Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Wte i wewte czyli angielska wyprawa śladami Tolkiena cz.1

Poniżej prezentujemy pierwszą część relacji z naszej kwietniowej wyprawy do Anglii śladami J.R.R. Tolkiena. Autorka opublikowała ją pierwotnie na łamach portalu Wszystko Co Najważniejsze.

I warn you, if you bore me, I will have my revenge.

J.R.R. Tolkien

Kiedy to się właściwie zaczęło?

Pewnie wraz z pierwszą lekturą Władcy Pierścieni. Czyli dla każdego z nas w innym czasie. Dla mnie, 5 lat temu. Aż na pierwsze hasło o kolejnej literackiej wyprawie do Anglii śladami Tolkiena (oraz śladami poprzedniej takiej podróży z 2008 roku) te rozwijające się dotąd osobno wątki połączyły się w jeden.

Oto samo sedno i cel tej wyprawy: poznanie innych miłośników literatury Tolkiena z całej Polski. Jak się okazało, większość z nas zdecydowała się na wyjazd natychmiast po otrzymaniu pierwszej wiadomości od Toma Goolda i Galadhorna i potem już zdania nie zmieniła. Wśród 27 uczestników był jeden bardzo młody, sporo młodych i całkiem sporo wiecznie młodych (nie wiem doprawdy, do czego potrzebne były zatem słynne balsamy od Waitrose?a?).

Moja wyprawa zaczęła się 16 kwietnia we czwartek o godzinie 15.50, w 71 roku Czwartej Ery Śródziemia, a w 15 roku trzeciego tysiąclecia Naszej Ery. Przedsięwzięcie wymagało najpierw dotarcia do Katowic (mknąc, niczym pociąg pośpieszny?), które jako miejsce zbiórki i sformowania Drużyny mogłyby grać rolę Rivendell, gdyby nie to, że podróżowaliśmy z krainy położonej daleko na wschodzie – na zachód. A skoro na zachód, to do Szarych Przystani.

Przyjazna gospoda znalazła się bez trudu (dzięki nieocenionej pomocy Toma Goolda), jakieś trzy minuty od stacji kolejowej. Z okna na czwartym piętrze roztaczał się intrygujący widok na podwórko pewnej kamienicy, pokryte autentyczną mozaiką, na czyjeś okna, przez które widać było mieszkańców Bree spożywających wieczerzę, na sznury z praniem, doniczki z kwiatami i na dachy pokryte ciemną dachówką, na zieloną i oświetloną kopułę kościoła. Dziwne to Bree, bo tym razem nietonące w strugach deszczu? A może to były raczej siedziby krasnoludów w Górach Błękitnych??

Pobudka o 3.30 rano 17 kwietnia, w piątek, pokazała, że tutejsi mieszkańcy także zrywają się bardzo wcześnie. Moje zapasy na drogę zostały mi wręczone w małej paczuszce. Było w niej to, co hobbici kochają najbardziej, czyli chleb i ser (potem Elfowie w Streatley zaopatrywali nas w prawdziwe lembasy!).

Pojazd nasz nazwałam Gregorem, co może być dobrym imieniem dla rumaka z Rohanu, choć nie jest imieniem królewskim. Panowie prowadzący go bezpiecznie tyle mil, Rafał i Adam, autentyczni Magicy Kierownicy, niemal natychmiast otrzymali quenejskie imiona, a potem wyjawili, że w przerwach w pracy oglądają rozszerzone wersje Władcy Pierścieni (i że im się podoba!), za co otrzymali entuzjastyczne owacje, które byłyby na stojąco, gdyby nie to, że miały miejsce w autokarze. Owi magicy przemawiali zresztą tajemniczym narzeczem z okolic Katowic, co wzbudziło moje podejrzenie, że być może to są zaginieni Błękitni Czarodzieje we własnej osobie (choć pod koniec wyprawy sprawa się skomplikowała, bo dołączył do nas Ojciec jednego z Czarodziejów, a tego nawet Tolkien nie przewidział).

Przygoda spotkała naszego pilota Galadhorna, zanim jeszcze wyprawa się na dobre rozpoczęła. O mały włos spóźniłby się na ekspedycję, ale nie będziemy mu tego zbyt często wypominać. Istnieje bowiem prawdopodobieństwo, że śpieszył się tak, jak Bilbo w pierwszej części filmowego Hobbita.

