Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Relacja z Wyprawy do Anglii (Galadhorn)

Źródło: Elendili

Za szybko minęło te osiem dni. Dopiero co ruszaliśmy z Katowic, a tu już znowu w domu. Jak objąć wszystkie zdarzenia, każde przemyślenie, unikalne przeżycia w krótkim tekście sprawozdania? Czekam z niecierpliwością na inne teksty, a sam napiszę kilka słów, jak to wyglądało ze strony przewodnika i organizatora (zdjęcia wkrótce).

Dni 1. i 2. „Narnia w śniegu”

Przede wszystkim chciałbym jeszcze raz podziękować za to, że znalazła się grupa dwudziestu śmiałków, którzy podjęli ryzyko, zapisali się, ponieśli koszt wycieczki i wyruszyli z nami w daleką drogę. Do samego Londynu jedzie się autokar(ki)em z Katowic około 24 godzin. Tom przygotował dla nas wiele ciekawych filmów, muzykę. Jeden z filmów – o charakterze narodowym współczesnych Anglików – był źródłem kilku naszych wycieczkowych powiedzonek. Na przykład legendarne dla nas już zdanie anglosaskie: Ic wille byggen brunan cynan ‚Chcę kupić brązową krowę’ (tak to chyba powinno brzmieć, Adanciu?), gdy bohater filmu wypróbowuje czy staroangielski zrozumiały jest dla mieszkańca Fryzji. Trudy podróży z Polski do Anglii są ogromne i każdy z nas odczuł je na własnej skórze. Dotarliśmy jednak szczęśliwie na Wyspę i poranną porą przejechaliśmy przez Hrabstwo Kent do stolicy Zjednoczonego Królestwa, do naszego hostelu młodzieżowego. Już w Polsce znaliśmy prognozę pogody na najbliższe dni w Anglii. Przerażała nas trochę perspektywa deszczu ze śniegiem, który groził nam dnia 6 kwietnia. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zamiast deszczu ze śniegiem zastał nas tam po prostu sam śnieg. Nigdy jeszcze nie miałem okazji oglądać przestronnych łąk dzielonych siecią żywopłotów, łagodnych wzgórz i pagórków Kentu w śnieżnej bieli. W schronisku nad brzegiem Tamizy, w londyńskim East Endzie, mogliśmy się szybko umyć, przebrać, rzucić coś na ząb i w końcu ruszyliśmy na zwiedzanie. Wpierw South Kensington z Muzeum Wiktorii i Alberta (wspaniała, monumentalna kolekcja dzieł sztuki użytkowej, w tym twórczość Williama Morrisa…), Muzeum Historii Naturalnej i Muzeum Nauki. Dla każdego coś miłego. Część grupy udała się też do znanego na pewno Tolkienowi kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, czyli do Brompton Oratory (w Anglii są trzy Oratoria – w Londynie, Birmingham i Oksfordzie. W Oratorium Birmingham młody Tolkien służył do mszy jako ministrant – tam też mieszkał jego opiekun, ojciec Francis Morgan). Inni mieli więcej czasu na muzea. Niedziela w Londynie.

W Muzeum Wiktorii i Alberta spotkałem Tarę i Telperiona. Choć więzy przyjaźni łączą nad od roku, to pierwszy raz mieliśmy okazję spotkać się bezpośrednio. Co za radość wyściskać przyjaciół. Telperionie i Taro, bardzo Wam dziękuję, że byliście tam z nami.

Potem całą Drużyną udaliśmy się do Tower of London na oglądanie klejnotów koronnych Zjednoczonego Królestwa, przebogatej zbrojowni, niezwykłych średniowiecznych murów i gmachów, miejsca straceń w twierdzy Tower oraz słynnych czarnych kruków, od których zależy istnienie królestwa (dlatego podcięto im lotki…). Część z nas przeszła się też spacerem na Most Tower, wokół twierdzy, nad brzeg Tamizy. Po odwiedzinach w tym zabytku (ponoć najczęściej odwiedzanym w całej Wielkiej Brytanii) pojechaliśmy metrem pod Katedrę św. Pawła. Pogoda się wyraźnie poprawiła. Nie było już śniegu, wyjrzało słońce i późne popołudnie skąpane było w barwach złota i pomarańczu. Mostem Milenijnym przeszliśmy przez Tamizę pod Tate Modern (niesamowitą galerię sztuki nowoczesnej w dawnej elektrowni) i pod zrekonstruowany teatr Szekspira – Globe. Tematy szekspirowskie wrócą za kilka dni, gdy odwiedzimy Stratford… Bardzo ciekawy był spacer przez Southwark, dawną dzielnicę doków. Opowieści Tadeusza Olszańskiego, oglądanie „Złotej Łani”, czyli repliki pirackiej karaweli z czasów Elżbiety I, ruiny pałacu biskupów z romantyczną rozetą, żarty i radość z bycia razem. Po obejrzeniu słynnego Monumentu, po ostatnim rzucie oka na City, kochaną dzielnicę Charlesa Williamsa (nie zdążyliśmy już do kościoła templariuszy, ale za to byliśmy ponad plan u św. Pawła) pojechaliśmy w końcu do hostelu. Tam pokoje, kąpiel i spanie. Nareszcie w łóżkach…

