Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Rozmyślania o Rivendell, filmie, teatrze i fandomie

Do Rivendell i bez powrotu jest produkcją fanowską. „Jak na to wpadłeś, Sherlocku?” – niejeden odpowie sarkastycznie, wychodząc z założenia, iż fandom tworzy rzeczy fanowskie – taka jest natura rzeczy, niebo jest niebieskie i już. A może problem jest bardziej złożony?

Swego czasu doszedłem do wniosku, że fandom jest instytucją. Wskakując do tego pociągu zwanego ruchem fanowskim wyobrażałem sobie, jak skończony gówniarz, że chodzi tu o dobrą zabawę, dawanie czegoś od siebie, komentowanie dokonań innych i oczekiwanie na konstruktywne uwagi „braci i sióstr tolkniętych w wierze”. Po kilku latach złudzeń, kilku miesiącach zniechęcenia, paru tygodniach nawrotu „choroby” jakoś wciąż odnoszę wrażenie, że wszystko ma być w fandomie profesjonalne. Zabawa ma być poważna, fanfik z ISBNem, płyta wytłoczona przez EMI Records a grafika podpisana zasłużonym dla fandomu pseudonimem. Oczywiście poruszam w tym miejscu kwestię niepokojącego (możliwe, że tylko mnie) wyraźnego trendu, nie całokształtu tolkienizmu w Polsce.
Ad meritum. Do Rivendell i bez powrotu jest produkcją fanowską. Chwała twórcom za to. Dziękuję za nieumyślne wtargnięcie mikrofonu do kadru, szalone odgłosy, napisy końcowe od serca, dyskretną ingerencję w teksty Lorda Ya itd. Pochwalić muszę fenomenalną kreację Karczmarza, przez którego całkowicie wyschły mi zęby, Glorfindela-Rubika, nazgulskie „przepraszaaamy” i Sama, który naprawdę był spoko kolesiem. Przyczepiłbym się do przeciętnej scenki przy kominku u Bilba, nawiązania do Włatcuf móh (może niezamierzone) i rozwiązania kwestii głosu Froda. To ostatnie irytowało mnie niezmiernie.

Tyle, jeśli chodzi o recenzję. Kiedy przed pojawieniem się filmu zaznaczyłem, że raczej nie odda nastroju teatralnego przedstawienia pod pieczą Lorda Ya zostałem delikatnie ukamienowany epitetami „ciemnowidz”, „maruda”, „czepiacz”, „geniusz”. Tak się akurat stało, że nie oddał.
Na premierze W kopalni i w puszczy byłem oczarowany, kiszki błagały o odrobinę spokoju od salw śmiechu, a poszczególne sceny na długo wywoływały uśmiech na twarzy. Film natomiast wytworzył inny klimat – bardziej „zobacz jak fani robią film adaptując fanart z fanowskim zacięciem, mówiąc o fanach”, kiedy sztuka teatralna przekazywała ideę: „zobacz jak fani robią sztukę na podstawie fanartu pro absurdo bono”.

Znak czasów… tak, to zapewne znak czasów, iż film Jarosława Florczaka rozprzestrzenia się w sieci i doskonale „kopie dupska”* śmiertelnie poważnym tolkienistom w Polsce i za granicą. Z teatrem było inaczej. Adaptacja Teatru Bez Próby wybuchła, zmiotła z powierzchni ziemi widzów i opuszczając sferę profanum znalazła azyl w sacrum pamięci świadków, nie dając uchwycić nawet promila swej unikalności na nośnikach danych. (Boże, co jest w tej herbacie?! Co się ze mną dzieje?!).
Cieszę się, że mogę porównywać próby „ożywiania” sztuk Adama, że mam w czym wybierać i każda na swój sposób mi się podoba. Cieszę się, że mogę narzekać i wymądrzać się jakbym to ja doradzał Tolkienowi jak pisać i czy drużyna powinna wyruszyć z Rivendell. Cieszę się, bo ogólnie taki już ze mnie dziwny fan.

Oficjalna strona S.T. Wieża

Link do pliku torrent z filmem

Dramaty Lorda Ya w Biblioteczce Elendilich


*)Przepraszam za brzydkie słowo. Niestety zwrot „kopie pupki” zostałby opacznie zrozumiany – stąd też moja decyzja o podjęciu ryzyka przeklinania w poważnym serwisie. Administrację i moderację pragnę w związku z tym przeprosić jeszcze raz, obiecując poprawę. Zapewniam, że sam nie czuję się z tym komfortowo, lecz stało się i niech tak pozostanie. Trudno, biorę na siebię odpowiedzialność.