Tom Goold obdzielił wszystkich niespodziewanymi darami w postaci zawieszonych na łańcuszkach tabliczek z wyrytymi imionami, oczywiście tymi od ojca i matki, dodatkowo ozdobionych misternie gwiazdą Fëanora i cieniem Drużyny – co przypominało nieco rozdanie elfich szarych płaszczy z zapinkami w kształcie zielonych liści z Lórien. Aż żal bierze, że nikt nie poprosił o pukiel włosów?

Dodaliśmy tam potem, na tych tabliczkach, nasze nowe quenejskie imiona odnalezione w słownikach i we własnej przepastnej pamięci przez Galadhorna (chrzest odbył się w Streatley). Dla mnie słowniki wskazały imię Mahtaliel (= daughter of Magdala). Całkiem ładne elfickie epessë (co znaczy: przydomek, imię publiczne obrane w dojrzałym życiu; Elfowie Wysokiego Rodu wśród imion essë wyróżniali essi ? patronimik oraz amilessë ? matronimik oraz właśnie przydomek).

Dzień pierwszy upłynął w podróży między innymi przez tereny Dolnej Saksonii. Sasi, Anglowie, Jutowie, Fryzowie, którzy stąd i z sąsiednich krain emigrowali przed wiekami do Anglii, wracali potem jako misjonarze do braci Sasów. Tak to ta historia się dziwnie plecie. Podobnie zresztą, jak historia Anglii. W tej podróży przez Germanię cały czas miałam w głowie Tolkienowe tłumaczenie prozą Beowulfa oraz komentarz do niego. Jeśli gdzieś są korzenie angielskiej mitologii, to właśnie tutaj, na północy Niemiec, w Jutlandii, na Zelandii w Danii.

W The Lost Road oraz zwłaszcza w The Notion Club Papers Tolkien wyrażał przekonanie, że możemy zajrzeć w przeszłość dzięki eksploracji pamięci (oraz dzięki snom ? ciekawe przy tym, że Platon w koncepcji anamnesis sformułował zbliżony pogląd, podobnie jak mistycy żydowscy, którzy twierdzili, że dusza rodzi się ?stara? i przypomina sobie całą wiedzę, a nie ją nabywa; inaczej mówiąc, wiedza jest ?uświadamianiem? sobie prawdy). Przeszłość tym samym nigdy nie ginie. A my byliśmy w drodze do przeszłości? Anglia sama jest ojczyzną ludzi w drodze, takich, którzy wędrują. Via est vita, jak mawiali Rzymianie.

W drodze przekroczyliśmy rzekę Łabę na terenie Łużyc. Gdyby Słowianie kiedykolwiek przejęli germańską ideę Elfów, to w swym języku nazwaliby ich właśnie: Łaba. Przeprawa przez rzekę Ren zbiegła się w czasie ze snutą przez autokarowy odtwarzacz DVD filmową opowieścią o przeklętym skarbie Nibelungów, o Zygfrydzie zabójcy smoka Fafnira i jego ukochanej Brunhildzie ( w tym filmie bohater, zręczny kowal, wykuwa niezwykły miecz z żelaza, które spadło z nieba w postaci rozżarzonej gwiazdy ? co przypomina powstanie Anglachela, miecza Belega, potem przejętego przez Túrina). Ktoś miał ze sobą Tolkienową Legendę o Sygurdzie i Gudrun, w sam raz na ten dzień do poczytania przed zaśnięciem.

Oglądaliśmy film o fanach filmów Pana PJ, czyli o Ringersach: siła oddziaływania kultury masowej nie może być jednak lekceważona, co jasno wynika z tego filmu. Rozczuliła mnie zupełnie jedna z bohaterek tego dokumentu, amerykańska fanka w wieku średnim, która, opowiadając z nadzwyczajną emfazą o swojej fascynacji filmowymi bohaterami i aktorami, w pewnym momencie, zmieszana i nieco zaczerwieniona, przerwała swą wypowiedź okrzykiem: Co ja za głupoty opowiadam?!, po czym wróciła natychmiast do rzeczy, jak gdyby nigdy nic. Doprawdy, nie ma to jak autorefleksja i pokora!

