Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Plenerowy koncert Drużyny Pierścienia – recenzja

lotr.jpgW sobotę, 31 maja 2008, jak wiadomo wszystkim stałym czytelnikom Elendilionu, na Błoniach krakowskich odbył się plenerowy koncert muzyki Howarda Shore’a do filmu Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia. Pokazy tego typu miały już miejsce na świecie i za każdym razem cieszyły się dużym powodzeniem. Trzeba przyznać, że tego typu atrakcja, wchodząca w skład Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie, musiała też siłą rzeczy się udać. Dzięki Elendilionowi, a także zsynchronizowanej pracy naszych wspaniałych Elendilich na forum, udało się zorganizować grupowe spotkanie na tym właśnie pokazie.

Recenzje zwykle zaczynać się winno od początku wydarzeń, ja jednak postanowiłem wspomnieć najpierw o końcu. Gdy wyszedłem z sektora, w którym oglądaliśmy pokaz, od razu zaświtała mi myśl: „Trzeba o tym napisać i powiedzieć innym jak było”. To też teraz czynię (a to pierwszy mój wpis na Elendilionie :) ).

Wróćmy jednak do początku. Do magicznej godziny 18, gdy Elendili dotarli (w kawałkach) na miejsce wydarzenia – pod sektor A1. Zebrała nas się tam ostatecznie siła 27 osób (a przynajmniej statystyki tak wspominają). Zwartą do granic możliwości grupą staraliśmy się trzymać miejsce przy jednym z dwóch wejść do sektora. Konkurencja z początku niezauważalna (ledwo parę osób), wraz ze zbliżaniem się godziny 20. stawała się co raz liczniejsza. Ostatecznie jednak udało nam się dostać na dobre miejsca i każdy mógł wygodnie oglądać film, a co najważniejsze słuchać muzyki. Warto tutaj zaznaczyć, iż bardziej był to koncert muzyki niż pokaz filmu. Rzeczywiście cały film był pokazany od początku do końca, jednak pośród dźwięków dominowała muzyka z filmu, co być może nie do końca było zamiarem organizatorów.

Kwadrans po 21 miejsca swoje zajęli wykonawcy. Zaczęło się! Nie ma sensu tutaj opisywać jak, co po kolei było, bo film przecież każdy zna. Chciałem w tym tekście poruszyć raczej kilka kwestii, które może nie uszły uwadze innym obecnym na koncercie.

Po pierwsze muzyka. Była zagrana wspaniale. Orkiestra przygotowała się solidnie do gry, wchodzili zawsze kiedy trzeba było (tutaj honory trzeba oddać dyrygentowi – Ludwigowi Wickiemu), grali spójnie i głośno, jak na koncert przystało. W pewnym momencie usterka wdała się w nagłośnienie i całe głośniki padły. Orkiestra grała jednak dalej nie wzruszona, a w tym momencie wszyscy mogli się przekonać jak pięknie brzmi muzyka filmowa grana bez nagłośnienia. Usterka do wad mogłaby być zaliczona spotkania, ale przecież wypadki losowe się zdarzają.

A teraz poważniejsze wytyki. Chóry były niedopracowane lub też po prostu zmienione. Jeżeli zmiana była zamierzona i kontrolowana przez Shore’a, to jeszcze mogę się z tym zgodzić. Jednak nie uszedł mojej uwadze, jako namiętnemu słuchaczowi muzyki do tego filmu, fakt, iż w kilku miejscach śpiewy były skrócone lub zaczynały się od drugiego wersu. Brakowało mi także wyraźnie talerzy, które pojawiały się bardzo sporadycznie, zamiast w każdym miejscu, gdzie w prawdziwej ścieżce dźwiękowej były. Chór chłopięcy śpiewał bardzo ładnie, a trzej chłopcy, którzy śpiewali partie solowe spisali się na piątkę. Przy jednej z takich partii wdarł się fałsz, ale zaraz zniknął i dalej śpiewali perfekcyjnie. Trochę uderzył mnie styl śpiewu chóru podczas przeprawy przez Morię. Chór wydawał się wybrakowany, jakby brakowało tam kilku basów, którzy ciągnęli by dźwięki w dół. Śpiewane było to zatem za wysoko (sumarczynie), a głosy ich brzmiały zbyt czysto, bez jakichkolwiek ech.

