Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Hobbici wiążą koniec z końcem

wioska-hobbitow.jpgDzisiaj znalazłem ciekawy artykuł w Gazecie Wyborczej (Duży Format) zatytułowany – Hobbici wiążą koniec z końcem. Już sam początek reportażu, bezlitośnie zdradza wydźwięk całości artykułu:

Królowa elfów ościuje ryby i pakuje w blaszane pudełeczka. Golum handluje piwem. Tolkien? Nudzi ich jak cholera.

Zanim przeczytacie losy osób pracujących w wiosce Hobbickiej w Sierakowie, poniżej wklejam fragment powitania ze strony internetowej tej wioski tematycznej.

Specjalizacja wsi Sierakowo Sławieńskie będzie się opierać na zagadnieniach związanych z tematyką twórczości J.R.R. Tolkiena, a w szczególności z postaciami Hobbitów. W ramach tworzenia i rozwijania produktu wsi powstaną kolejne charakterystyczne budowle (np. domki Hobbitów), przestrzeń do prowadzenia gier RPG (pod dachem i w terenie), rozwinięty zostanie warsztat kowalski, powstaną gospodarstwa edukacyjne. Mieszkańcy przygotują hobbicką ofertę kulinarną, prowadzone będą gry terenowe.

Poniżej zamieszczam treść reportażu a mój ukochany pisarz – J.R.R Tolkien przewraca się w grobie….

Źródło: Gazeta Wyborcza (na stronie Gazety Wyborczej znajdziecie również więcej zdjęć)

Królowa elfów ościuje ryby i pakuje w blaszane pudełeczka. Golum handluje piwem. Tolkien? Nudzi ich jak cholera.

Kiedy zaczęły się hobbity, byłam bezrobotna. To bieda nas wyciągnęła z domów. Inaczej nikt by z siebie głupiego nie robił – mówi Gandalf. Spotkałem go osobiście w byłym pegeerze pod Koszalinem.

Razem z sołtysami z Lubelszczyzny zwiedzam wsie, które odnalazły swoje miejsce w XXI wieku. Byliśmy już w wioskach: Końca Świata, Labiryntów, Bajek i Rowerów i w Wiosce Zdrowego Życia. Sołtysi sprawdzają, czy podobne nie mogłyby powstać u nich.

Kolejny przystanek – Sierakowo Sławieńskie. Czyli Wioska Hobbitów. – Żeby mnie tylko żaden nie użarł – śmieje się jeden z sołtysów.

Parkujemy autobus przy drewnianych domkach postaci z Tolkiena. Główną atrakcją jest gra terenowa w lesie, gdzie można je spotkać osobiście. W samym tylko czerwcu w Hobbitowie zjawiły się 3 tysiące gości.
Kupujemy bilety po 15 złotych (w cenie zupa i kiełbaska). W mapę zaopatruje nas sam Gandalf. Ruszamy do lasu.

Gandalf nie ma czasu dla telewizji

– Osiem lat temu przyjechał Wacław Idziak, ten naukowiec z Koszalina. Mówi: widzę tu u was Wioskę Hobbitów. Panie, a co to są hobbity?

Początki były ciężkie. Stare babki pod sklepem mówiły: pomalują mordy i łażą po wsi. Wstyd. Ja na to: do pani raz w miesiącu listonosz puka: przyniosłem emeryturę. A do mnie tylko rachunki przynosi. Mam się wstydzić, że chcę dorobić?

Gandalf ma włosy blond i jest kilka lat przed czterdziestką. To ona rządzi na placu, gdy grupy dzieci pójdą do lasu.

– Dzieci czasem mówią, że Gandalf nie był kobietą. Odpowiadam krótko: skąd wiesz? Zaglądałeś mu? To wystarcza. Oczywiście tak mówię tylko do starszych. Młodszym się każę ciągnąć za brodę. Albo je straszę.

Czasem ciągną za brodę i pytają, czemu mam mopa na twarzy. Albo mówią: pani jest przebrana. Ja na to: a ty jesteś ubrany. Ja sobie w kaszę dmuchać nie dam. Za dużo w życiu przeszłam.