Dzień 3. „Zwycięstwo wiosny”

Obudziliśmy się w świecie, w którym zwyciężyła wiosna. Pogoda wyraźnie zaczęła się poprawiać. Choć zapowiadano kolejne śniegi w centralnej Anglii, czas do południa miał być w miarę ciepły i dość słoneczny. Wszystko się potwierdziło…

Po obfitym śniadaniu (w stylu angielskim, z fasolką „po bretońsku”, z jajecznicą, dobrymi płatkami, tostami itd.) spakowaliśmy się do naszego minaturowego autokaru z przyczepką i ruszyliśmy przez śródmieście Londynu w kierunku autostrady, która biegnie do dawnej Mercji, czyli do West Midlands. Dzięki temu, że Telperion przypomniał nam, iż wystawa tolkienowska w Moreton-in-Marsh trwa tylko do dziś, zmieniliśmy trochę pierwotne plany, przenosząc pewne punkty programu na kolejny dzień. Udaliśmy się zatem wpierw do Małego Królestwa, czyli tej części Oxfordshire, która jest tłem niektórych wydarzeń w Rudym Dżilu i jego psie Tolkiena. Wśród łąk i kredowych wzgórz, pod ozdobionym chmurzyskami niebem Anglii, jadąc wąziutkimi drogami przez piękne miasteczka i wioski dojechaliśmy do Rollright Stones, czyli kręgu kamiennego oraz megalitycznych grobowców w okolicy Moreton w Cotswolds. To ponoć inspiracja dla Kurhanów we Władcy Pierścieni oraz motyw z Rudego Dżila. Wyszliśmy z autokaru na przydrożnym parkingu. Podobała nam się forma płatności za zwiedzanie – budka bez obsługi ze skarboną na opłatę za bilet. Co za zaufanie. Nie zawiedliśmy go. Potem fotografie w kamiennym kręgu, wyglądanie kolejnych głazów przez obiektywy aparatów i przez dziury w przydrożnym żywopłocie. Niezwykłe miejsce, które naprawdę działa na wyobraźnię. Gdyby jeszcze była mgła…

A potem kilka mil do Moreton-in-Marsh, sympatycznego kamiennego miasteczka w Cotswolds (najbardziej angielski z angielskich regionów, o architekturze z wapiennych kamieni, łupków i strzech). Zatrzymaliśmy się na parkingu przy samym wrzecionowatym rynku. Wielki transparent informował, że w kamiennej wiktoriańskiej sali targowej na środku rynku, w Redesdale Hall, odbywa się właśnie wystawa „Zamki we mgle” z udziałem takich sław jak Nasmith, Lacon, Murray i Garland. Wchodzimy do wnętrza zabytkowego budynku… Co za niespodzianka. Cały dół zajęła księgarnia tolkienowska tak bogata w ofertę, jak chyba żadna inna w Anglii. Obok najbardziej niezwykły antykwariat (miałem w rękach specjalną edycję Dzieci Húrina za prawie 900 funtów! – skóra, złoto, piękny papier), sklepik z ubraniami średniowiecznymi, oferta dla łuczników itd. U góry przepięknie przygotowana wystawa. Najbardziej zachwycam się pracami mojej ulubionej artystki, Ruth Lacon. Zaczynam też doceniać sztukę Teda Nasmitha, przemiłego pana, który chętnie z każdym z nas rozmawia i pozuje do zdjęć. W kapeluszu przechadza się tam też Jef Murray, mniej znany w Polsce artysta, który zaprezentował na wystawie swoje prace w oleju. Spędzamy na wystawie ponad godzinę. Dużo czasu zajmują nam zakupy – sam kupiłem The Roots of Middle-earth Roberta S. Blackhama, czyli przewodnik do tolkienowskim West Midlands. I jeszcze jeden egzemplarz, który wylosuje w naszej tradycyjnej loterii Feahisim. Kupuję też mnóstwo pocztówek Ruth Lacon (mam już jej album, który sprowadziłem sobie pocztą z Anglii w zeszłym roku). Dobrze się rozmawia z ludźmi z Tolkien Society. Umawiamy się na spotkania w przyszłości. Może uda się nawiązać międzynarodową współpracę?