Galadhorn opowiadał z właściwą mu swadą o robiącym wielkie wrażenie musicalu The Lord of the Rings, który to musical Drużyna Elendilich oglądała poprzednim razem w Londynie i z którego nasz pilot zachował rozsypane po widowni szczątki Balroga strąconego z wielkim hukiem w przepaść przez Gandalfa w Morii. Być może ten spektakl zostanie reaktywowany i pojedziemy kiedyś go zobaczyć. W ogóle, Galadhorn okazał się gadułą, a rymował i śpiewał z zaskoczenia. Wypisz wymaluj, Sam Gamgee?

Piątek zakończył się w cesarsko-rzymskim mieście Kolonii CCAA. Słynną katedrę obejrzeliśmy już tylko z zewnątrz, podobnie jak pobliskie muzeum rzymskie, ale w zamian dzień zamknął się przyjemnym spacerem po zapadnięciu zmroku.

Koloński zajazd przydrożny okazał się porządny, jak przystało na Sasów, lecz skromny. Ale przecież hobbit ścierpi każdą tak zwaną niewygodę, jeśli tylko wyobrazi sobie domowe luksusy, puchowe kołdry i poduszki, balię z gorącą wodą i nadzwyczajnie obfitą kolację poprzedzoną wykonaniem kilku wesołych przyśpiewek. Poza tym, hotel niewątpliwie sprzyjał integracji? I nie było nikogo, kto chciałby wracać, bo zapomniał chusteczki do nosa. Z wyhaftowanymi inicjałami?

Sobotni poranek 18 kwietnia był bardzo zimny i bardzo słoneczny. Takie słońce miało z nami pozostać właściwie przez całą wyprawę, wpływając jednocześnie na oszałamiającą jakość fotografii oraz na nasz nastrój.

Tego oto poranka ujawnił swą obecność w autokarze Heru Alqua, czyli Pan Łabędź, czyli maskotka Elendilich, przystojny, wyjątkowo gibki i małomówny jegomość w niebieskiej kamizelce ozdobionej Gwiazdą Fëanora, który w jakiś czas potem okazał swe zamiłowanie do wysokich lotów oraz do niektórych trunków, czemu nie będzie mógł zaprzeczyć, bo zostało to uwiecznione na zdjęciach.

Ekran autokarowego telewizora wyświetlał Mikołajka na wakacjach, film BBC o naturalnej historii Europy i interakcjach ludzi z przyrodą oraz wpływie środowiska na dzieje kontynentu, a także pamiętny film o pasjonatach LARPów. Szczególnie inspirujący był moment, gdy młody bohater tego ostatniego dzieła interweniował w obronie damy sprzedającej frytki, wykrzykując w stronę napastnika: Ty kmiocie! Z tego chyba, potem, już w Anglii, narodził się szaleńczy projekt wymyślania na nowo nazw własnych i imion z Władcy Pierścieni i Hobbita w naszym pięknym języku słowiańskim. Tak powstał Norokmiot. Wte i nazad (albo Norokmieć. Wte i wewte), do tego dla przykładu: Bilbosław Woreczkowski i Półgłówek Wacikowski. Co do tego ostatniego, to moim zdaniem powinno być: Mędrek.

W drodze na wybrzeże minęliśmy belgijskie miasto Li?ge (mam tu daleką rodzinę, więc przypatrywałam się z ciekawością): na tutejszym uniwersytecie pracowała najpierw uczennica, potem współpracownica i dobra znajoma Tolkiena, filolog, znawca języka średnioangielskiego, profesor gramatyki porównawczej, Simonne d?Ardenne (zm. 1986). Pani d?Ardenne pod kierunkiem Tolkiena opracowała teksty żywotów św. Juliany i św. Katarzyny Aleksandryjskiej (ten ostatni niedokończony z powodu wybuchu II wojny). Żywoty owe to średniowieczne dzieła religijne napisane w dialekcie Ancrene Wisse, odkrycie i opracowanie którego uchodzi za największe naukowe osiągnięcie Tolkiena. Praca nad Życiem i pasją św. Juliany Simonne d?Ardenne była dla Profesora okazją do wyrażenia takiej ilości poglądów na język średnioangielski, jakiej nigdy nie opublikował pod własnym nazwiskiem. Tolkien był gościem uniwersytetu w Li?ge podczas kongresu filologicznego w 1951 roku, a w 1954 odebrał od niego doktorat honoris causa.

