Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Wte i wewte czyli angielska wyprawa śladami Tolkiena cz.2

Poniżej prezentujemy drugą część relacji z naszej kwietniowej wyprawy do Anglii śladami J.R.R. Tolkiena. Autorka opublikowała ją pierwotnie na łamach portalu Wszystko Co Najważniejsze.

Wieczorem wylądowaliśmy w Streatley nad Tamizą, około 17 mil na południe od Oksfordu. To wioska znana z opowieści Trzech panów w łódce (nie licząc psa) autorstwa Jerome?a K. Jerome?a (wyd. 1889). Zamieszkaliśmy w wiktoriańskiej rezydencji na wzgórzu, zajęliśmy tam wszystkie pokoje. W sypialniach mieliśmy piętrowe łóżka, a pokoje kąpielowe dzieliliśmy (dzieliłyśmy ? Pań było więcej) między siebie sprawiedliwie i cierpliwie. Nie odnotowano żadnych ekscesów, ani scysji. Nikt się nigdy nigdzie nie spóźnił (dzięki ci, języku polski, za tę niewiarygodną ilość zaprzeczeń w jednym zdaniu!). Dyscyplina doprawdy budująca.

Problem z podróżą i pobytem w nowych miejscach polega zawsze na tym, że choć nie chcesz, zajmujesz się głównie sobą, przynajmniej przez jakiś czas (paradoksalnie, we własnym domu zajmujesz się całym światem ? i o tym po trosze jest Hobbit). Ale wszystko się poprawia po oswojeniu przestrzeni i wypracowaniu rutyny.

Atmosfera przypominała kolonijną. Toaleta wieczorna i poranna ? jak kąpiel w rzece. Posiłki ? niczym wspaniałe biesiadowanie przy ognisku, tyle, że zamówione zestawy śniadaniowe podawali bezszelestnie poruszający się Elfowie (ale już kolacje można było przygotować samodzielnie w dobrze wyposażonej kuchni, a zjeść w tej kuchni albo świetlicy, na kanapie).

Zdarzało się, że natura sama zaglądała do naszych apartamentów, lecz nawet z Shelobami Panie dzielnie sobie radziły, brawurowo (szaleńczo odważnie?) atakując podstępne gadziny z okrzykiem: Ty kmiocie!… Inne stworzonka miały pewien (literacki) związek z Telimeną? – więcej nic ode mnie nie wydobędziecie na ten temat! W każdym razie zniknęły równie szybko i tajemniczo, jak się pojawiły.

Tuż obok hotelu odkryliśmy pub The Bull (zwany Pod Bulem?), nad którym nocą świecił nam Eärendil i księżyc, a w którym w końcu, po długich przymiarkach i dopiero po kilku dniach od przybycia do Anglii, odbyła się impreza zapoznawczo ? integracyjna (podczas której każdy mógł powiedzieć kilka słów o sobie), wzbudzająca naszą wesołość, a entuzjazm i zakłopotanie miejscowych, nie wspominając już o zadziwieniu i zaniepokojeniu tutejszego Barlimana Butterbura taką ilością rozgadanych i wymagających gości o tak późnej porze. Swoją drogą, może ktoś, kto naprawdę jest Bagginsem, przedstawił się nam jako Underhill? Chyba nic w tym złego ? każdy może sam stworzyć swoją historię i schować za tajemnicą?

Pierwszy dzień w Albionie miał prawdziwie epickie zakończenie. Koleżanka z pokoju (wielbicielka Harry?ego Pottera) tak pięknie czytała wybrany fragment Silmarillionu na dobranoc, że uśpiła dwie spośród swoich trzech słuchaczek. Ja nie mogłam poddać się temu efektowi lektury. Byłam najstarsza w pokoju. I ktoś musiał zgasić światło?

Pamiętna niedziela 19 kwietnia rozpoczęła się wczesnym angielskim śniadaniem (jajka na bekonie obok croissant et pain au chocolat), spakowaniem lembasów w liście (tostów w serwetki, ale o tym sza?), zbiórką na moście nad Tamizą między Streatley a Goring (cóż za widoki!) i kilkoma zdjęciami zaułku Bag Row (w końcu jesteśmy w Shire!). Ale to był tylko wstęp do pobytu w Birmingham.

Niedziela stanęła głównie pod znakiem dzieciństwa i młodości Tolkiena.

Łacińska nadzwyczajna msza w trydenckim rycie przedsoborowym w Oratorium Św. Filipa Neri w Edgbaston, Birmingham, była wydarzeniem wyjątkowym. Mały Tolkien służył ze swym młodszym bratem Hilarym do takich właśnie mszy, kiedy mieszkał z matką niedaleko i krótko chodził do szkoły, której budynek znajduje się tuż obok kościoła. Mabel Tolkien, po zmianie wyznania, potrzebowała takiego miejsca, w którym znalazłaby wraz z synami wsparcie duchowe.