A potem czas jechać. Zmierzamy ładnymi trasami przez wiejską Anglię do Birmingham. Na przedmieściach odwiedzamy dawne Sarehole, a potem okolice Birmingham Oratory. Dzięki temu, że mamy mały autokar (24-miejscowy, mercedes z 2007 r.), możemy stanąć, gdzie tylko nam się podoba. W dawnym Sarehole dopada nas głód. Zanim udamy się do słynnego Młyna Sarehole, pod dom Mabel Tolkien i jej synów oraz do Starego Lasu, czyli Moseley Bog, zatrzymujemy się przy barze o wdzięcznej nazwie „Hungry Hobbit” (‚Głodny Hobbit’). Co za dobre miejsce dla gromady głodnych przedstawicieli Wolnych Ludów Śródziemia! Zamawiamy różne rzeczy. Ja zajadam się angielskim śniadaniem (podaje się je tu przez cały dzień) z fasolką, jajkiem na bekonie, kiełbaskami, tostem, herbatą z mlekiem. A potem wędrujemy do pobliskiego Sarehole Mill (zdjęcia przez bramę, a samo miejsce bardzo wdzięczne), na Wake Green Road, gdzie do dziś stoi dom, w którym mieszkał kilka lat mały chłopiec – Ronald Tolkien, przyszły pisarz. Potem z aparatami w dłoniach, w uśmiechem na ustach, z oczekiwaniem na przygodę idziemy do pobliskiego lasku nad rzeczką – tam Ronald i jego brat, Hillary, bawili się w dzieciństwie. Tu narodziła się myśl o Starym Lesie i wszelkich innych lasach w Legendarium Tolkiena. Moseley Bog wygląda dla mnie jak las z rysunków Alana Lee. Po pół godzinie gubimy się, co w sumie jest świetnym doświadczeniem. Zgubić się w Starym Lesie! Czy to nie wspaniałe? Odnajdujemy część grupy dopiero pod busem. Rozpoczyna się… śnieżyca!

Kiedy dojeżdżamy do innej części Birmingham, do Edgbaston, mamy znowu piękne słońce. Stajemy busem tuż pod opisywana niedawno na Elendilionie wieżą, która nazywa się Perrott’s Folly. Ładny kształt, odnowione mury, ceglane blanki na tle błękitnego nieba. Okazuje się, że wieża już mieści w sobie wystawę niemieckiego artysty. O tej porze jest jednak zamknięta. Bardzo blisko jest jeszcze jedna wieża. Na terenie pobliskich zakładów wodociągowych. Gdy kilka kroków dalej stajemy na skrzyżowaniu prowadzącym do Oratorium, widzimy te wieże tak, jak widział je ze swojej pierwszej szkoły (św. Filipa) mały Tolkien – jako Dwie Wieże, które widoczne są z tej perspektywy obok siebie.

Docieramy do birminghamskiego Oratorium, czyli kościoła księży filipinów, inaczej oratorian, których zgromadził w Anglii kandydat na ołtarze, kardynał Newman. Oratorium było ważne dla Tolkiena, bo jeszcze za życia mamy chodził tu do katolickiego kościoła. Gdy mama umarła, ksiądz oratorianin, ojciec Francis X. Morgan był opiekunem chłopca i zadbał o jego edukację. Wchodzimy na teren Oratorium. W kościele trwa msza, a zatem obchodzimy go dookoła, żeby wejść od takiej strony, gdzie nie będziemy przeszkadzać wiernym. Niektórzy z nas wchodzą. Piękne wnętrze, cudowny przestronny kościół, wzniosłość i elegancja. Jest czas, żeby wspomnieć w modlitwie tolkienowskich przyjaciół z forum, można nawet przystąpić do Komunii, bo msza ciągle trwa. Odnajdujemy na dziedzińcu przed kościołem tablicę pamiątkową ojca Morgana. Kolejne tolkienalium. A ja wyobrażam sobie małego Ronalda w komży, służącego z bratem do mszy. Piękne miejsce!

Ruszamy busem, żeby przejechać przez centrum Birmingham. Oglądamy miasto, w którym spotyka się przeszłość z nowoczesnością. TAO i Melinir pokazują nam, gdzie mieszkali podczas Worldconu, wspominają swój pobyt w Brum (jak miasto nazywają jego mieszkańcy) kilka lat temu. A potem zatrzymujemy się przy markecie i w końcu dojeżdżamy o zmroku do naszego sympatycznego hostelu w dawnym gospodarstwie rolnym na przedmieściach Milton Keynes (przedziwna nazwa, która łączy nazwisko słynnego poety i słynnego ekonomisty). Kamienny dom z XVIII w., bardzo gościnny, sympatyczna obsługa. Po kolacji spotykamy się w wielkim salonie z głębokimi kanapami. Wspominamy przeżycia dnia. Dużo się śmiejemy, jak zawsze… Dzisiejsza wystawa w Moreton będzie dla nas jednym z dwóch najważniejszych wydarzeń podczas tej tolkienowskiej „pielgrzymki” – drugim będzie musical…

Głęboki, zasłużony sen w pokoju z Tomem, Telperionem, Feahisimem i Vindálfem.