Kategorie wpisu: Adaptacje tolkienowskie, Eseje tolkienowskie, Fandom tolkienowski, Recenzje, Twórczość fanów

8 Komentarzy do wpisu "Rozmyślania o Rivendell, filmie, teatrze i fandomie"

Lord Ya, dnia 01.03.2009 o godzinie 22:29

Mikrofon w kadrze? Tego nie zauważyłem. Widziałem tylko samochód w Bree i Efekty Specjalne za elfami :)
Co do porównywania nastroju teatru i filmu, dalej będę twierdzić, że nie można ich porównać w 100%, że żadne z nich w pełni nie odda drugiego, choć taki elementy jak ogólne rozbawienie po obejrzeniu akurat można.

Tornene, dnia 02.03.2009 o godzinie 17:15

Mikrofon ma swoje 5 sekund sławy podczas imprezy u Bilba. :)
Co do drugiej części wypowiedzi: zgoda w 100%.

Elek, dnia 03.03.2009 o godzinie 9:59

Ja odpowiem tak. Bardzo dziękuję za tak konstruktywny tekst. I muszę powiedzieć, że jest kilka aspektów odbioru. Pojedynczy i grupowy. Jeśłi taką sztukę oglądałbyś sam na widowni na pewno tez bys inaczej reagował. Podobnie jest z filmem. Nawet najlepsza komedia ogląda samemu nie wywołuje tylu salw śmiechu jak ta sama oglądana w kinie w dużej grupie. Ale prawdą jest, że różnica między żywym aktorem a kreacją ekranową to dwie różne sprawy. Realizując nasze pomysłu do sztuki Lorda Ya wiedzieliśmy, że narażamy się wielu fanom, ale tez zaufaliśmy ich poczuciu humoru. Nawiązanie do „Włatców móch” było celowe, ale jak można zauważyć, jednorazowe, tak jak w przypadku „….Frodo jestem, Twoją matką..”. W filmie znalazł się samochód i nie było możliwości zlikwidowania go ( nie mamy takiego sprzętu niestety ) więc to on jest limuzyną Bilba, która przyjechał. Mikrofon miał wiele swoich 5 minut, ale udało nam się go zakryć:) Tak to jest przy amatorskich produkcjach, szczególnie debiutanckich:):) Ale przyznać muszę, że wiele się nauczyliśmy i mamy tez wiele pomysłów na kolejne produkcje:)

Tornene, dnia 03.03.2009 o godzinie 14:48

Dziękuję Elku za komentarz. Cieszę się, że zostałem dobrze zrozumiany. :)
Masz rację co do oglądania samemu i w grupie – to z pewnością wpłynęło na moją percepcję. Dla mnie najważniejsze jest to, że mogę porównywać adaptacje dramatów Lorda Ya i że każda z grup poszła swoją drogą, skupiając się na czymś innym.

Poza tym to nie jest tak, że u Was były błędy a u TBP ich nie było, były a jakże – nie idealizuję tych drugich. Właśnie błędy są fajne i świadczą o pasji, która z amatorów robi fanów. 😀
Brawa za doprowadzenie realizacji do końca i powodzenia w kolejnych projektach. Możecie liczyć na moje narzekania 😛

Lord Ya, dnia 06.03.2009 o godzinie 23:08

Co do samochodu, to tego podczas imprezy nie traktowałem jako błąd, ani nawet drobne przeoczenie. Miałem na myśli ten samochód widoczny za strażnikiem, gdy hobbici przybywają do Bree i przechodzą przez bramę. Wydaje mi się, że nie został tam postawiony z powodu tej sceny :) Chociaż z drugiej strony, skoro Bilbo mógł przyjechać limuzyną i samochody zostały wplecione w tę wizję Śródziemia, to czemu jakiś nie mógłby stać w Bree. Zresztą, przecież sam wpisałem Merry’emu i Pippinowi PKS, pociągi i samoloty w dialog (choć to dopiero w „W kopalni i w puszczy”). Jakby nie było, to w żadnym wypadku nie było krytykowanie filmu, wytykanie rzeczy, które można by zrobić lepiej czy coś w tym stylu. Raczej taki żarcik. W końcu i w pełni profesjonalna kinematografia polska ma w tle zegarki, ciężarówki i inne linie wysokiego napięcia :). Zresztą, nie tylko polska.
A błędy w naszym teatrze (tudzież teatrach)? Były, były. Sam mam na sumieniu jedną lampę, którą rozwaliłem podczas premiery „Do Rivendell…” oraz inne drobniejsze winy.