Przepiękne wnętrze kościoła, przypominające kościoły Rzymu, niezwykła celebracja Niedzieli Dobrego Pasterza (u nas przypadła tydzień potem, więc mieliśmy dwie ? jak to podróże wzbogacają), zachwycający dziesięcioosobowy chór, zapach kadzidła, czarne i białe mantylki na głowach kobiet, tradycyjnie udzielana Eucharystia ? to wszystko złożyło się na doświadczenie nie do zapomnienia. W kościele nie było bardzo wielu parafian, dlatego jako goście i obcy niewątpliwie rzucaliśmy się w oczy. Pewna starsza Angielka podała koleżance z wycieczki swój egzemplarz tekstu liturgii, pewnie z troski, aby nie była ona jedynie widzem? Rozmawialiśmy potem, po wyjściu z kościoła, z pochodzącym ze Śląska starszym Panem, który, uradowany niespodziewanym spotkaniem rodaków, opowiadał co nieco o życiu w Anglii, nawet trochę po polsku.

Patrzyłam na to, na co patrzył Tolkien i przeżywałam to, co on. Uwierzcie, wrażenie nie do przecenienia. Ojcowie z Oratorium bardzo zwracają uwagę na oprawę liturgii i na piękno muzyki wykonywanej w kościele, a z ich rzymską siedzibą związany był między innymi słynny twórca muzyki religijnej, mszy, madrygałów i motetów, wielki kompozytor Giovanni Pierluigi da Palestrina (1525-1594), zwany księciem muzyków i Bachem renesansu ? może tu bije źródło Muzyki Ainurów?? Myślę też, że gdy Tolkien opisywał szlachetne dostojeństwo Valarów i Eldarów oraz pewien nimb światłości ich otaczający, miał w pamięci celebransów z Oratorium i nastrój, jaki tu panuje.

Tuż obok Oratorium wznosi się budynek dawnej szkoły, do której Tolkien krótko uczęszczał. Ewidentnie wymaga odnowienia, ale chyba Oratorium nie posiada na to funduszy.

Gdy wychodzi się z Oratorium i spojrzy w lewo, widać? dwie wieże! Pierwsza to Perrott?s Folly, druga to Chamberlain Tower na terenie Edgbaston Water Works. Pierwsza jest wysoka i grubsza, druga smuklejsza i delikatniejsza, ale, jak pisze Robert Blackham w The Roots of Tolkien?s Middle-earth, takim literackim przewodniku po Birmingham, właśnie ta druga wygląda jak idealne miejsce do uwięzienia czarodzieja? Pierwsza została zbudowana dla Humphreya Perrotta na jego prywatnym terenie łowieckim, dla stworzenia dobrego widoku na okolicę. Ta druga wieża została zaprojektowana przez architekta Johna H. Chamberlaina, chcącego przywrócić wiktoriańskim miastom naturalny urok zniszczony w czasie rewolucji przemysłowej, przyjaciela wielkiego wizjonera Prerafaelitów (The Pre-Raphaelite Brotherhood), Williama Morrisa, którego twórczość tak bardzo fascynowała Tolkiena. Blackham pisze, że według miejscowych jedna z tych wież to Minas Morgul, a druga to Minas Tirith ? lecz wtedy to nie byłyby Dwie Wieże. Choć może rzeczywiście Chamberlain Tower jest zbyt ładna, żeby być Orthankiem. Ale z drugiej strony ? Orthank był dziełem Númenorejczyków?

Pierwsza część dnia dobiegła końca w młynie Teda Sandymana, czyli w Sarehole Mill, gdzie akurat trwał hobbicki festyn, na którym między innymi podawano kawę i ciasto marchewkowe, ale hamburgery też skusiły niektórych. We młynie jest wystawa poświęcona Tolkienowi i czasom, które spędził w okolicy. W przewodniku Blackhama jest zdjęcie pokazujące młyn około 1890 roku, na którym widać młynarza Andrew Millera i jego syna. Tolkien nazywał tych panów Czarnym i Białym Ogrem? W tym momencie już zupełnie staliśmy się częścią tej bajki, nie jedynie turystami. Razem z ciastem, obawiam się, połknęłam gwiazdkę, jak Kowal z Podlesia Większego.