Dzień 4. „Zamki w słońcu”

Wyspany. Fajnie jest się budzić z uśmiechem na ustach. Oczywiście od rana koledzy sypią żartami. Potem jeszcze bardziej angielskie śniadanie niż w dniu poprzednim. Gdy cofam się pamięcią, wydaje mi się, że zaczyna się dzień 44. a nie 4. Tyle przeżyć w tak krótkim czasie, a to dopiero początek!

Zanim ruszymy do Warwick, okazuje się, że nasz hostel stoi tuż przy pięknym średniowiecznym kościele i wiejskim cmentarzu czterech wyznań. Rosa w trawie, piękne słońce i my z aparatami w dłoniach. TAO woła nas, żebyśmy przyjrzeli się kościołowi. A potem ruszamy. Naszym celem jest Warwick, czyli Tolkienowski Cortirion, miasto serca młodego Ronalda, bo tu mieszkała jego narzeczona, Edith. Program udało nam się zapisać tak, że zachowujemy chronologię życia Profesora.

Dojeżdżamy do Zamku Warwick. Drogi wstęp, ale warto spędzić tu co najmniej dwie godziny. To tu jest szczyt elfiego Cortirionu, a do tego jeden z najpiękniejszych zamków Brytanii, wspaniała historyczna kolekcja Madame Tussaud, mnóstwo atrakcji, w tym strzelanie z łuku oraz pokaz tresowanych orłów i sępów. Odwiedzamy też piękny ogród różany, młyn nad Avon oraz oglądamy opisywane przez Tolkiena drzewa alalmi, czyli wiązy. Potem ruszamy w słońcu na spacer po Warwick. Oglądamy stare bramy miejskie, ulice z cudowną architekturą i w końcu stajemy na moście nad Avon, żeby zrobić grupie zdjęcie z zamkiem w tle.

Ruszamy do Stratfordu nad rzeką Avon, miejsca tak mocno związanego z Willem Shakespeare’m. To z Warwick zaledwie pół godziny. Miasteczko to kwintesencja angielskości. Świetny jest ten spacer do domu urodzin Williama, obok innych domów, które wiązały się z jego życiem, w miejsce, gdzie zmarł, do kościoła św. Trójcy, gdzie go pochowano. Rozmawiamy o związkach dramatów Szekspira z Tolkienem. W końcu trafiamy do przestronnej gospody, gdzie jest czas na małe hobbickie co nieco i na dobrą herbatę i kawę.

A potem ruszamy przez Cotswolds do Oksfordu, czyli do quenejskiego Mondosar – „Mekki” tolkienistów. Po drodze wypatrujemy domów ze strzechami, zatrzymujemy się w charakterystycznym dla regionu Cotswolds miasteczku Stow-on-the-Wold i odwiedzamy tamtejszy kościółek, gdzie można zobaczyć, jak dba się o ukwiecenie anglikańskiego zboru. Słońce powoli zachodzi, gdy stajemy pod naszym hostelem w centrum Oksfordu. Tu będziemy spać dwie noce. Wreszcie będzie można się trochę „zakorzenić”. Wesoła atmosfera w pokoju. Koledzy to prawdziwe chochliki. Umawiamy się całą grupą na spacer po Oksfordzie do legendarnego pubu „Eagle and Child”.

Gdy tam docieramy, z trudem znajdujemy miejsce, w którym usiądziemy w 21 osób. Zamawiamy to, co lubił Tolkien i Inklingowie – piwo i cydr. W tym czasie niestety wypraszają młodszych uczestników Wyprawy. W pubach angielskich młodzież może zasiadać tylko do 18.00. Potem są to miejsca „tylko dla dorosłych”. Odbijemy to sobie kolejnego dnia, gdy przyjdziemy tu wcześniej! Dziś wspominamy, że przecież we wtorki o tej porze bywali tu zwyczajowo Inklingowie! Piękny zbieg okoliczności.

Po pubie część z nas ma jeszcze ochotę na spacer po samym centrum Oksfordu. Rozweseleni i rozochoceni stajemy pod „Świątynią Saurona”, czyli Radcliffe Camera. Wąskimi uliczkami, wesoło rozmawiając, docieramy w końcu do hostelu. A potem długo jeszcze nie możemy zasnąć, bo tyle jest opowiadania…

Dzień 5. „Elfy przyszły i posprzątały…”

Od rana piękna pogoda! Dobre śniadanie (full English breakfast), po którym wsiadamy do busa i jedziemy na przedmieścia Oksfordu. Wpierw udajemy się na Cmentarz Wolvercote, gdzie spoczywa ciało J.R.R. Tolkiena i jego żony, Edith Tolkien oraz ich pierworodnego syna, ks. Johna Tolkiena.