Ech, chyba jestem ślepy (opcja bardzo prawdopodobna), bo coś tego mikrofonu nie umiem znaleźć 😛

Elek, dnia 07.03.2009 o godzinie 15:18

:):) Żadnych wypowiedzi nie traktuję jako krytykę, a nawet jeśli to jako knstruktywną, aby mieć z czego wyciągnąć wnioski na przyszłość:)

Melinir, dnia 03.04.2009 o godzinie 21:31

Nie do końca z tym niedobrym znaczeniem słowa „profesjonalizm” bo rozumiem, że pojmujesz to jako coś „nadętego”, „śmiertelnie poważnego”, etc. Tak przynajmniej odczytuję Twoje uwagi. Tymczasem profesjonalizm to po prostu wyższy stopień, na który składa się praktyka, wiedza, etc. Po co w ogóle tworzyć takie rozróżnienia? Mam wrażenie, że jest różnica między płytką wydaną w takiej formie jak np. ta zespołu DTH, a tą samą treścią opakowaną w papierową kopertę, nagraną na zwykłym CD, z nabazgranym markerem tytułem. Ta pierwsza ładniej wygląda i przyjemniej ją mieć. A ma wytłoczony numer, bo ładną płytkę trzeba umieć zrobić i na ogół najlepiej zrobi to ktoś, kto się tym zajmuje zawodowo, jako że najwięcej tego robi. Czyli konkretna firma. Oczywiście, są osoby, którym to różnicy nie robi, ale są i takie, którym robi:)
Poza tym – jak mniemam, autorzy płytki mieli świetną zabawę przy nagrywaniu. Podobnie jak aktorzy „Do Rivendell…”, których od zawodowych różni tylko to, ze nie robią tego zawodowo. Gdyby poważnie traktować takie rozgraniczenia (cały czas idę za przykładami jakie podajesz jako niepokojącą „profesjonalizację”), to film nie powinien był być nakręcony profesjonalnym sprzętem, tylko komórką:D
A co do , hmmm, „kopania w siedzenia” śmiertelnie poważnych tolkienistów, to i baaardzo poważne osoby z pewnością kwiczały radośnie, oglądając tę historię. Bo powaga z humorem często idą w parze, jak we „Władcy Pierścieni” i wcale nie muszą być sobie obce.
Błędy robią nie tylko amatorzy. I zależy jakie to są błędy. Jeśli przyczyniają się do ogólnego wdzięku dzieła (jak tu:), trudno to zresztą nazwać błędami), to ok., jeśli natomiast psują je, to już jest gorzej…I nie jest to kwestia amatorstwa czy profesjonalizacji, ale błędów w sztuce, które sprawiają, że danego dzieła nie daje się oglądać. A taki błąd i zawodowiec potrafi czasem zrobić.

Tornene, dnia 04.04.2009 o godzinie 23:44

Dziękuję, Melinir.
Zostałem źle zrozumiany i automatycznie przypisano mi wiele cech, o których nie pisałem. Spróbuję wyjaśnić tu kilka kwestii, mimo, że najprawdopodobniej nikogo to nie przekona. Proszę jedynie o obiektywne spojrzenie na ten problem.

1) Zaznaczasz, że Mumakil odnosił się do Konwentu w Bydgoszczy. Ja proszę, byś spojrzała jeszcze raz na ten pierwszy wpis, który wywołał moją reakcję. Cytuję fragment: Niestety mnie wiem o czym rozmawiano, wiec nie będe się odniosił do tej rozmowy, a chciałem w niej wziąć udział, ze względu na pewną, moim zdaniem niezbyt mądrą tendencję, która od jakiegoś czasu pojawia się w dyskusjach nad fandomem tolkienowskim, chodzi mi o krytyke profesjonalizacji i przeciwstawianie jej amatorstwa czy wręcz amatroszczyzny. co w połączeniu z późniejszym odwołaniem do pociągu „wywołało mnie do tablicy”. Zwłaszcza, że ta uszczypliwość jest mi nie na rękę.

2) Wywołany do tablicy powiedziałem jasno, że preferuję dyskusję u źródła, a nie na forum, na które zaglądam bardzo rzadko i się nie udzielam właściwie wcale – gdzie M.L. jest celebrytą (zamierzony sarkazm) a ja zwyczajnie nie czuję się swobodnie. Dla mnie to nie jest dyskusja – nawiązywać do czyichś słów w ustronnym miejscu i „z pozycji mentora ganić głupców”. Mój wpis to felieton, forma zapraszająca do dyskusji, zarys, szkic i wywiad – a że nikt nie chciał o tym dyskutować to nie mój problem. Jedynie poruszanie kwestii moich rozmyślań za plecami jest moim problemem. Taki już ze mnie dziwny człek.