Teraz jest już lepiej. I praca wreszcie jest. Do piętnastej jestem Gandalfem. Potem się przebieram i jestem Małgorzata Łuczak. Szybko wsiadam w auto i z koleżankami jedziemy do pracy.

Sierakowo? Mąż dostał tu z nadleśnictwa skierowanie. Jak przyjechałam w lipcu, 20 lat temu, wszędzie kwitł żarnowiec. Było żółto, pięknie. Myślałam, że zamieszkamy w raju. Ale w listopadzie, jak się przeprowadzaliśmy, było szaro, zimno, ponuro. Po żarnowcach zostały tylko kikuty. Płakać się chciało.

Kilkanaście lat przesiedziałam w domu na czterech literach. Byłam taką Marysią: prać, sprzątać, gotować. I jeszcze zawieźć dziecko do szpitala. Córka miała problemy ze śledzioną i wątrobą. Trzy razy w tygodniu musiałam z nią jeździć pekaesem do Koszalina.

Dzięki hobbitom wioska się zmieniła. I ja się zmieniłam. Kiedyś cały wolny czas siedziałam przed telewizorem. Programy na pamięć znałam. Teraz już nie pamiętam, kiedy ostatni raz telewizję widziałam. Chyba w maju.

Kiedyś wszyscy pytali: gdzie jest Sierakowo? Odpowiadałam: gmina Sianów; tam, gdzie robią zapałki. Dziś powiem Sierakowo, a wszyscy: hobbici!

Po czterech latach sama poszłam pierwszy raz w trasę. Zobaczyłam trolli i zaczęłam uciekać. Dopiero jak już do asfaltu dobiegłam, mówię: głupia, co ty uciekasz! Przecież trolle to twoi koledzy!

Doktor Idziak z wysokiego stołka

Po kilkuset metrach asfaltem dochodzi się do końca wsi. Jest tu lekki pagórek. Jak na dłoni widać prawie całą wieś: kościółek, kilkadziesiąt poniemieckich domów, szkołę, która lada moment przestanie być szkołą.

Wacław Idziak, propagator wiosek tematycznych, trafił tu, pracując nad strategią gminy Sianów. – Robiliśmy z mieszkańcami mapy ich okolic. Szukaliśmy atrakcyjnych miejsc. Mapa Sierakowa była niesamowita: grobowce megalityczne w lesie; jakieś kręgi kamienne. Od razu przyszedł mi do głowy Tolkien.

Idziak po polonistyce w Poznaniu pracował w domu kultury, potem wykładał socjologię i filozofię. W 1989 roku chciał być jak najbliżej przemian – zrezygnował z uczelni i zaczął pracę w piekarni. – Tworzyłem nowe gatunki pieczywa. Potem prowadziłem hurtownię z żywnością ekologiczną. Aż zostałem dyrektorem Agencji Rozwoju Regionalnego w Koszalinie. Wtedy już próbowałem promować wioski tematyczne. Ale ludzie nie mieli głowy do takich rzeczy. A z wysokiego stołka trudno coś robić na dole. Zrezygnowałem z Agencji i poszliśmy z żoną w teren.

Pierwsze próby? Były w miejscowości Wierzbinek. Uczymy ludzi, jak szukać odwołań kulturowych. Wierzba? Diabły, Chopin. Goethe pisał o wierzbach.

Ludzie czasem myślą, że wyłącznie o pieniądze tu chodzi. Że sami chcemy na hobbitach zarabiać. Nieprawda. Pieniądze mamy z grantów unijnych. Korzystaliśmy z pomocy wielu fundacji. Ja byłem stypendystą Ashoki – organizacji, która wspomaga przedsiębiorców społecznych. Od hobbitów nie wziąłem ani grosza.

Początki? Byliśmy tu znani. W okolicznych wsiach organizowaliśmy festyny, spotkania żonglerów, warsztaty artystyczne. Ludzie z Sierakowa o tym wiedzieli. Ale jak pierwszy raz mówiłem im o hobbitach, to czekałem, aż któryś wstanie i się popuka po czole.