To piękna chwila naszej wycieczki. Całą grupą wchodzimy na teren cmentarza. Poranna rosa, jasne słońce. Małe tabliczki wskazują drogę do grobu Tolkienów. W ciszy, w zadumie stajemy nad tym właśnie grobem. Jest czas na modlitwę (razem, pod przewodnictwem Telperiona, odmawiamy Wieczny odpoczynek…), jest czas na pieśń. Celebriane, nasza wspaniała Elfka, która przyjechała ze Skierniewic z mamą, Basią, śpiewa Road Goes Ever On. Piękny głos! Świetny wybór piosenki! Telperion zapala świecę, robimy pamiątkowe zdjęcia, zwracamy uwagę na otoczenie grobu – cmentarz, na którym jest wiele polskich i irlandzkich nazwisk.

W busie okazuje się, że panowie kierowcy, Cezary i Wiktor, umyli nam ślicznie szyby. Śmiejemy się, gdy jeden z nich mówi: „Elfy przyszły i posprzątały!”. Fajnie, że zaczynają czuć „bluesa” tej wyprawy. Ciekawe, co będą o nas mówić po wycieczce. Takich przedziwnych tolkienomaniaków chyba jeszcze nie widzieli! Jedziemy na Northmoor Road, gdzie pod numerami 20 i 22 mieszkali w latach 30. Tolkienowie. To tu powstawał częściowo Hobbit i Władca. Bardzo ładna ulica. Domy robią wrażenie, zwłaszcza ten mniejszy, pod numerem 22. W większym ma kiedyś powstać muzeum Tolkiena. Podobno. Oby jak najszybciej, bo brakuje Oksfordowi takiego miejsca.

Dojeżdżamy do Parku Oksfordzkiego, gdzie poszukujemy Dwóch Drzew, zasadzonych przez miłośników Tolkiena w roku 1992, podczas obchodów Stulecia Tolkiena. Pani z pieskiem wskazuje nam drogę. Jest ławeczka nad rzeką Cherwell (pierwowzór Wierzbowiji), a za nią dwa drzewka – chyba mały buk i orzech, czyli „Telperion” i „Laurelin”. Nasz Telperion wspina się na parkowego „Telperiona”. Jest wesoło. Robimy sobie wspólne zdjęcie.

Potem mijając dom Tolkienów przy Manor Road 3 dochodzimy do Ogrodu Botanicznego. Piękne miejsce w Oksfordzie, blisko High Road i Kolegium św. Marii Magdaleny. Rozchodzimy się wśród pięknych roślin, drzew, zagonów. Ale spotykamy się pod słynną Pinus negra, czyli sosną austriacką, którą bardzo polubił J.R.R. Tolkien. Jedno z jego ostatnich zdjęć jest pod tym właśnie drzewem. Widział je z okien swojego mieszkania przy Merton Street. To bardzo ważne dla nas miejsce podczas naszej „pielgrzymki”. Zbieramy na pamiątkę szyszki tej sosny. Sam mam ich chyba z sześć.

Potem idziemy błoniami nad Cherwell do kolegium Lewisa Carolla, autora Alicji w Krainie Czarów. Mijamy miejsca, gdzie Alicja słuchała czytającej jej książkę siostry, gdzie wpadła do króliczej nory… Działa wyobraźnia. W kolegium Christ Church oglądamy piękne wnętrze Great Hall, gdzie kręcono zdjęcia do Harry’ego Pottera (tu mieścił się refektarz Hogwartu). Odwiedzamy katedrę Oksfordu z grobem patronki miasta, św. Frideswidy. Potem idziemy Merton Street obok Kolegium Mertona, gdzie uczył i mieszkał Tolkien. Potem jeszcze zajrzymy na dziedziniec tej części Uniwersytetu. Zatrzymujemy się pod ostatnim oksfordzkim domem Tolkiena, na tej samej ulicy. Potem wchodzimy do kolegium C. S. Lewisa, gdzie odbywały się czwartkowe spotkania Inklingów – do Magdalen College (czytaj Modlyn). Zatrzymujemy się w studenckiej restauracyjce na małym posiłku, a potem idziemy Addison’s Walk (ścieżka, na której C. S. Lewis nawrócił się na wiarę w Boga dzięki rozmowie z J.R.R. Tolkienem i gdzie powstały podwaliny pod poemat filozoficzny Mitopeja), oglądamy piękną przyrodę, daniele i łanie, wnętrza kolegium. Potem idziemy wspaniałymi uliczkami Oksfordu pod Bibliotekę Bodlejską, pod Radcliffe Camera (czytelnię tej biblioteki), Most Westchnień, Teatr Sheldoniański. Przy Turl Street oglądamy miejsce pierwszego domu Ronalda Tolkiena w Oksfordzie i odwiedzamy jego pierwszy koledż – Exter. Wspaniała kaplica kolegium i nieznane nam wcześniej popiersie pisarza!

