Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Dzieła Tolkiena w końcu jako e-booki

okładki dzieł Tolkiena wydanych w postaci elektornicznejWydawnictwo HarperCollins zabezpieczyło prawa do wydania najpopularniejszych dzieł Tolkiena w postaci książek elektronicznych (e-booków).

Wszystkie obecnie dostępne książki są sprzedawane przez wyspecjalizowany sklep zajmujący się właśnie sprzedażą e-booków – Fictionwise. Całość oczywiście po angielsku, w różnych formatach i – niestety – z zabezpieczeniami w postaci DRM, co ogranicza otwieranie zakupionych plików tylko do aplikacji i urządzeń obsługujących zabezpieczenia (co więcej, wprowadza ograniczenia np. ilości stron, które można wydrukować). Ograniczenia nieprzyjemne, jednak w końcu zaczyna się coś dziać w elektronicznej dystrybucji.

Kategorie wpisu: Nowości wydawnicze, Tolkienowski internet

20 Komentarzy do wpisu "Dzieła Tolkiena w końcu jako e-booki"

~czytelnik, dnia 21.04.2009 o godzinie 17:20

„Dzieła Tolkiena w końcu jako e-booki”

Raczej: kolejny sposób zbicia zielonych na prawach do dzieł Tolkiena. Obecność DRM tylko to potwierdza.

zx, dnia 21.04.2009 o godzinie 23:00

Ale to już jakiś krok w odpowiednim kierunku. Muzyka też najpierw była z DRM, a dopiero po jakimś czasie zaczęto z tego rezygnować.

Ivellios, dnia 22.04.2009 o godzinie 9:39

@zx,
Tylko w takim razie, czemu nie widzą, że mp3 z DRM był błędem i od razu nie uwzględnili tego faktu, a jedynie powtarzają błędy innych? W życiu nie zakupiłbym takiej książki. Już wolę sobie kupić normalną książkę i ją pokserować do własnego użytku, jak mi się podoba, a nie liczyć na ich łaskawe zezwolenia.

zx, dnia 22.04.2009 o godzinie 9:52

Zwolennikiem DRM nie jestem w żadnym razie. Ale podoba mi się, że cokolwiek dzieje się w kierunku archiwizacji elektronicznej dzieł Tolkiena. Lepsze to, niż nic.

Nero, dnia 22.04.2009 o godzinie 10:49

„Dzieła Tolkiena w końcu jako e-booki”
Tytuł nieco mylący, bo jeżeli ktoś się interesuje tematem, to wie, że w „drugim obiegu” funkcjonuje masa e-booków z dziełami Tolkiena. Bardzo łatwo znaleźć HoME czy inne teksty w necie.

zx, dnia 22.04.2009 o godzinie 10:50

Nero, ale nielegalnie, prawda?

Halcatra, dnia 22.04.2009 o godzinie 17:30

Tytuł wg mnie dobry. Nie do końca powinno się tak luźno nazywać e-bookiem ogólnie dostępnym czegoś, co jest pirackie. Jesteśmy na poważnym serwisie i raczej nikt tutaj nie będzie reklamował pirackich e-booków, które jak ktoś będzie chciał, to sobie sam znajdzie. Więc nie rozumiem, Nero, w czym Ty masz problem…

Tornene, dnia 22.04.2009 o godzinie 20:01

A ja nie rozumiem dlaczego niwelujesz rzekomy problem Nero.
Zx słusznie zauważył, że te e-booki są nielegalne w przeciwieństwie do oferowanych przez wyznawców DRM. Co jest książką w wersji elektronicznej jest e-bookiem. Chyba że o czymś nie wiem… No i w przeciwieństwie do audiobooków „scena” przedstawia się w odwrotnych proporcjach u e-booków. Napotkałem tylko kilka amatorskich/pirackich/nielegalnych audiobooków w swojej historii serfowania po sieci i były to książki Prattchetta przeczytane po fanowsku. e-booki są za to wszędzie, co Nero słusznie zauważa = jeśli ktoś będzie chciał e-booka to chyba wybierze zeskanowanego niż pełnego ograniczeń „oryginała”. Wojna z piratami internetowymi dotyka najczęściej uczciwych konsumentów, bo mogą zainstalować grę tylko 3 razy albo muszą łączyć się z siecią przez wymyślne programy dla rejestracji i odczekać swoje w przeładowanych kolejkach. Rynek wciąż częściej bierze wzorce z Mikromiękkiego niż, powiedzmy, z Radiohead. W skrócie:

1) Oficjalne e-booki tolkienowskie = super pomysł. Oby z dodatkami i ciekawie wydane. Tolkienista to rozpieszczona bestyja. 😀
2) Zabezpieczenia na zasadzie cierni w rectum = sami zakładają sobie stryczek na szyję.