Czarownica z internetem

– Pukali się niektórzy. Ale jak tu się nie pukać. Ja na przykład daję dzieciom taki napój: garść pająków, garść komarów i woda z bagna – mówi Czarownica.

Na tablicy do jej królestwa napisano: „Remizo-świetlica w Sierakowie Sławieńskim wybudowana z funduszu prewencyjnego PZU przy udziale społeczeństwa”. Za drzwiami – mała biblioteka z internetem. Tu Czarownica zamienia się w Edytę Iwaniec – krótko obciętą blondynkę z przesympatycznym uśmiechem.

– Hobbity? Kiedyś kuzynka nie mogła iść na Czarownicę. Powiedziałam: pójdę za ciebie, tylko co ja mam mówić? I tak w worku, wymalowana na czarno, poszłam straszyć dzieci.

Ta kuzynka to Entianka. Siedzimy razem przy stole w świetlicy. – W projekcie jestem od samego początku. Bo to się wszystko organizowało wokół szkoły. A ja, jako Bogusława Bindas, pracuję w szkole. To znaczy pracowałam. Bo właśnie nam gmina szkołę zamknęła.

Od dawna było wiadomo, że zamkną. Ja już w 2004 miałam się dyplomować. Ale się wystraszyłam, że będę zbyt drogą nauczycielką i nikt mnie nie weźmie. Dyplomowany musi zarabiać więcej, tak jest w prawie. Więc wolałam zostać tańsza.

Dopiero w tym roku machnęłam ręką. Mam zrobione trzy studia podyplomowe. Jeżdżę na kursy. Co ma być, to będzie. I udało się. Idę na świetlicę do Sianowa.

Szkoły bardzo nam szkoda. Nasze dzieci w tym roku wygrały w gminie konkurs na jasełka. Salę komputerową mieliśmy z nowym sprzętem. Na urodziny Bilba robiliśmy teatrzyk kukiełkowy. W niejednym mieście się tyle nie dzieje, ile w naszej szkółce.

Ale było tylko dwanaścioro dzieci. Gmina policzyła, że 300 tysięcy rocznie szkoła kosztuje. Jednym głosem przepadło.

Pani sołtys łuska groch

Podobno pani sołtys jest z hobbitami na wojennej ścieżce. Dlaczego? Nie do końca wiadomo. Na początku się angażowała. Burmistrz kupił jej strusia. Miała pokazywać dzieciakom jako atrakcję.

Ale potem się jej odmieniło. Zaczęła zamykać furtkę, a strusia chować. Potem struś zdechł. O co poszło? Nie wiadomo. Idę zapytać.

Sołtys Mariola Pilwińska – kobieta konkretna, energiczna i rzeczowa – jest zapracowana. Właśnie zebrała z synami groch, trzeba łuskać. O hobbitach mówić nie chce. – Niech pan napisze, że jestem im życzliwa – mówi i chce się ze mną żegnać. Nie mogę na to pozwolić! Nikt nie wie o życiu wioski tyle co sołtys. Umawiamy się więc, że pomogę przy łuskaniu, a przy okazji pogadamy o wsi i jej problemach.

– Ale o hobbitach ani słowa! – zaznacza.

Siadamy. Posłusznie łuskam. – Ludzie tu głównie z akcji Wisła. Pracowici. Przesiadywania pod sklepem z winem tu raczej nie było.

Problemy? Najważniejszy to droga. Dziura na dziurze. Ostatnio był pożar w czworakach – strażacy mieli bardzo ciężki dojazd. O pogotowiu nawet nie wspominam. U nas w większości starsi ludzie. Boją się, że jak coś im się stanie, pogotowie nie zdąży.

Problem drugi: brak zasięgu. Prawie żadna komórka dobrze nie działa. W XXI wieku, tuż przy granicy z Niemcami. Nie do pomyślenia.

Trzeci: młodzieży coraz mniej. Na 200 mieszkańców 50 jest urodzonych przed albo w trakcie wojny. Młodzi uciekają, gdzie tylko mogą.