No i w końcu wolny czas. Proponujemy Drużynie, żeby w wolnym czasie odwiedzili jeszcze Muzeum Ashmoleańskie, kościół św. Alojzego, gdzie Tolkien codziennie brał udział w porannej mszy. Biegniemy z Shani, Agą „Pchełką” i Tomem do Merton College, żeby zobaczyć słynną bibliotekę. Niestety jest dziś niedostępna. Potem idziemy z Telperionem i Tarą na miasto i w końcu trafiamy pod „Orła i Dziecię”, gdzie w końcu zbiera się cała Drużyna. Zajmujemy tzw. „Króliczą Norkę”, czyli kąt, w którym siadali Inklingowie. Na ścianach zdjęcia Tolkiena, Lewisa, Sayers, Barfielda, kartka, na której podpisali się wszyscy Inklingowie, a na stole smakołyki, chipsy fundowane dziś przez Feahisima, dobre piwo i cydr.

Wieczorem po kolacji spotkanie w tzw. Hobbit Room w naszym hostelu, gdzie na ścianach wisi mnóstwo tolkienowskich map i gadżetów. Rozmowa (dziękuję Ci, Zosiu, za bardzo mądre słowa!), podpisywanie książek, śmiech, pomysły na jutro. A potem po wieczornych pogaduszkach, sen.

Dzień 6. „Punkt kulminacyjny”

Wczoraj nasi kierowcy mieli poważny problem. Źle stanęli i autokar wzięto w niewolę. Ale już jest wykupiony z klamry, która blokowała koło. Biedni, nieporadni. Pomagam im odrobinkę znieść gorycz mandatu. Jak solidarność, to solidarność. Przed nami wielki dzień i trudny dzień. Wiele kilometrów, a wieczorem trzeba zdążyć do Londynu na najważniejsze zdarzenie tego wyjazdu – musical Władca Pierścieni!

Najpierw godzinna podróż do Doliny Białego Konia. Wąskie drogi, których nie zniósłby większy autokar. Parking na zboczu Góry Białego Konia. W końcu wędrówka przez pastwisko, tuż obok owiec do fortu z czasów epoki żelaza (czyli Celtowie) na szczycie góry. Nie mamy innych skojarzeń jak z Wichrowym Czubem, tym bardziej, że całkiem mocno wieje. Idąc, czujemy się jak hobbici, którzy zmierzali do Rivendell przez nieznaną krainę na wchód od Bree. Docieramy do niezwykłego rytu na wzgórzu. Biała „kość góry”, czyli podłoże wapienne, widoczna jest tam, gdzie ludzie zdarli darń. Ryt odnawia się co roku – inaczej zarósłby w ciągu kilku lat. Co za tradycja! Trwa już pewnie z 2500 lat! Schodzimy na tzw. Górę Smoka. Z niej najlepiej widać ryt. Sama góra też bardzo ciekawa, bo według legendy św. Jerzy miał tu zabić smoka. Do dziś nie rośnie tu w pewnym miejscu trawa. Ponoć ziemię zatruła smocza krew. Goła plama przypomina wydłużony kształt gada.

Ruszamy dalej. Godzina drogi i dojeżdżamy do Winchesteru, ładnego angielskiego miasta w dawnym Wessex. Tu rządził król Alfred Wielki, tu znajdowała się jedna ze stolic Normanów. Mamy tylko dwie godziny, ale udaje nam się zobaczyć to, co przewidywał plan: Wielką Salę dawnego normańskiego zamku, a w niej przykryty rusztowaniami (prace renowacyjne) Okrągły Stół – ponoć Króla Artura, ale naprawdę stół arturiański z XIII w. Potem przez bramę miejską, ładną ulicą High Street docieramy do katedry, najdłuższego średniowiecznego kościoła Europy! Piękna, harmonijna konstrukcja, wspaniała nawa, niezwykły chór, przebogata biblioteka (mamy przed oczami rękopisy z IX w., piękną Biblię z XIII w., której pergamin pochodzi z kilkuset cieląt!). Stajemy też przy grobie Jane Austin (Tomek puszczał nam dziś z tej okazji Dumę i uprzedzenie na DVD).

O 16.15 ruszamy autostradą do Londynu. Dzięki naszym kierowcom docieramy tam zgodnie z planem – na godzinę przed spektaklem! Jest 18.25. Mamy czas na małe co nieco, na przebranie się, na mały spacer po Covent Garden. Musical ma miejsce w sympatycznym teatrze w centrum Londynu – Theatre Royal przy Drury Lane. Udało nam się kupić bilety o wartości 60 funtów za zaledwie 37 funtów! Mamy najlepsze miejsca! Niedługo to docenimy. O 19.20 wchodzę na widownię. Scenę mam dokładnie przed sobą (siedzimy pośrodku, na dole, w odpowiedniej odległości od sceny). Atmosfera jest przednia. Hobbici na scenie przygotowują nas do jednego z najpiękniejszych spektaklów mojego życia.