Kto nie pojadł dobrze na festynie, miał jeszcze do dyspozycji bistro o nazwie HUNGRY HOBBIT. To właśnie tu Pan Alqua wykazał się zdolnością wysokiego wzbijania się w powietrze, a Galadhorn, jego opiekun, umiejętnością zaklinania pogody, która była trochę mroczno-mokra. Umiejętność ta przejawiła się w wykonaniu w samą porę znanej piosenki: Słoneczko późno dzisiaj wstało i w takim bardzo złym humorze i świecić też mu się nie chciało, bo mówi, że zimno na dworze. A gdy piosenkę usłyszało, to tak się bardzo ucieszyło, zza wielkiej chmury zaraz wyszło i nam radośnie zaświeciło? Refren Państwo znają, przypuszczam. I tu przypomniało mi się to: It is raining, Master Dwarf, and it will continue to rain until the rain is done. If you wish to change the weather of the world, you should find yourself another wizard! Owszem, znaleźliśmy takiego czarodzieja…

A słońce zaświeciło, gdy wyszliśmy ze Starego Lasu na granicy Bucklandu, czyli z Moseley Bog (w sąsiedztwie Sarehole Mill). Tam było tyle wiekowych drzew, że nagle zrobiło się bardzo cicho i tylko ptaki śpiewały. Zanim zabłądziliśmy w Lesie, stanęliśmy przed domem Tolkiena przy 264 Wake Green Road (wtedy to były Gracewell Cottages, to dokładnie naprzeciwko Sarehole Mill ? dzisiaj jest to część domu opieki dla emerytek).

Przyszedł czas opuścić przemysłowe Birmingham, które dla Tolkiena było nie tylko związane z jasnym i drogim wspomnieniem jego matki, zmarłej w 1904 roku, ale też było miejscem narodzin fascynacji językiem walijskim – podstawą dla sindarinu (te tajemnicze napisy na kolejowych wagonach!) oraz, last but not least, miastem, w którym rozwinęła się tak pięknie historia członków Tea Club Barrovian Society, w którym Profesor chodził do Szkoły Króla Edwarda i poznał Edith Bratt, a po powrocie z frontu w grudniu 1916 leżał w First Southern Military Hospital mieszczącym się w Wielkim Hallu Uniwersytetu. To było miasto początków wszystkich niemal wątków jego życia, ale też, tak sądzę, symbol tych spraw, które zamknęły się dla niego na zawsze…

Zakończenie pobytu w Birmingham przebiegło pod znakiem Skarbu: największego anglosaskiego złotego skarbu, jaki kiedykolwiek znaleziono w Anglii, Staffordshire Hoard, wyeksponowanego na nowo w salach Birmingham Museum & Art Gallery (zdjęcie poniżej) przy placu Chamberlaina (tego od wieży). Droga do skarbu prowadzi przez sale zawieszone obrazami Prerafaelitów i cudownymi morskimi pejzażami, a zwiedzających wita znacznej wielkości rzeźba? Lucyfera.

Skarb robi największe wrażenie niezwykłą ilością drobnych złotych, misternie zdobionych, emaliowanych, wykładanych szkłem, dekorowanych kuleczkami i innymi bardzo drobnymi wzorami przedmiotów, głównie ozdób, biżuterii, ale też broni. Na wystawie obejrzeć można setki eksponatów, zakopanych 1400 lat temu przed okiem ciekawskich i łasych na bogactwa. Pokazano tam też rozmaite techniki konserwatorskie, które pozwoliły przywrócić ten skarb do życia, zdejmując z niego klątwę (jeśli jakaś była?). W sali skarbu odtworzono wygląd hallu (mead hall, znanego choćby z Beowulfa) z VII wieku, aby pokazać życie anglosaskich wojowników (była tam między innymi gra planszowa, niepoddająca się łatwemu rozgryzieniu?).

Centrum Birmingham nawet dzisiaj znacznie odróżnia się od miejsc takich jak Sarehole, Moseley czy King?s Heath (w czasach Tolkiena to były podmiejskie wsie, teraz dzielnice miasta). Jest elegancko, wielkomiejsko, przestrzennie, ale niezbyt zielono (choć ładnie kwitły kwiaty). Właściwie nie dziwi już, że Tolkien nie żywił dla tego miasta jakiś cieplejszych uczuć. Kontrast z Oksfordem jest aż nadto widoczny. Birmingham swoje korzenie obłożyło betonową kostką?

Dla odmiany otoczenia na bardziej sielsko-wiejskie, znaleźliśmy się w Tolkienowym Tavrobel (wood-home w najwcześniejszym języku gnomijskim), czyli Great Haywood koło Cannock Chase i spacerkiem przez łąki i pastwiska dotarliśmy do mostu nad Teiglinem i Sirionem oraz do pałacu Shugborough, który przypuszczalnie stał się inspiracją dla Domu Gilfanona, czyli Domu Stu Kominów w Księdze Zaginionych Opowieści (choć ta imponująca rezydencja nijak nie ma stu kominów?).