Golum pali marlboro

Golum, jako Zenon Pusz, prowadzi we wsi sklep. Siedzimy na ławeczce, popijamy tyskie, palimy marlboro. Wspominamy czasy, gdy na wsiach paliło się bez filtra i piło tanie wina zwane mózgo******. (cenzura Telperion)

 

To już historia. Tanich win u Goluma prawie nikt nie kupuje. Stali bywalcy sklepu przy stoliku obok raczą się piwem i rozmawiają, jak to się w Polsce niszczy demokrację.

– Żeby za jazdę rowerem prawo jazdy zabierać… Tak to nawet za Gomułki nie było…

– Bo żeś po pijaku, Jasiu, tym rowerem jechał – zauważa trzeźwiejszy.

– Wszystko jedno. Kiedyś nawet traktorem się jeździło po pijaku. Zawsze się szło dogadać. Państwo policyjne nam Ziobro zafundował.

Wracajmy do hobbitów. – Golum? Był kiedyś jednym z nich, ale zwariował. Przez pierścień. Dla pierścienia zabił brata – zaczyna Pusz, ale pojawiają się kolejni klienci. Trzeba iść za ladę.

– Była taka historia w wiosce obok – przypomina sobie miłośnik jazdy rowerem. – Tylko nie o pierścień się pokłócili, ale o dziewczynę.

– Nieee, to o ziemię poszło – przypomina sobie drugi. – Brat zabił brata. Święta prawda.

Pusz wraca do zapalonego papierosa i do przerwanej opowieści. – Jak przychodzi grupa, mówię: „Witam was, hobbici. Ja też jestem hobbitem”. Oni krzyczą: wcale nie jesteś! I zaczynają szukać pierścienia w sadzawce.

– Opowiedz, Zenek, jak sadzawkę zrobiłeś!

– Przez przypadek. Kilka lat temu zasadziłem ziemniaki. Strumyk wylał, ziemniaki zgniły. Ale przeciągnąłem kultywatorem i wykopałem mały dół. Tam pierścienia szukają. Głęboko jest do kolan, ale mówię, że trzy metry.

W zeszłym roku kobieta się rękami i nogami trzymała linki, choć pupcią już dotykała dna. Była przerażona.

– Zenuś, może mnie byś jaką robotę załatwił? – zaczyna miłośnik jazdy rowerem.

– Wolisz być trollem czy krasnoludem? – pyta ze śmiechem Golum. – Widzi pan, nasi rodzice żyli tylko z ziemi. A my już prawie nie sadzimy. Ja w zeszłym roku pięć hektarów zalesiłem. Unia daje pieniądze. Jak gmina pozwoli, zalesi się wszystko.

Królowa elfów lubi kino

– Coś się złego dzieje ze współczesnymi dziećmi – dzieli się refleksją królowa Galadriela. – Zamiast pomyśleć, żeby narwać kwiatków dla mnie, królowej elfów, szukają kija na trolle. Myśmy byli spokojniejsi.

Królowa – jako Małgorzata Wesołowska – odważyła się w tym roku podjąć pracę w firmie Espersen, przetwórstwo rybne.

– Czemu „odważyłam”? Bo jak ktoś długo nie pracuje, to trudno się przemóc ten pierwszy raz. A ja tak na poważnie pracuję po raz pierwszy.

Na stronie internetowej czytamy: „Misją międzynarodowej firmy Espersen jest dostarczenie na stoły Europejczyków rybnych zasobów Bałtyku. Sztandarowe produkty to mrożone bloki, polędwice, kawałki i filety rybne, a także bogactwo ryb panierowanych”.

Te sztandarowe produkty królowa ościuje, a potem pakuje. Teraz ma miesiąc urlopu. Co będzie potem – nie wiadomo.

– Może trzeba będzie zrezygnować z hobbitów. Szkoda by było. Ale hobbici nie płacą na emeryturę, a Espersen płaci.

Dzieciaki? Ja jestem dobrą postacią. Ode mnie dostają artefakt, który ma ich chronić.

– Co dostają?

– No, mówię przecież – artefakt. Ale jak grupa nie odpowie na pytanie – zostawiam zakładnika. O co pytam? Jakie są postacie w Tolkienie. Albo zadaję zagadki: spadają z drzewa żółte, czerwone, wiatr je niesie w tę i tamtą stronę. Co to takiego?