Tu jest miejsce na recenzję, ale recenzja wymaga odrębnego tekstu. Przyjdzie na to pora. Powiem tylko, że musical rzucił mnie na kolana. Łzy nie raz spłynęły mi po policzku, serce mocno zabiło, a dwa razy włosy stanęły dęba! Co mnie najbardziej urzekło? Scenografia z tym „drzewami tkanym Śródziemiem”, które wychodziło ze sceny i obejmowało część widowni. Muzyka, a zwłaszcza piosenka The Song of Hope. Kreacje Froda i Pippina, postać Arweny i Gandalfa, Legolas z moich wyobrażeń, Szeloba i Czarny Jeździec (gdy w ciemności błysnął wraz z błyskawicą jego kształt poczułem jak włosy stają mi pionowo w górę!), najbardziej niezwykli orkowie i enty, jakich widziałem. Zupełnie zamarłem, gdy na scenie pojawił się Balrog, buchnął wicher, który spowił widownię mgłą, a potem Gandalf uderzył laską i w nasze twarze uderzyły kawałki popiołu (czyli czarne wstążeczki). Chyba nie było nikogo, kto nie odnalazłby w tym spektaklu czegoś dla siebie ważnego.

A potem ruszyliśmy do hotelu pod Londynem. Ostatnia noc w łóżku, bo jutro czeka nas nocna podróż busem do Polski. W autokarze puszczaliśmy muzykę z musicalu. Błogość i radość. Prawie każdy z nas miał jakąś pamiątkę ze spektaklu: płyty, foldery, programy, książki, koszulki (Taro i Telperionie, bardzo Wam dziękuję!) i kubki…

Dni 7. i 8. „Wiele pożegnań”

I tak nadszedł ostatni dzień w Anglii… Szkoda. Czas tak szybko minął, bo każdy dzień był tak bogaty. Ani chwili na nudę. Wręcz mało czasu na zakupy i samodzielne wędrowanie. Naprawimy to dzisiaj w Londynie.

Po smacznym śniadaniu opuszczamy pokoje i pakujemy się do drogi powrotnej. A potem ruszamy do centrum Londynu. Po prawie godzinie jazdy docieramy nad brzeg Tamizy. Stajemy autokarem na Victoria Embankment i stąd ruszamy do serca Westminsteru. Przy tolkienowskich punktach planu z dni poprzednich ciężko czymś zachwycić w Londynie, a jednak widzę, że ludziom podoba się Zmiana Warty pod Pałacem Buckingham, Park św. Jakuba z pięknym ptactwem wodnym i sympatycznymi wiewiórkami, Opactwo Westminsterskie i Parlament z Big Benem. Na Dziedzińcu Dziekańskim Szkoły Westminsterskiej stajemy przed fasadą Church House („kwatera główna” Anglikańskiej Wspólnoty Kościelnej), gdzie trafiamy dzięki Mirille, czyli Gosi z Warszawy. Tu znajdujemy ostatnie z tolkienicum na naszej „pielgrzymce” – inskrypcje runiczne i minuskułowe zaprojektowane w latach 30. przez prof. Tolkiena: imiona Ulfus i Ædhel(bert) z czasów anglosaksońskich. Pisaliśmy o tym kiedyś na Elendilionie. Potem ulicą Whitehall uciekamy przed burzą gradową. Chronimy się w Galerii Narodowej, gdzie wielu z nas odnajduje swoje ulubione dzieła sztuki i ulubionych malarzy. Około 15.00 ruszamy do Muzeum Brytyjskiego. Po drodze pokazuję Drużynie słynną księgarnię i sklep dla miłośników fantastyki – Forbidden Planet. Gdy rozchodzimy się na czas wolny – 2,5 h – jest okazja obejrzeć część zbiorów British Museum i sposobność zrobienia ostatnich fantastycznych zakupów.

A potem wracamy do busa. Smutna chwila – żegnamy Tarę i Telperiona, którzy wracają do Irlandii. Pożegnanie trwa długo. Czemu tak szybko się skończyła nasza przygoda? O 19.20 ruszamy do Polski. Wpierw przez przedmieścia Londynu, potem przez Kent (teraz już nie ma tu śniegu). Przeprawa pod Kanałem Angielskim przebiega bez zakłóceń. Noc mija szybko, ale nasi kierowcy niestety gubią drogę w Niemczech. Mamy 2-godzinne opóźnienie, jednak każdy zdąży na swój pociąg. Wielu członków Drużyny ma przed sobą daleką jeszcze drogę do Warszawy, Skierniewic, Gdyni… W drodze Tom urozmaica nam czas filmami. Jest też okazja, żeby wymienić się adresami, umówić na spotkanie w czerwcu w Poznaniu, omówić plany wyjazdowe za rok i za dwa lata (wpierw Irlandia śladami Tolkiena pod drogach celtyckich mitów, za dwa lata… Nowa Zelandia).