Jeżlei chodzi o sam film. Trudno coś o nim ciekawego powiedzieć. Film w formie niezmienionej, choć w paru momentach wydawało mi się, że dodano pojedyńcze ujęcia nie pokazywane w kinie. Film oczywiście był świetny (bo tu nic nie ruszano), ale tłumaczenie… Przykro mi stwierdzić, ale ktoś kto tworzył napisy do filmu, powinien się wstydzić. Nie wypowiem się już tutaj rozlegle na temat tego, że w wielu miejscach tłumaczenie (choć spójne z logiką sceny) nie pokrywało się zupełnie z kwestiami wypowiadanymi w oryginale. Jednak to było niczym w porównaniui z takimi kwiatkami jak: „Uruk-hai to połączenie orków i goblinów” oraz momentu, gdy Aragorn skacze na Uruk-hai krzycząc Elendil (było to ważnym fragmentem dla Elendilich, a co za tym idzie nie uszedł ich uwadze ten błąd) miał na dole napis od tłumacza: „Elendir”. Na mój gust tłumacz po prostu pisał tłumaczenie ze słuchu i to w pośpiechu. Bardzo szkoda!

Żeby jednak nie było, że obrywa się tylko organizatorom, pozwolę sobie pomarudzić na publiczność. Na prawdę zdenerwowałem się gdy zobaczyłem pierwszą rzecz: ludzie tam przyszli jak do kina na film, a nie jak do filharmonii na muzykę. Gdy tylko pojawiły się napisy, przynajmniej ćwierć sektora po prostu sobie zaczęła wychodzić ignorując fakt, że orkiestra gra do napisów oraz śpiewa Keitlyn Lusk (USA), która przyjechała także specjalnie by zaśpiewać tę partię. Jakby tego było mało już w połowie pierwszej zwrotki (May it be) ludzie wstali i zaczęli klaskać, jakby nie wiedzieli, że koncert jeszcze się nie skończył. Klaskanie zagłuszyło śpiew gościa, a także kolejny śpiew chóru chłopięcego. Najprzyjemniejsze z fragmentów ścieżki dźwiękowej zostały zniszczone przez zupełny brak kultury ludzi. Zapomnieli oni wyraźnie (lub też w ogóle sprawy sobie nie zdawali), że przyszli na koncert muzyczny, muzyki filmowej, który kończy się nie z napisami filmu, lecz wraz z ostatnią nutą, a oklaski powinny być rozdawane dopiero gdy dyrygent oraz orkiestra kłania się publiczności. Widać znaczna większość widowni, nie miała na tyle rozwiniętej kultury osobistej, by to zrozumieć. Szkoda, szkoda! Na tym jednak nie koniec. Gdy muzyka skończyła się ostatecznie (a więc po około 10 minutach stojących oklasków, spośród których muzyka ledwo mogła się przedrzeć), ludzie zaczęli się zachowywać jak na koncercie rockowym: gwizdać, piszczeć, krzyczeć i szaleć. Zupełnie jakby zapomnieli, że muzyka filmowa bardzo mocno związana jest z muzyką poważną. Brakowało tylko, żeby zaczęły na scenę lecieć co bardziej intymne elementy garderoby. Mnie osobiście prawie ucho ogłuchło od krzyków pewnej pani kilka krzeseł dalej. Ten wywód mogę zakończyć jedynie określeniem: Wstyd mi za ten naród!

Podsumowując, muszę stwierdzić, że sam koncert był wyśmienitym przeżyciem. Każdemu życzę, by mógł jeden z ulubionych filmów zobaczyć w tak pięknej, żywej oprawie muzycznej, która przenika aż do głębin umysłu i serca. Orkiestra dała z siebie wszystko i to było widać. Oglądnięcie filmu, słuchanie muzyki na żywo, z prawdziwą czystością dźwięku, do tego w otoczeniu gwiazd (gdyż pogoda bardzo dopisała), dało niesamowite wrażenie, które zapamiętam do końca życia. Mam nadzieję, że znowu pojawi się pomysł takiego plenerowego koncertu dla kolejnych części Władcy Pierścieni, lecz tym razem ludzie zachowają się bardziej kulturalnie.