Dla porządku należy tu przypomnieć, że Sirion to największa rzeka Beleriandu (Wielka Rzeka), a Teiglin to dopływ Sirionu, który okrążał od południa las Brethil, zaś Dom Stu Kominów stał sobie na Tol Eressëi i istniał, zanim jeszcze Tolkien zapisał nazwę: Middle-earth. Co dziwne, Tavrobel było też nazwą osady Leśnych Ludzi z Ludu Halethy w Brethilu, przy Amon Obel (potem, w okresie już po wydaniu Władcy Pierścieni, miejsce to nazywało się Ephel Brandir) ? przez pewien czas mieszkał tam Túrin (The Lost Road and other writings, piąty tom The History of Middle-earth). Nie wiadomo właściwie, dlaczego Tolkien używał tej nazwy dwukrotnie w taki sposób ? być może z sentymentu dla Great Haywood? Dom Stu Kominów też stał przy moście nad dwoma rzekami: Gruir i Afros.

W Great Haywood nad rzeką Trent, już po ślubie, Tolkienowie wynajmowali dom od niejakiej pani Kendrick. Stąd było blisko do obozu wojskowego Brocton Camp, gdzie Tolkien stacjonował ze swym batalionem. W maju 1916 roku w Great Haywood Tolkienowie przyjęli wizytę przyjaciela Profesora, Goeffreya Bache Smitha, członka klubu T.C.B.S., który dostał akurat przepustkę z frontu we Francji i przybył w odwiedziny. Ślub Tolkienów odbył się 22 marca, a 4 czerwca 1916 roku John Ronald wyruszył na front do Flandrii. Nie spodziewał się przeżyć?

Właśnie w domu w Great Haywood Edith Tolkien miała na ścianie mapę Francji, na której, dzięki umówionemu kropkowemu szyfrowi (dla ominięcia cenzury korespondencji), zaznaczała pozycję swego męża na froncie nad Sommą.

Okolica trasy naszego spaceru była prawdziwie idylliczna, a łąki zielone, kwitły kwiaty, śpiewały ptaki, świeciło słońce i wiał lekki wiatr, rzeczki zwane przez Elfów Teiglinem i Sirionem (wśród ludzi znane jako Sow i Trent, na zdjęciu powyżej) płynęły powoli i łączyły się leniwie pod mostkiem o przemyślnym kształcie, na którym uwieczniliśmy się fotograficznie.

Gdy Tolkien wrócił z Flandrii w grudniu 1916 roku, wielkie emocje tego powrotu do Great Haywood wyraził w sześciostrofowej balladzie, cytowanej przez Johna Gartha w jego Tolkien and the Great War: The Grey Bridge of Tavrobel. Właśnie na tym moście staliśmy?

O! tell me, little damozelle,

Why smile you in the gloaming

On the old grey bridge of Tavrobel

As the grey folk come a-homing?

 

I smile because you come to me

O?er the grey bridge in the gloaming:

I have waited, waited, wearily

To see you come a-homing.

 

In Tavrobel things go but ill,

And my little garden withers

In Tavrobel beneath the hill,

While you?re beyond rivers.

 

Ay, long and long I have been away

O?er sea and land and river

Dreaming always of the day

Of my returning hither.

 

Most na Trent w Great Haywood, Essex Bridge (od księcia Essex, faworyta Elżbiety I), powstał około 1550 roku i jest to najdłuższy zachowany most dla jucznych koni w Anglii (packhorse bridge). Ma jedynie 1,2 metra szerokości, wspiera się na czternastu z pierwotnych czterdziestu łuków i charakteryzuje się nieco dziwnym kształtem, który pozwalał na mijanie się obładowanych towarami koni. Gdy się podziwia ten most, trzeba przyznać, że to porządna kamieniarska robota (Dzieła rąk ludzkich przeżyją nas, mój Gimli? – jak to ujął Legolas).

Dzień zakończył się w Kortirionie (który też doczekał się wiersza: Kortirion among the trees z listopada 1915 roku), czyli w średniowiecznym Warwick. Według Tolkienowego wczesnego słownika quenya, Kortirion to stolica Elfów po ich ucieczce z wrogiego świata na Tol Eressëę (Księga Zaginionych Opowieści).

W kościele St Mary Immaculate w Warwick 22 marca 1916 roku John Ronald Reuel Tolkien poślubił Edith Mary Bratt. Proboszczem w tym kościele jest ksiądz Stefan Laszczyk, polskiego pochodzenia, lecz już niewładający naszym językiem, z którym byliśmy umówieni na obejrzenie dokumentów ślubu. Ale tego, co się wydarzyło, nawet Gandalf by nie wymyślił.