Halcatra, dnia 22.04.2009 o godzinie 20:42

Nie twierdzę, że korzystanie z e-booków jest złe 😉 Ale chyba logiczne, że wielki bum można robić tylko wokół legalnych e-booków z prawdziwego zdarzenia 😉

Galhen, dnia 23.04.2009 o godzinie 8:23

Ten problem jest chyba od początku istnienia w sieci. W internecie jest prawie wszystko i prawie wszystko jest dostępne w darmowym (pirackim) obiegu. Czy jest więc sens dawać cokolwiek płatnego do sieci? Chyba tak. Nie zapominajmy, że poza kasą liczy się też (coraz mniej niestety) nasz honor, kultura osobista. To trochę poniżające mieć tylko piraty, kiedy stać kogoś, aby od czasu do czasu zafundować sobie coś legalnego, szczególnie jeżeli tak umiłował np. Tolkiena.
P.S. A ja i tak nie sięgnę po e-booki, bo nie ma to jak normalna książka :)

Halcatra, dnia 23.04.2009 o godzinie 8:58

Cóż – to że najwięcej przekrętów w sieci robią osoby, które stać na coś nie-pirackiego, to osobna sprawa…

Nero, dnia 23.04.2009 o godzinie 10:02

zx – no jasne, że nielegalne.
Halcatra – znowu próbujesz mi wmówić, że robię problem z byle czego. Ja tylko stwierdzam fakt i tyle…
Tornene – jeśli chodzi o oficjalne e-booki, to czekam tylko na jakąś edycję HoME. Z kilku źródeł wiem, że te w necie to kit i humbuk…

Halcatra, dnia 23.04.2009 o godzinie 17:32

To nie był fakt, a raczej subiektywna opinia okrojona ze słów „wg mnie”, „uważam że”, „szkoda tylko, że”. Tak dla ścisłości.
HoME w sieci jest, jakie jest. Ale jakie może być, jak to książka niepopularna, poszukiwana przez kilku zapaleńców i nie bardzo dochodowa…

Conducator, dnia 28.04.2009 o godzinie 23:33

Moim zdaniem, każdy opublikowany tekst literacki powinien lądować w tzw. „public domain” natychmiast po śmierci autora. Koncepcja praw autorskich w dzisiejszym kształcie uprzywilejowuje rodziny autorów, które odcinają kupony od sławy swoich przodków, kosztem praw zbiorowości wszystkich czytelników tego świata. Oczywistych praw do uczestnictwa w wspólnocie kulturowej, niezależnie od ilości zer na koncie, miejsca zamieszkania, wyznania i poglądów.
Autor ma prawo korzystać z owoców swojej pracy i należy go chronić przed piratami i plagiatorami. Ale dlaczego z bliżej niesprecyzowanych względów tantiemy mają zgarniać jego potomkowie? Może i to nie jest contra legem, ale na pewno godzi w przyrodzone nam poczucie sprawiedliwości.

Sąd powyższy ma charakter ogólny – przykład Christophera Tolkiena jest na pewno inny niż np. Brian Herbert. Ale warto coś z tym zrobić, poza zamykaniem piratów do więzień.

Tornene, dnia 29.04.2009 o godzinie 14:28

Nie widzę sensu wydawania Hobbita czy innych „bajek i bajkopodobnych” jako e-booków.
WP, S, pierwsze tomy HoME, NO, Listy = jak najbardziej, bo z nich czerpie się ważne cytaty i poszukuje konkretnych nazw/imion itp.

A prawa przepisywane na rodzinę mają swe uzasadnienie – jeśli przykładowy Janek Gałązka całe życie przymierał z rodziną głodem lecz w końcu zdobył Nobla za tomiki wierszy to czemu nie może zabezpieczyć rodzinki przed biedą i zapewnić im warunki jakich nie mieli za życia Jana? 😉 Wszystko ma dwie strony – choć zgadzam się, że często rodziny są pazerne lub kompletnie nie rozumieją idei danego twórcy.

Varne, dnia 30.04.2009 o godzinie 16:50

Ci, którzy wrzucają do sieci różne rzeczy są po prostu hojni i tyle 😀 Sami kupili, a innym dadzą za darmo. Bezinteresownie to robią, albo z głupoty, bo chyba nie zauważają, że tracą na tym. Dziwni ci Polacy, prawie jak nie oni(my). Ja nic nie wrzucam, bo wiem, że idzie to na moją niekorzyść – kupiłam, a inny będzie miał za darmo. xP

T., dnia 01.05.2009 o godzinie 20:00

Bezinteresownie to robią, albo z głupoty, bo chyba nie zauważają, że tracą na tym.