Na koniec dziękuję Elendilim oraz wszystkim tym, którzy przyszli także na ten koncert z nami. W grupie było raźniej i przyjemniej. Do następnego wypadu razem.

Kategorie wpisu: Recenzje, Wydarzenia

13 Komentarzy do wpisu "Plenerowy koncert Drużyny Pierścienia – recenzja"

Tallis Keeton, dnia 02.06.2008 o godzinie 19:39

Tego typu imprezy jeszcze nie było – były koncerty – cała trasa koncertowa – z pewnych fragmentów muzyki Howarda Shore, ale nie było filmu z graną doń _na żywo_ muzyką. Dla ścislości.
poz :)
tal

Ivellios, dnia 02.06.2008 o godzinie 20:59

Faktycznie. Mea culpa :)

Ankali, dnia 02.06.2008 o godzinie 21:29

W gazetach piszą (np. w krakowskiej „Wyborczej” z poniedziałku, czyli z dzisiaj), że z całego festiwalu jedynie na pokazie „Drużyny…” dopisała publiczność. No, może ilość nie przechodzi w jakość, ale trzeba zrozumieć, że warunki były nietypowe, i jak na filharonię, i jak na kino, więc właściwie nie wiadomo, jak się zachowywać…
Dobre miejsca to była cenna rzecz, bo ja byłam niby też w A1, ale pół ekranu zasłaniał głośnik, hmmm… Gratuluję więc zgromadzonym Elendilim miejsca!
A czy ktoś był na przebieraniu na Rynku? Jak było?
POzdr :)

Tallis Keeton, dnia 02.06.2008 o godzinie 22:14

No tak, ludzie uznali to za film, a nie za koncert :)
Ale na koncercie muzyki Shore’a w antwerpii też zaraz po tym, jak zakończyła sie cała muzyka, publika zaczęła wyć, tupać i ogólnie bardzo radośnie przyjmować artystów :) No, ale fakt, że wcinanie sie oklaskami w trakcie muzyki nie jest na pewno miłe ani dla orkiestry ani dla słuchaczy.

Nolimon, dnia 03.06.2008 o godzinie 0:13

Orkiestra zniosła to dzielnie 😀
Wyrazy uznania dla tłumu za klaskanie przez 15 minut ;DDD

Venea, dnia 03.06.2008 o godzinie 10:23

Należało im się te 15 min klaskania, wykonali kawał dobrej roboty. xD

Zabawnie przyglądało się niektórym którzy już w połowie filmu spali 😛

Ivellios, dnia 03.06.2008 o godzinie 13:17

Może i 15 minut się należało, ale kulturalniej byłoby to robić gdy już skończą, a nie przeszkadzać, zwłaszcza, że Pani, która śpiewała tę partię długo do niej się przygotowała i przyjechała głównie dla tej partii !!
Szkoda na prawdę, że tak wyszło!

Venea, dnia 03.06.2008 o godzinie 14:14

no szkoda, szkoda… ale juz dawno po fakcie. Może nastepnym razem będzie więcej myślących o koncercie niż o filmie

tomgoold, dnia 03.06.2008 o godzinie 19:34

A może ktoś zrobił jakieś zdjęcia?:)

Ivellios, dnia 03.06.2008 o godzinie 19:38

A są są… ale tylko część będę mógł udostępnić, bo albo nie wyszły, albo zwyczajnie regulamin imprezy zabrania ich upubliczniania (śmieszne 😕 )

Tom Goold, dnia 04.06.2008 o godzinie 14:47

W innym serwisie chyba niezbyt się przejęli tym zakazem. Ja jestem za udostępnieniem w każdym razie :)

Elendilion - Tolkienowski Serwis Informacyjny » Blog Archive » Howard Shore w Krakowie bis, dnia 21.01.2009 o godzinie 21:41

[…] Recenzja krakowskiego koncertu do “Drużyny Pierścienia” pióra Ivelliosa. […]

Nienor, dnia 26.01.2009 o godzinie 16:29

Co do błędu „Elendir” – tak jest w wersji rozszerzonej DVD (niestety) :/

Zostaw komentarz