Zagadki biorę z internetu. Bez komputera to już trudno sobie życie na wsi wyobrazić.

W ubiegłym roku mieliśmy bardzo dużo turystów. Raczej wszyscy są zadowoleni. Wioska mała – a tyle autokarów.

Na mój widok czasem krzyczą: Czerwony Kapturek! Ja na to: przykro mi, kochani, ale to nie ta bajka.

Choć czasem się znajdzie dziecko, które przeczytało i mu się nie podoba. Że jest inaczej niż w książce. Ja książki nie czytałam, bo byliśmy w kinie. Czytać trzeba lubić. Ja nie lubię. Ale z kina byłam bardzo zadowolona.

Troll Pierwszy czeka na gminę

– Jak podniosę nadgarstek, nie mogę palcami ruszyć – Troll Pierwszy pokazuje rękę niemal całkiem zmasakrowaną w wypadku w pegeerze. – Rękę mi wciągnęło między dwa wałki metalowe. Lekarze tylko jedno ścięgno uratowali.

Ale ja mam takie podejście do życia: żyje się raz i nie ma sensu się zamartwiać. Jak dziś ci źle – może jutro będzie lepiej. Tak jak teraz. W kwietniu się moja chałupa spaliła. Mieszkaliśmy w starych czworakach. Gmina mówi, że do listopada odbudują, ale jeszcze nawet nie zaczęli. W szkole mieszkam z żoną i dzieciakami. I co, płakać mam?

Sierakowo? Znalazłem się tu przez państwową hodowlę zwierząt PGR Sowno. Ojciec miał wypadek i jako 14-latek sam musiałem gospodarstwo prowadzić. Ale żonę sobie wziąłem z PGR-u. Chciała wrócić, bo tam wszystko dają. Jak PGR upadł, poszliśmy na kuroniówki.

Hobbity? Najbardziej mi się podoba, że wszystkie pieniądze zostają na wsi. Jest festyn – nasze panie gotują, nasz pan sklepikarz sprzedaje piwo, nasz nauczyciel muzyki gra. Swoi zarabiają, a nie obcy.

Kontakt z dziećmi łapię bardzo szybko.

– Jak ma nie łapać, jak swoich narobił jedenaście – odzywa się zza gazety kowal Śródziemia Stefan Kłos.

– Mam tylko siódemkę – oburza się Troll Pierwszy. Kowal nie daje za wygraną. – Eee, co drugie rude na wycieczce to twoje.

Troll macha zrezygnowany ręką – tą zdrową.

– Mieliśmy też kursy pedagogiczne. Mówili nam, żeby do dziecka tak samo podchodzić jak ono do ciebie. On miły – też bądź miły. On krzyczy – krzycz.

Kursów to w ogóle skończyłem 30 albo i 40. W życiu się nie spodziewałem, że ja, po zawodówce, tyle się jeszcze będę w życiu uczył. I po świecie jeździmy! Byłem w Austrii, Czechach, Słowacji. I w Anglii.

Ale uczymy ich też o przyrodzie. Dzieci w mieście nie wiedzą, jak kaczka wygląda. A jak Czarownica im każe komarów nałapać – idą i szukają. Nie wiedzą, że komary w dzień nie latają.

Troll Drugi stawia na hobbitów

– Najgorsze, że nie wiadomo, na czym się stoi. Jeśli gmina da nam budynek po szkole, mamy bardzo szerokie plany rozwoju.

Troll Drugi – jako Józef Pusz – to kierownik Hobbitonu. – Dziś już koło 30 ludzi zarabia na hobbitach. Przyjmujemy kilka tysięcy ludzi. Jesteśmy profesjonalni. Zaczynają się też konkretne pieniądze. Jakie? Trudno policzyć. Ale w sezonie uzbiera się kilka tysięcy na osobę.

Ale jeśli nie dadzą nam szkoły – trudno powiedzieć, czy się utrzymamy. A szkoda, jakby to wszystko miało iść na marne. Ludzie się pozmieniali. Niektórzy się bali słowem do drugiego odezwać. Dziś – wygadani, odważni.