Wspomniane Szare Przystanie osiągnęliśmy w południe i, ku zaskoczeniu naszemu, oczekiwał już na nas statek (bez żagla, napędzany jakąś magią, wolałabym w to nie wnikać), który zabrał nas w stronę Białych Wybrzeży. Tylko – oficjalne papiery trzeba było pokazać, by udowodnić swą tożsamość. Reprezentujący Białą Królową Dżentelmen o wyglądzie Królika z Alicji w Krainie Czarów bez cylindra na głowie zapewniał mnie, że Oksford jest przepiękny o tej porze roku. Przeprawa trwała dwie godziny, ale zyskaliśmy jedną na różnicy czasu. Na Tol Eressëi, Samotnej Wyspie, panuje wciąż inna epoka?

Widok białych klifów Albionu, wiatr we włosach, morska sól w powietrzu, ostrzegawcze krzyki mew i niczym nieskrępowane okrzyki zachwytu oraz cichy szelest migawek profesjonalnych aparatów fotograficznych z lunetami ? nie do zapomnienia, ale też nie do odtworzenia w słowach (bo też nie ma (już) takich słów w języku hobbitów, elfów ani ludzi)!

Przypomniał mi się pewien fragment książki Johna Gartha Tolkien and the Great War: Tolkien spoglądał na te klify, płynąc do Francji na front nad Sommą. I napisał o nich wiersz. W tym momencie przyczyny, dla których ten wiersz powstał, przestały być tajemnicą? Tolkien patrzył wstecz. My ? w przyszłość.

THE LONELY ISLE

O glimmering island set sea-girdled and alone-

A gleam of white rock through a sunny haze;

O all ye hoary caverns ringing with the moan

Of long green waters in the southern bays;

Ye murmurous never-ceasing voices of the tide;

Ye plumed foams wherein the shoreland spirits ride;

Ye white birds flying from the whispering coast

And wailing conclaves of the silver shore,

Sea-voiced, sea-wing?d, lamentable host

Who cry about unharboured beaches evermore,

Who sadly whistling skim these waters grey

And wheel about my lonely outward way-

 

For me for ever thy forbidden marge appears

A gleam of white rock over sundering seas,

And thou art crowned in glory through a mist of tears,

Thy shores all full of music, and thy lands of ease-

Old haunts of many children robed in flowers,

Until the sun pace down his arch of hours,

When in the silence fairies with a wistful heart

Dance to soft airs their harps and viols weave.

Down the great wastes and in gloom apart

I long for thee and thy fair citadel,

Where echoing through the lighted elms at eve

In high inland tower there peals a bell:

O lonely, sparkling isle, farewell!

 

Pod potężnym normańskim Zamkiem Dover dołączyli ostatni uczestnicy wyprawy: Rodacy, którzy dotarli do nas z krainy Kalevali, nieszczęsnego Kullervo i innych nieodgadnionych mitów tak pasjonujących Tolkiena, czyli z Finlandii (Tolkienowa The Story of Kullervo ukazuje się w tym roku!).

Popołudnie upłynęło w Canterbury, w murach przepięknego gotyckiego opactwa, znanego nam choćby z tej mrożącej krew w żyłach opowieści o zamordowaniu biskupa Tomasza Becketta w 1170 roku. Miejsce jego męczeńskiej śmierci jest w katedrze oznaczone zakończonym ostro krzyżem i dwoma mieczami, a pod posadzką, w podziemnej kaplicy, zawieszoną w powietrzu ażurową rzeźbą z brązu.

Tomasz Beckett jest jak krakowski biskup Stanisław ze Szczepanowa. Czytali Państwo Elżbiety Cherezińskiej Koronę śniegu i krwi? Bohater tej powieści, biskup gnieźnieński Jakub Świnka podejrzewał, że Stanisław był rzeczywiście zdrajcą, lecz miał silniejszych i, jak się okazało, bardziej wpływowych stronników, co skończyło się dla króla Bolesława Szczodrego wygnaniem (zmarł w Osjaku w Karyntii w 1081 roku), a dla biskupa świętością i czcią po wsze czasy. Historia jest tym, co zapisano, niekoniecznie tym, co było naprawdę (albo tym, co miało być..). O losie św. Stanisława zdał relację tylko Gall Anonim, a on należał do stronników Władysława Hermana, brata króla i członka antykrólewskiej opozycji. Ujął zatem sprawę zręcznie w taki sposób, że obaj, to znaczy i biskup i król, przestali mieć wyłączną rację.

