilu (a fragment historii Sygurda znajduje się na tej części szkatułki, która przechowywana jest we Florencji, w Museo Nazionale del Bargello). Szkatułkę zdobią inskrypcje runiczno-łacińskie, przy czym run użyto dla języka staroangielskiego. A box without hinges, key or lid, yet golden treasure inside is hid?

Z innych eksponatów w muzeum świata moją uwagę musiał oczywiście przykuć słynny kamień z Rossetty, ale też szachy ze szkockiej wyspy Lewis z niesamowitymi, niemal żywymi figurami rzeźbionymi w kości (kojarzą mi się z jakimś filmem?).

Pobyt w muzeum zamknął się czasem wolnym na Oxford Street w celu odwiedzenia (właściwie zwiedzenia!) sześciopiętrowej księgarni Foyles (stąd pochodzi moje kieszonkowe wydanie Kowala z Podlesia Większego; był tu też rarytas w postaci audiobooka na 12 płytach CD z Władcą Pierścieni według audycji BBC4, m. in. w interpretacji Iana Holma (filmowego Bilba), ale wartość jego była tak duża, że można by za to kupić całe Shire!), okolicznych antykwariatów oraz sklepu Forbidden Planet, czyli raju dla nerdów.

Niektórzy zawitali też do pubu na ostatni angielski obiadek przed podróżą do domu (The Cambridge podaje bardzo dobrego sea-bassa, okonia morskiego, gdyby ktoś chciał wiedzieć?).

Wmieszanie się w tłum na Oxford Street w oślepiającym blasku popołudniowego słońca przyprawiło mnie o zawrót głowy ? tylu ludzi na jednej ulicy, spokojnie i jakby nieśpiesznie płynących w różnych kierunkach! Ani razu nikt mnie nie potrącił. Czyli jednak tam byłam?!

Pobyt w Londynie zwieńczył spacer przez dwa mosty nad Tamizą, pod wielkim kołem The London Eye (Kołem Milenijnym) do Big Bena i opactwa Westminster. Nad portalem opactwa znajdują się posągi współczesnych męczenników, w tym św. Maksymiliana Marii Kolbego oraz niemieckiego pastora i teologa, Dietricha Bonhoeffera, zamordowanego za ?zdradę Führera? 9 kwietnia 1945 roku we Flossenbürgu (razem z Canarisem). Myślę sobie, że te figury oraz te Postacie reprezentują pewną radykalną postawę wobec szaleństwa naszych czasów ? albo nawet wszystkich czasów.

Dla położonej obok opactwa i siedziby Kościoła Anglikańskiego renomowanej szkoły Tolkien zaprojektował runy umieszczone w herbie tej szacownej placówki. Przez piękny park Św. Jakuba – z widokiem na Buckingham Palace – doszliśmy od metra i pojechaliśmy do West Kensington, a tam odnaleźli nas nasi czarodzieje kierownicy.

O 20.30 zaczęła się podróż do domu, która trwać miała do 21.45 dnia 24 kwietnia, czyli w piątek. Tu odłączył się od nas jeden z naszych niezastąpionych pilotów ? organizatorów, Tom Goold ze swą towarzyszką Kate. Postanowili zostać w Londynie, by zobaczyć maraton w niedzielę 26 kwietnia. Żaden maraton nie przebije jednak pościgu trzech przyjaciół za bandą Uruk-hai? Niechby owi maratończycy spróbowali takiego wyczynu!

Morze pokonaliśmy podobnym statkiem, jak poprzednio, tyle, że w ciemnościach nocy. Teraz już naprawdę: O lonely, sparking isle, farewell! Paru szczęściarzy wygrało atrakcyjne nagrody w kilku konkursach i losowaniach (pytania były łatwe, lecz zaskakujące dla pamięci?). Galadhorn obwieścił, że Royd Tolkien, syn Joanny, córki Michaela, syna Johna Ronalda, zechciał odpowiedzieć (życzliwie, uprzejmie i z zainteresowaniem) na jego wiadomość dotyczącą naszej wyprawy. Aparat DVD pokazywał rozszerzone wersje Hobbita, ale część drugą przerwał ? na następnej wyprawie trzeba będzie zacząć od tego miejsca?