Kiedyś pracował w Zakładzie Urządzeń Okrętowych. Potem poszedł na swoje. – Na początku szło nieźle. Mieliśmy z bratem pięć sklepów w okolicznych wioskach. Wzięliśmy samochód w leasing. Ale społeczeństwo zaczęło ubożeć. A z kim się wychodzi najgorzej? Z kumplem! Kumplowi się na kredyt nie da? I tak na jednym tylko sklepie 7 tysięcy poszło z kredytem. Najodważniejsi byliśmy, a tacy w tamtych latach najbardziej oberwali. Teraz też jesteśmy najodważniejsi. Z całej Polski ludzie się przyjeżdżają do nas uczyć.

Widzisz pan tę szopę? Budowałem kilkanaście lat temu. Miałem z kolegami robić części do „malucha”. Nie wyszło. Teraz tu będzie karczma U Trolla. Założyliśmy właśnie firmę. Będziemy próbowali żyć tylko z hobbitów.

– I uda się?

– Uda się świetnie. A nie uda się – zrobimy coś innego.

Doktor Idziak żongluje piłeczkami

Koniec wycieczki. Wacław Idziak staje naprzeciw grupy sołtysów z Lubelszczyzny. W rękach trzyma cztery piłeczki. Prawą ręką podrzuca jedną z nich: jednostajnie, powoli. – Przez całe lata tak było na wsi. Wystarczało opanować jedną umiejętność: sianie, hodowlę, cokolwiek. Ale teraz czasy się zmieniły. – I Idziak zaczyna żonglować. – Teraz trzeba próbować tak – mówi i żongluje trzema piłeczkami naraz. Albo tak – i podrzuca na przemian dwie i jedną.

Sołtysi z Lubelszczyzny kręcą głowami. – U nas to się nie przyjmie.

– Tutaj ludzie też tak mówili – ripostuje Idziak.

Sołtysi kręcą głowami. – Tu jest bieda. U nas aż takiej nie ma, żeby hobbitów z siebie robić.

Źródło: Duży Format

Kategorie wpisu: Eseje tolkienowskie

3 Komentarzy do wpisu "Hobbici wiążą koniec z końcem"

Telperion, dnia 08.08.2008 o godzinie 11:53

Zawsze męczyła mnie bylejakość…. I zastanawiam sie czy fakt iż taka wioska staje na nogi dzięki przyjeżdżającym wycieczkom, zarabiając nawet kilka tysięcy miesięcznie jak deklaruje jeden z rozmówców Gazety, jest wystarczający by tak drastycznie zniekształcić to co jest na pewno dla każdego z nas w jakiś sposób ważne? Czy naprawdę jeśli pojawił się pomysł stworzenia takiej wioski – to ten reportaż ukazuje wszystko co udało sie osiągnąć, pozorny sukces…
A czy sie da zrobić coś z klasą?
Dla przykładu Wioska Wikingów na Wolinie:
http://www.wikingowie2008.bplaced.net/02/galeria02.htm
http://www.wikingowie2007.yoyo.pl/F1/Galeria.htm

Tornene, dnia 08.08.2008 o godzinie 12:41

Tak, ta bylejakość odpycha… Ale profesjonalnej wioski z zaangażowaniem na maksa też sobie nie wyobrażam. Ciężko wychodzi naszemu narodowi zabawa bez alkoholu i w coś nowego, świeżego – niestety. Wypycha się na takie wioski dzieciaki, które mają to w głębokim poważaniu, a dorośli w tym czasie zajadają się kiełbaską…
Wolin to już coś bliższego, już mniejszy wstyd przed kolegami, którzy będą się znęcać tekstami w stylu: „a po ch* ci było jakieś kurduple po lesie ganiać?”.
Dzięki za „przedruk” DF-u!

Elv Galen, dnia 08.08.2008 o godzinie 12:51

Mnie nie tyle zraziła zawartość artykułu, co to w jaki sposób został napisany. Mam wrażenie, że przyjechał pan dziennikarz z miasta i pisze o czymś, czego nie rozumie. I nie chodzi mi tu o Hobbity ;)…

Zostaw komentarz