Ksiądz wzbudził radość nie do opisania, gdy okazało się, że przyniósł ze sobą i zademonstrował nam ORYGINALNĄ KSIĘGĘ ŚLUBÓW!!! Są tam własnoręczne podpisy Tolkiena i jego małżonki (cóż za kaligrafia!), są podpisy świadków. Świadkiem Edith (lat 27) była jej kuzynka, wtedy 51-letnia Jennie Grove, z którą panna Bratt mieszkała w Warwick, gdy Tolkien stacjonował w obozie wojskowym w Brocton Camp koło Stafford. Świadkiem Tolkiena (lat 24), jak to kiedyś zostało ustalone dla Elendilionu (na co zwrócił moją uwagę Galadhorn), była Anne W. (Warden) Johnson, wówczas 52-letnia dama, której związek z ceremonią pozostaje niejasny, nie wiadomo, kim była dla Tolkiena. Być może była osobą przybraną do tego wydarzenia przez księdza, ojca Williama J. Murphy?ego. W rubryce ?imię i nazwisko ojca? Edith wpisała Fredericka Bratta, który był jej? wujkiem (a pole ?zawód ojca? przekreślono). Edith, nie wiedząc wcześniej, że będzie musiała podać takie dane, spanikowała, bo nie wyjawiła Johnowi Ronaldowi, że jest dzieckiem nieślubnym. Zrobiła to dopiero po ceremonii. Ślub Tolkienów był dopiero drugim, jaki odbył się w tym kościele w Warwick.

Mamy podejrzenia graniczące z pewnością, że ksiądz Laszczyk miał tego wieczoru wystąpienie życia. Ten żywotny i wesoły człowiek, posturą, temperamentem i ekspresją nieco przypominający Gospodarza Maggota, wypowiadający słowa z siłą i prędkością, z jaką Legolas wyciągał strzały z kołczanu, był ewidentnie w swoim żywiole, dał nam na drogę błogosławieństwo, żebyśmy nie pobłądzili w trasie, a księgę ślubów pokazywał z taką dumą, jakby to był co najmniej Święty Graal! A my byliśmy bez wątpienia pierwszymi Polakami (no, może jednymi z pierwszych), którzy tego Graala widzieli własnymi rozszerzonymi ze zdziwienia i zachwycenia (a nawet nieco mokrymi?) oczami. Moje zdjęcie owej księgi (powyżej) chyba powinnam opatrzyć znakami copyright albo oprawić w ramki. Pojedź do Anglii i mów, żeś Tolkienistą, a przeżyjesz takie rzeczy, że niektórzy ci nie uwierzą?

Poniedziałek 20 kwietnia to dzień, który stanowi centrum wydarzeń tej wyprawy. Znaleźliśmy się bowiem w Oksfordzie, w quenya: Mundostar, mieście, gdzie dla Tolkiena nic już się nie wydarzyło ? skończyły się bowiem ?przygody? i wędrówka, a zaczęło się rodzinne życie, praca uniwersytecka i pisanie naszych ukochanych opowieści.

Każdy, kto trafia na Wolvercote Cemetery, będzie wiedział, jak znaleźć miejsce spoczynku Berena i Lúthien. Zaprowadzą go na miejsce strzałki. Jest skromnie, zielono, rosną wysokie drzewa rzucające głęboki cień. Na grobie Edith Mary Tolkien i Johna Ronalda Reuela Tolkiena posadzono niezapominajki i krzak róży. Są tam zmyte deszczem listy od fanów całego świata. Na gałązce różanej ktoś zawiesił jedyny pierścień. Po drugiej stronie ścieżki jest pamiątkowa płyta na grobem księdza Johna Tolkiena, najstarszego syna Profesora.

Trudno powiedzieć, skąd się bierze takie wrażenie, ale jakoś wydaje mi się, że nie ma tu atmosfery, powiedzmy, ostatecznej. Trudno jakoś zachować powagę w obliczu tego miejsca, choć chwila jest niewątpliwie podniosła. To raczej symbol, niż pomnik. Symbol wydarzenia, które niczego nie zamknęło. Symbol zwyczajnego życia i nadzwyczajnego dzieła. Rodzaj przenośni. A może nawet ta szczególna, właściwie zastosowana alegoria: wieża z widokiem na Morze?

Grobu Berena i Lúthien nigdy nie usypano, zresztą nikt już nie widział Berena po tym, jak zamieszkał w Krainie Żywych Umarłych. A potem Beleriand zapadł się w morskie fale. To miejsce na Wolvercote ma zatem podwójne znaczenie?