Galadhorn snuł znowu rozmaite opowieści, z których najbardziej utkwiła mi w pamięci ta o poszukiwaniu śladów nazwiska Tolkien na północy Polski, w Tołkinach, nieco na południe od Królewca, ale po naszej stronie (w głównym zarysie koncepcja jest taka, że rdzeń nazwiska: ?Tolls? albo ?Tollks? pochodzi od słowa tłumacz; rycerze Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie nazywali tak miejscowych, zwłaszcza Bałtów, którzy służyli im jako tłumacze właśnie; potem być może nazwisko zostało po prostu przejęte i uznane za własne przez ludność mieszkającą w majątkach będących własnością Tollkühnów; swoją drogą: toll – kühn znaczy tyle, co szaleńczo odważny albo wręcz odważny głupek). Historia tych poszukiwań jest do odnalezienia w archiwach Elendilionu. A Tołkiny zasługują, żeby założyć tam bazę polskich tolkienistów oraz dom pracy twórczej dla autorów fanfików? W każdym razie świetlana przyszłość jeszcze przed nimi.

Ta opowieść o Tołkinach złożyła mi się przedziwnie w całość z inną, wcześniejszą, o dotychczasowych dokonaniach redaktorów pisma Parma Eldalamberon (quenya: ?księga elfich języków?; numer pierwszy w 1971 roku), związanych z Mythopoeic Society, którzy zazdrośnie strzegą swoich wyłącznych kontaktów z Christopherem Tolkienem w sprawie badań nad językami Śródziemia. Tak zazdrośnie, że gotowi zdobytych materiałów i swych odkryć bronić bez pardonu, co pokazuje przykra historia ?ostrego? starcia z Davidem Salo, specjalistą od neo-khuzdul (nowego ?opracowania? języka krasnoludzkiego) i freelancerem z przymusu (nie załapał się do tej czołówki, bo przyszedł za późno?). Parma Eldalamberon jest jednak wyrocznią ? tylko to, co zostało tam opublikowane, istnieje?

Wynika z tych historii, że kwestie filologiczne są najbardziej gorącą sprawą w świecie tolkienistów, bo prawdopodobnie są też obszarem, w którym pozostaje najwięcej do odkrycia. (Ale jest to kraina tak samo śmiertelnie niebezpieczna, jak Faëry). Te badania być może postępowałyby szybciej i bardziej wielokierunkowo (angażując po prostu więcej zainteresowanych osób), gdyby materiały źródłowe były powszechnie dostępne, lecz cóż, Tolkien Estate stawia chyba na jakość, nie tempo i być może jego zamiary i plany znacznie przekraczają skalę aktywności obecnego pokolenia badaczy.

Rozstanie na wieki złączonej więzami przyjaźni Drużyny pod dworcem w Katowicach było długie, rzewne i wylewne. Użyto sporo chusteczek, także do machania na pożegnanie. Zapewniano o pozostaniu w kontakcie i o regularnym pisaniu listów? Umawiano się na kolejną wyprawę, do Szkocji, w tym samym czasie za rok.

Ale to wcale nie był koniec. Teraz otwierał się następny etap. Zabrałam swoje walizki i poszłam do znanej mi już gospody. Było cicho i pusto. Tym razem z okna roztaczał się widok na jakąś wieżę?

O poranku 25 kwietnia w sobotę zeszłam do sali jadalnej, gdzie podano obfite śniadanko z jajecznicą, twarożkiem, pomidorkiem, ogórkiem, szczypiorkiem, kawą i płatkami owsianymi z mlekiem (były też tosty!). Włączony telewizor plazmowy oferował aktualną smutną wiadomość o nagłym odejściu Władysława Bartoszewskiego, człowieka, który uważał PAMIĘĆ o przeszłości za obowiązek, szansę i podstawę przyszłości.

Następnie, zaopatrzywszy się w świeżą prasę, wsiadłam do pociągu zwanego pendolinem (który to pociąg nie oferuje żadnej metafizyki podróżowania) i pomknęłam do stolicy. W południe zaczęła się już zupełnie nowa opowieść. Następnego dnia, to jest 26 kwietnia, przypadała kolejna rocznica niespodziewanej Gandalfowej wizyty u Bilba w Bag End.

 

Trzeba przejść drogę, żeby zrozumieć jej sens?

 

Autor: Magdalena Słaba

 

Poniższa relacja została po raz pierwszy opublikowana na stronie portalu Wszystko Co Najważniejsze:

https://wszystkoconajwazniejsze.pl/magdalena-slaba-wte-i-wewte-czyli-angielska-wyprawa-sladami-tolkiena/

Kategorie wpisu: Biografia Tolkiena, Fandom tolkienowski, Tolkienowski internet, Wydarzenia

Brak komentarzy do wpisu "Wte i wewte czyli angielska wyprawa śladami Tolkiena cz.3"

Zostaw komentarz