Nie tracą. Straciliby, gdyby po takim „wrzuceniu do sieci” nie mieli już swojego oryginalnego egzemplarza.

kupiłam, a inny będzie miał za darmo.

A filmy już ściągasz, prawda? :>

Varne, dnia 04.05.2009 o godzinie 16:43

Po co Tavaro się kryjesz pod pseudonimem T.? :)

tallis, dnia 05.05.2009 o godzinie 18:04

No właśnie Tornene – bo jeśli rodziny i inni wlasciciele praw autorskich chcą traktować utwór swego np. dziadka jako przedmiot handlu to powinni byc w tym konsekwentni i traktować go w całości jako przedmiot handlu – tak samo, jak masło, silniki, czy żarówki. Bo inaczej coś tu się mi fundamentalnie nie zgadza. Nie można traktować czegoś, gdy jest to nam na rękę, jak dzieła sztuki na przykład, a kiedy indziej, gdy na tym zyskujemy, jako towaru. Bo zatem, jeśli mój tato wytworzył zamówione dzieło – zaprojektował pewną instalację do fabryki – no, to ja też powinnam się domagać procentów z zysku tejże fabryki, tak, jak procentów od dochodów zgromadzonych poprzez obrót dziełem wymagają potomkowie autorów, co nie? Fabryka będzie pracować długie lata, i potomkowie jej twórców powinni mieć procent z zysków z jej działania, także przez lata – w końcu ich przodkowie ją zbudowali. A przecież tego mi nie wolno, bo autor, moj tato dostał zapłatę. Raz dostał. Dlaczego autor sztuki, filmu czy obrazu ma otrzymywać zapłatę setki razy za jeden towar? Czy większa jest trudność w napisaniu sztuki, od zbudowania fabryki? Czy ktoś to jest w stanie wycenić? Raczej nie. Więc czemu jest tak duża różnica w traktowaniu autora sztuki i autora mostu lub oczyszczalni ścieków? Mniej się nad nimi napracował? Jaka jest między nimi różnica – czy nie przypadkiem taka, że inżynier ma odpowiedzialność za zdrowie i życie wielu ludzi użytkowników mostu lub fabryki, a pisarz nie ma żadnej odpowiedzialności – nie można go wsadzić do wiezienia, przecież za to, że napisał np. kiepską sztukę – ale kase za nią weźmie i to nie raz, a projektant weźmie kase raz i zawsze można go pozwać, jeśli pomylił się w obliczeniach. Pisarz nie musi niczego ryzykować, siedzi sobie i pisze co chce ogranicza go tylko wypisany długopis, lub brak papieru, inżyniera ograniczają skomplikowane przepisy i wymogi pracodawcy. Dlaczego, jeśli na tym zarabiamy to uważamy to za przedmiot handlu, za towar a jesli możemy mieć z tego powodu dodatkowe przywileje (kasa dla dzieci, wnuków oraz kasa za każde użycie dzieła), to uważamy to za sztukę i dzieło? Powinni się zdecydować – albo jest to dzieło sztuki i wtedy zapłata jest, wielokrotna ale dzieła przechodzi do sfery publicznej szybko, albo jest to zwykły towar, jak masło i dżem i wtedy sprzedajesz to komu chcesz, jak chcesz i ile razy chcesz, ale nie masz przywilejów autora dzieła intelektualnego. Kasę dostajesz raz jak za towar a nie za dzieło. Nie powinno być takiego nadużycia, że jak wygodniej to dzieło – i przywileje twórców, a jak wygodniej – to towar i sposób robienia na tym kasy, jak w handlu.
poz :)
tal

ssssss, dnia 06.05.2009 o godzinie 10:09

1. Co czyni prawa do uczestnictwa w wspólnocie kulturowej ‚oczywistymi’ i kto te prawa nadaje?
2. Jeśli odmawiamy potomkom dziedziczenia praw autorskich, to może w ogóle znieśmy prawo dziedziczenia i rozparcelowujmy majątki obywateli po ich śmierci? Pewnie w ‚przyrodzone poczucie sprawiedliwości’ godzi także to, że z bliżej niesprecyzowanych względów potomkowie mogą korzystać z owoców ciężkiej pracy swoich rodziców… tak jak np. Paris Hilton 😉

Zostaw komentarz