Bardzo długi spacer po Oksfordzie rozpoczął się nad Tamizą (Thame), od zwiedzenia Christ Church College, które znane jest z bogatej historii, a współcześnie ? z tego, że kręcono tu Harry?ego Pottera (np. klatka schodowa pojawia się w Kamieniu filozoficznym). Poza tym, członkiem kolegium był Charles Dodgson ? Lewis Carroll, który unieśmiertelnił córkę Dziekana, Alice Liddell, w Alicji w Krainie Czarów.

W Katedrze, która jest nie tylko kaplicą kolegium, ale też kościołem diecezjalnym, znajduje się grobowiec Św. Frideswidy, patronki Oksfordu, a także wspaniałe witraże, m. in. autorstwa genialnego Edwarda Burne-Jonesa, który w postaci Św. Katarzyny Aleksandryjskiej uwiecznił z kolei Edytę Liddell, siostrę Alicji. Po lewej stronie od wejścia jest okno z XVII wieku, przedstawiające Jonasza i miasto Niniwa ? tylko głowa Jonasza jest witrażem, pozostałe części okna to obrazy na szkle Abrahama van Linge.

Gdy Tolkien podjął się tłumaczenia fragmentów Biblii Jerozolimskiej, zajmował się właśnie Księgą Jonasza. Biblia Jerozolimska to Stary Testament przełożony przez uczonych związanych z kościołem rzymsko-katolickim na język angielski z języków oryginalnych, hebrajskiego i greckiego, zamiast z łacińskiej Wulgaty. Ze względu na liczne przeciwności Tolkien, zatrudniony przy projekcie jako leksykograf i tłumacz, przełożył tylko niewielką Księgę Jonasza (1957 rok). Opowiada ona o proroku, który uciekając przed ?przeznaczeniem? trafił na trzy dni do brzucha wielkiej ryby, a gdy już ostrzegł Niniwę przed czekającą ją karą, zagniewał się srodze na to, że została jednak ocalona. Wypada odnotować tu pewną koincydencję: pies Łazik w trakcie swoich niezwykłych przygód trafia do brzucha wieloryba o imieniu Uin. Łazikanty powstał w 1927 roku, a ostatecznego kształtu nabrał w 1936 ? razem z Hobbitem.

O 12.00 Pani Pastor z ambony tradycyjnie odmówiła Modlitwę Pańską i modlitwę o pokój. Właśnie w tym momencie większość z nas dowiedziała się o tragedii afrykańskich uchodźców, których 700 zginęło w tym czasie podczas próby przeprawy do Europy. Kiedyś tak rozchodziły się wiadomości. Teraz jakiś dziwny niepokój, zmieszanie i zawstydzenie wzbudza świadomość, że być może czegoś się nie wie, nie wiedziało albo dowiaduje za późno. Gdy słyszysz o zdarzeniu dotychczas ci nieznanym, zaczynasz pytać innych, o co chodzi, co się właściwie stało, potrzebujesz pilnie innego człowieka, aby zrozumieć sens tego, co się dzieje. Jest poruszenie i zamieszanie, gorączkowe poszukiwanie kogoś poinformowanego. I tak okazuje się, że współcześnie bezproblemowy, a nawet niekiedy niechciany, lecz samoistny i bezwiedny, dostęp do informacji oddala od siebie ludzi.

W południe z wieży widokowej kościoła St Mary the Virgin oglądaliśmy naprawdę wspaniałą panoramę Oksfordu, w tym widok na Radcliffe Camera, czyli? Świątynię Saurona na Númenorze (zdjęcie obok). Naprzeciwko tego kościoła, po drugiej stronie High Street, znajdują się: University Examination School (Tolkien musiał tu zdawać egzaminy kończące studia w Exeter, na których uzyskał First Class Honour, najwyższy możliwy wynik, razem z tylko jedną jeszcze osobą) oraz Eastgate Hotel, w którym Lewis i Tolkien spotykali się regularnie na plotki o mitach?

Stamtąd przeszliśmy przez Bodleian Library do Weston Library w New Bodleian, gdzie trwała wystawa The Marks of Genius, na której prezentowano m. in. ORYGINALNY TOLKIENOWY PROJEKT OKŁADKI HOBBITA!!! Informacja o tej wystawie została odnaleziona przypadkiem już w czasie trwania wyprawy, pod żadnym pozorem nie można było tego przegapić.