3) Napisałem otwarcie na Waszym forum o swoim rozczarowaniu wiedząc, że rzucam się z bagnetem na betonowy mur. Tego chciałem i uważam, że postąpiłem słusznie. Oskarża się mnie o wiele negatywnych cech, które są mi obce. Pozwolę sobie ich nie wymieniać, bo szkoda bajtów i nie zwykłem zapewniać, że rzygam na zawiść i małostkowość… Sugeruje mi się wrogość do Mumakila, sugeruje mi się ataki ad personam. Pytam więc zniesmaczony: Gdzie dowód, że nie lubię M.L-a? Gdzie te argumenty – bo chyba zaproszenie do dyskusji nie jest klasycznym, schopenhauerowskim osobistym prztyczkiem z samouczka erystyki? Zawsze ceniłem uwagi i spostrzeżenia Michała L. i darzyłem go szacunkiem jako wartościowego dyskutanta – proszę o zaprzeczenie tych, co forsują moją rzekomą niechęć do Ciebie, Mumakilu, jeśli taki dowód istnieje. To jest jakaś chora sytuacja i paranoja. Więc nie bawmy się w „zły i sfrustrowany Tornene” kontra „niewinnie dyskutujący M.L”, bo mija się to z przyzwoitością. :-/

4) Rzuciłem temat: Fandom to instytucja. Jedni tworzą, drudzy oceniają. Z wielu wypowiedzi na F1 wnioskuję, że nie uwzględniacie odbiorców jako czynnika tworzącego fandom. Paradoks? Niekoniecznie! Bo obserwuję pęd ku profesjonalizacji tamujący przecieki całkowicie amatorskich zapędów. O tym właśnie chciałem podyskutować. Mam oryginalną płytę DTH, mam film DRiBP i czekam na BoH i HfG – te skróty wszystkim nam coś mówią i czuję się fanem jak każdy z Was. Mimo wszystko zauważam odgórną presję, która mówi, że poprzeczka się podniosła. Amator powie sobie: „Więc jednak trzeba zaszaleć…”, a nie o to w fandomie chodzi przecież, nie? Fandom podobał mi się jako wspólnota wymiany idei tolkienowskiej – wzajemna twórczość i ocena dorobku, nie jako ustawiczne patrzenie naprzód i naprzód, byle lepiej i profesjonalniej, by policzkować Christophera ekskluzywnie wydaną książką. 😉 Boli mnie to, że dosłownie wzięto moje słowa „profesjonalizm” i „amatorstwo” za coś negatywnego – nie o to chodzi jak widać i opacznie to zrozumiałeś, Mumakilu. Dodam, że niektóre kwiaty potrzebują więcej czasu (zwłaszcza jeśli kwitną późniejszą porą) niż solidne drzewa, by wydać piękny owoc. Oskarżasz mnie, niemy dyskutancie, o tworzenie dychotomii między profesjonalizmem i amatorstwem (amatorszczyzna to Twoje sformułowanie, specjalnie nadające pejoratywny odcień wypowiedzi) a sam taki rozłam tworzysz. Dla mnie jest to nie do przyjęcia, zwłaszcza, że zgrabnie mieszasz mnie do „tych złych” i tworzysz konflikt, którego przecież nie ma. Powtórzę niestety raz jeszcze: teza nie jest argumentem ad personam.

Proszę o przeczytanie tego felietonu, sprawdzenie dat, przeczytanie odezwu M.L.a na forum Hobbitonu i moich obiekcji. Wnioski niech każdy wyciągnie sam, bo mnie to najzwyczajniej w świecie męczy. Zamiast „szybkiej piłki” z zainteresowanym mam do czynienia z nagonką na moją osobę. Rozumiem, że jest to fajna zabawa, ale przedstawiam Wam skromną alternatywę.

P.S. Melinir, to nie są słowa skierowane bezpośrednio do Ciebie. Tak wyszło i przepraszam, bo nie powinnaś „obrywać rykoszetami”. 😉
P.S. 2. Dag (odnośnie F1), wiem czyje to słowa. Chodzi o to, że jak nazwie się żabę ropuchą, to często ktoś odpowie: „Bo ropuchy zazwyczaj…”.
P.S.3. Dzięki wszystkim za przeczytanie całości.

Tornene.

Zostaw komentarz