Biskup jest dziś jednym z głównych świętych patronów Polski oraz symbolem pewnej godnej pochwały i naśladowania postawy (dobro Korony ponad dobrem osobistym władcy), ale kto w owym tragicznym sporze z królem stał po właściwej stronie, tego chyba nie sposób dzisiaj dociec. Według przekazów tradycji, król sam wymierzył biskupowi krakowskiemu okrutną karę w kościele na Skałce, w roku 1079, bo nikt z jego otoczenia nie chciał się tego podjąć. Król angielski po prostu wykrzyknął razu pewnego: Czy ktoś mnie uwolni od tego przeklętego klechy? No i stało się? Jak to trzeba uważać na swoje życzenia!

Grobowiec Becketta znajdował się w katedrze w Canterbury do 1538 roku ? usunięto go z rozkazu Henryka VIII, tego, który w 1539 rozwiązał i zlikwidował wielkie i potężne swą legendą opactwo Glastonbury. Czasem mity próbuje się zniszczyć, gdy stają się niebezpieczne. W miejscu grobowca stoi teraz zapalona świeca? W Glastonbury – majestatyczne ruiny. Co przywodzi na myśl Morię, ale o tym jeszcze będzie mowa.

Odźwierny przy Christchurch Gate, poinformowany, że wpuszcza do opactwa polskich tolkienistów, i to znacznie więcej, niż czterech (trzeba mu się było opowiedzieć?), zapytał, jaki jest związek Canterbury z Tolkienem. Usłyszał od Galadhorna, że tu powstały Opowieści kanterberyjskie Chaucera, przekładane na język polski przez profesora Przemysława Mroczkowskiego, polskiego Inklinga, który znał osobiście Tolkiena. Wszędzie i zawsze jakiś łącznik z Tolkienem się znajdzie, choćby przez Polskę.

Katedra reprezentuje styl gotyku perpendykularnego (bardzo eleganckie słowo). Architektura ta, lekka, wytworna, strzelista, smukła, podkreślająca linie pionowe i poziome, kieruje wzrok ku górze, do światła. I ten motyw będzie nam towarzyszył we wszystkich świątyniach angielskich, do których trafimy śladem Tolkiena. Znaczenie światła, słońca, cienia, ciemności, gwiazd, nieba w pismach Profesora zyskało tym samym nowy wymiar i bardzo konkretne źródło. Zresztą, gotyk w Anglii nigdy się nie skończył.

Byłam w Anglii już dawno temu (to aż 17 lat! – akurat tyle, ile oddzielało 111 urodziny Bilba od wyprawy Froda! ? czas był najwyższy, by wrócić), więc teraz z przyjemnością odkryłam, że niemal w każdym muzeum, kościele, katedrze, zabytku, można dostać ulotki i przewodniki po polsku. Czy my czasem nie tworzymy nowej historii Wyspy? Może o nas też kiedyś będą śpiewać pieśni (Samwise Mężny, sami rozumiecie?)?

Po zwiedzeniu katedry nastał czas wolny, z którym każdy mógł zrobić, co chciał. Można było pójść oglądać kwitnące ogrody albo wstąpić do pubu na obiadek. Instytucja pubu, tak wielbiona przez C.S. Lewisa i Tolkiena, nabiera znaczenia, gdy jesteś głodny i zmęczony długim chodzeniem. Wtedy nic tak nie stawia na nogi, jak Towarzystwo (dziękuję Uli i Weronice!). Na talerzu znalazł się piękny łosoś oraz spory pieczony ziemniaczek i gotowane warzywa. Smakowało hobbicko i domowo. Zapomniałam nazwę tego pubu?

Ciąg dalszy wkrótce…

Autor: Magdalena Słaba

Poniższa relacja została po raz pierwszy opublikowana na stronie portalu Wszystko Co Najważniejsze:

https://wszystkoconajwazniejsze.pl/magdalena-slaba-wte-i-wewte-czyli-angielska-wyprawa-sladami-tolkiena/

Kategorie wpisu: Biografia Tolkiena, Fandom tolkienowski, Tolkienowski internet, Wydarzenia

1 komentarz do wpisu "Wte i wewte czyli angielska wyprawa śladami Tolkiena cz.1"

Kinga, dnia 07.04.2017 o godzinie 15:48

Super opowieść jestem gotowa posunąć się do złupienia czyjegoś sejfu, żeby zdobyć kasę na następny wyjazd, jak tylko taki będzie w planach.

Zostaw komentarz