W tym momencie nastał czas wolny, poświęcony na spacer po Broad Street i Turl Street, wizytę na Covered Market oraz na słuszny posiłek (smażona rybka z ziemniaczkami!), w przemiłym towarzystwie Joasi, w pubie Pod Białym Koniem (czytaj: Pod Rozbrykanym Kucykiem) ? przez okno roztaczał się stąd słoneczny widok na Sheldonian Theatre, a na stole parowała herbatka Earl Grey ze śmietanką (na co dzień nie pijam, ale w Anglii wypada?). W 1911 roku właśnie w Sheldonian Tolkien brał udział w inauguracji swego roku akademickiego i studiów w ogólności, składając jednocześnie przysięgę (sic!), że nie przyniesie, ani nie rozpali, ognia albo płomienia, ani nie będzie palił tytoniu, w Bibliotece Bodlejańskiej? Tak pięknie o tym pisze John Garth w Tolkien at Exeter College!

Czas wolny zakończył się właśnie na Turl Street (ulicy uwiecznionej przez Tolkiena na rysunkach, przy której zresztą mieszkał, choć tego domu już nie ma ? uliczka na zdjęciu powyżej), gdzie znajduje się Exeter College. W 1914 roku na wielkich uroczystościach z okazji 600-lecia kolegium Tolkien wygłaszał w Exeter toast za towarzystwa uniwersyteckie (był członkiem WSZYSTKICH). W ubiegłym roku Exeter świętowało 700-lecie!

W kaplicy kolegium można podziwiać popiersie Tolkiena, wykonane w 1977 roku przez jego synową Faith Tolkien, pierwszą żonę Christophera. Jest tam też przepiękny gobelin według obrazu (fresku) Edwarda Burne-Jonesa, ukończony przez Morris&Co. w 1890 roku, przedstawiający pokłon Trzech Magów przed Dzieciątkiem, THE ADORATION OF MAGI. Architektura wnętrza kaplicy, koronkowa i delikatna, natychmiast przywodzi na myśl Rivendell.

Panowie Burne-Jones (absolwent Tolkienowego King Edward?s School w Birmingham) i William Morris byli studentami Exeter w połowie XIX wieku, a przyciągnęła ich do tego kolegium jego sympatia dla katolicyzmu. W końcu jednak obojętność uczelni na ich artystyczne pomysły nowego romantyzmu przeniosła obu daleko od Oksfordu. Pierwszy zostawił jednak swój ślad w postaci wspomnianego fresku/gobelinu, drugi ? w postaci poematu Obrona Ginewry, który każdy student Exeter nie tylko czytał, ale wręcz był zobowiązany znać.

W recepcji kolegium wykupiliśmy wszystkie dostępne egzemplarze najnowszej publikacji Johna Gartha Tolkien at Exeter College. How an Oxford undegraduate created Middle-earth. Rzecz to niewielka, ale doskonałe uzupełnienie Tolkien and The Great War. Dziwne, lecz trzeba odnotować, że nie chwalili się specjalnie tą książką wobec gości kolegium, choć to może taka angielska powściągliwość.

Z Exeter powędrowaliśmy do Ogrodu Botanicznego, aby obejrzeć puste niestety miejsce po ukochanej sośnie Tolkiena, ogromnej 200-letniej pinus nigra, która została ścięta w ubiegłym roku po tym, jak znienacka urwała jej się spora gałąź i odkryto, że jej stan zagraża bezpieczeństwu zwiedzających. Tolkien i ta sosna zostali uwiecznieni razem na fotografii ? zdjęcie z 9 sierpnia 1973 roku było zarazem ostatnim?

Zadziwiające jest, że ogród nie zachował sadzonek lub nasion, żeby posadzić nową sosnę. Ale nic straconego, w razie potrzeby możemy im wysłać młode drzewko. W Polsce wyhodowano siedem sosenek z nasion z szyszek przywiezionych specjalnie z Oksfordu. www.elendilion.pl/2011/05/13/potomstwo-sosny-tolkiena-cig-dalszy www.elendilion.pl/2015/03/30/konkurs-siedem-by-jedn-ocaliae-nazwij-sosne-tolkiena/

Jedna z tych sosenek rośnie koło Sosnowca (nazwano ją Arcastar, co jest transkrypcją nazwiska Tolkien na język quenya), inna w nadleśnictwie Skierniewice (pozostałe: na zamku w Gniewie i w Katowicach) ? właśnie to nadleśnictwo przyczyniło się walnie do tego, że z nasion wyrosły drzewka. Możliwe, że niedaleko Warszawy będziemy za jakiś czas podziwiać kolejną sosnę czarną, bo jedna z uczestniczek, młoda znawczyni quenya, wygrała szyszkę w loterii.

Po ogrodzie przyszedł czas na Magdalen College, założone w XV wieku nietypowo poza murami miasta, które wydało 9 laureatów nagrody Nobla – macierzyste kolegium C.S. Lewisa. W kaplicy zobaczyć można kopię Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci.

Czekał nas tu przemiły spacer Addison?s Walk wśród otaczających kolegium łąk, po których przechadzają się daniele. Pewna wieczorna wędrówka z Hugo Dysonem i Tolkienem po tej ścieżce był dla Lewisa motywacją do nawrócenia. Tolkien powiedział mu wtedy, że Biblia też jest mitem ? jest mitem Boga o ludziach, jedynym takim w historii świata, a mity mają to do siebie, że są prawdziwe. Możliwe, że wiał dla nas ten sam wiatr, co wtedy? Koło ścieżki płynęła leniwie rzeka Cherwell, rosły stare drzewa, na łące kwitły kwiaty w kształcie zwieszonych kielichów w bajecznym kolorze owocu czarnej porzeczki, stała tam samotna kamienna ławka i dziwny drewniany domek dla jakiś rzecznych stworzeń (może tych z opowiadania Kennetha Grahama O czym szumią wierzby??).

Od Magdalen przez Holywell Street (holy well ? święta studnia!), gdzie pod numerem 99 znajduje się jeden z oksfordzkich domów Tolkiena (mieszkał w nim od 1950 do 1953 roku i uważał za uroczy, lecz nie nadający się do zamieszkania z powodu ulicznego hałasu; stąd przeprowadził się do dzielnicy Headington), doszliśmy do przesławnego The Eagle and Child (pub Pod Orłem i Dziecięciem, znany także jako: Pod Ptakiem i Pędrakiem). Tu odbyła się wielka i głośna fiesta, wywołująca delikatne wzburzenie lokalnych gości, ale może nam wybaczą naiwność. W każdym razie toast za Profesora został wzniesiony, Galadhorn wygłosił okolicznościowy speech z wysokości stołka, a potem było dużo zdjęć i śmiechu.

W pubie tym do 1963 roku (do śmierci Lewisa) spotykali się regularnie Inklingowie, zmieniając historię literatury nie tylko XX wieku. Na ścianach wiszą zdjęcia, m. in. Tolkiena z 1972 roku oraz oprawiona w ramki karta z dedykacją dla właściciela i podpisami gości; Tolkien, jako profesor Merton College, także Pembroke oraz absolwent Exeter, porucznik 11 batalionu Fizylierów Lancashire, wpisał się na końcu, określając się jako ojciec wyżej podpisanego Christophera Tolkiena, który już jako absolwent Oksfordu (Trinity College) brał udział w spotkaniach grupy (podobno lepiej niż ojciec czytał Władcę Pierścieni?); są tam podpisy C.S. Lewisa, jego brata majora Warrena Hamiltona Lewisa, Davida Cecila, Hugo Dysona, Colina Hardie.

Przy wejściu do pubu witają gości dwie czarne tablice, na których napisano kredą:

My happiest hours are spent with three or four old friends in old clothes, tramping together and putting up in small pubs. (C.S. Lewis).

PIPPIN – What?s that?

MERRY – This my friend is a pint.

PIPPIN- It comes in pints? I?m getting one.

A na koniec pozwoliliśmy Panom Kierowcom odwieźć nas do domu w Streatley, co wcale tego dnia nie zakończyło, bo właśnie wtedy odwiedziliśmy The Bull!

 

Ciąg dalszy wkrótce…

 

Autor: Magdalena Słaba

 

Poniższa relacja została po raz pierwszy opublikowana na stronie portalu Wszystko Co Najważniejsze:

https://wszystkoconajwazniejsze.pl/magdalena-slaba-wte-i-wewte-czyli-angielska-wyprawa-sladami-tolkiena/

Kategorie wpisu: Biografia Tolkiena, Fandom tolkienowski, Tolkienowski internet, Wydarzenia

2 Komentarzy do wpisu "Wte i wewte czyli angielska wyprawa śladami Tolkiena cz.2"

Przerośnięty Krasnolud, dnia 17.09.2015 o godzinie 17:42

Dzień dobry wszystkim 😉
W Polsce brakuje niestety dobrego portalu dla miłośników fantastyki. Więc widząc taką potrzebę wraz z kolegą staramy się taki stworzyć, I dbając o to, aby jego poziom był wysoki poszukujemy osób lubiących fantastykę.
Mówię tu nie tylko o Tolkienie, ale ogólnie fantastyce zagranicznej jak i polskiej. Oprócz książek będą takie działy jak planszówki, gry, filmy i wiele więcej.

Więc jeśli jest ktoś chętny (a mam nadzieję, że się znajdzie) proszę o kontakt:
kawkahubert@gmail.com

Piotr, dnia 10.07.2019 o godzinie 22:42

Czy istnieje polski przekład wiersza o moście w Tavrobel?

Zostaw komentarz