Chciałbym podziękować za piękne wspólne chwile wszystkim członkom Drużyny: naszym wspaniałym i bardzo ładnym wrocławiankom, Adze (Aldawen), Izie (Mirasse) i Kamili, świetnemu kompanowi, członkowi Drużyny od roku 2002, dobremu rozmówcy Henrykowi (Feahisim), artystycznej duszy, Małgorzacie (Marigold) i dobrej kompance podróży Helence (Hanna S.), towarzyszowi ważnych rozmów, Tadeuszowi (TAO, Halbarad Dúnadan) i pokrewnej duszy, Karolinie (Melinir) – czułe i kochające się małżeństwo, Zosi, z którą tak dobrze się rozmawiało w Oksfordzie (z nadzieją na dokończenie tamtej rozmowy), spokojnej Kasi (Venea), która urzekła mnie bogactwem zainteresowań (jak tam się ma miecz świetlny?), Sebastianowi i jego mamie, Sabinie (Vindálf i Inwitári) za uśmiech i dobre słowa, wrażliwej na piękno Małgosi z Warszawy (Marille Undómiel), Agnieszce z Gdyni (Pchełka) za serce i wieloletnią przyjaźń, Oli i jej mamie, Basi (Celebriane i jej mama – jeszcze bez pseudonimu) za zaufanie, piękny śpiew i w ogóle elfie piękno oraz humor (i tantum verde!), Agnieszcze z Dąbrowy Górniczej (Shani), za to że zdecydowałaś się w ostatniej chwili i znowu było tak fajnie oraz Tarze i Bartkowi (Teperion) za przyjaźń, wspólnotę, ukazanie nam prawdziwej miłości i oddania.

Moje wielkie, wielkie podziękowania kieruję też do Tomka, prawdziwego Przyjaciela, za pomoc w zorganizowaniu kolejnej naszej Wyprawy!

Dziękuję też mojemu biuru podróży Abraksas za opiekę nad nami i za zorganizowanie nam świetnych noclegów oraz transportu, który był może mało wygodny, ale za to bezpieczny i skuteczny (dzięki małemu autokarowi dotarliśmy w miejsca, które byłyby raczej niedostępne dla autokaru standardowego). Dzięki nieustępliwości pani Magdy z naszego biura w końcu hostel w Oksfordzie, który nie lubi przyjmować grup, zgodził się nas ugościć. W tworzeniu programu wyjazdu wzięli udział liczni przyjaciele, w tym Tadeusz A. Olszański, który wysłał mi wiele pomysłów i świetnych materiałów, z których korzystałem podczas wycieczki. Dziękuję!

Mam nadzieję, że za rok będziemy wspólnie poznawać Irlandię śladami Tolkiena i na drogach celtyckich mitów i opowieści!

Kategorie wpisu: Fandom tolkienowski

18 Komentarzy do wpisu "Relacja z Wyprawy do Anglii (Galadhorn)"

tomgoold, dnia 14.04.2008 o godzinie 9:40

Bardzo szczegółowa relacja Galadhornie, dziękuję:) Ja przygotowuję płytkę z powierzonymi mi przez członków Drużyny zdjęciami i filmikami. Wyjazd jest wspaniale udokumentowany więc będzie co oglądać i czytać.

Galadhorn, dnia 14.04.2008 o godzinie 9:43

Świetnie, Tomie. Chętnie dodam kilka zdjęć do mojej relacji.

Zapraszam też do lektury innych relacji w tym temacie u Elendilich: http://elendili.pl/viewtopic.php?p=110788#110788

Jeszcze raz dziękuję Ci za wielką pomoc i świetną współpracę. Powoli zabieram się za pisanie kolejnych programów – zimowego i irlandzkiego. A jeżeli okaże się, że są chętni na podobną podróż do Anglii, a będzie jesienią jeszcze musical w Londynie, to możemy wyruszyć na Wyspy jeszcze raz w tym roku. Zapraszam!

Venea, dnia 14.04.2008 o godzinie 10:03

Jak dobrze być w domu :) Wycieczka była wspaniała. Czekam na Irlandie :)

Mieczyk sie ma dobrze, zajmuje honorowe miejsce na biurku i czasami świeci gdy w pokoju są zgaszone światła.

inwitári, dnia 15.04.2008 o godzinie 23:36

Świetna relacja! Miło jest poczytać o wydarzeniach w których
brało się udział. Obawiałam się tego wyjazdu ponieważ nikogo
nie znałam. Okazało się jednak, że niepotrzebnie.
Wszyscy byli tak serdeczni, że od razu poczułam się swojsko.
Nigdy nie brałam udziału w tak cudownej wyprawie!
Dziękuję wszystkim moim kochanym „współwędrowcom”
i serdecznie pozdrawiam!

tomgoold, dnia 17.04.2008 o godzinie 14:33

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na przyszłoroczną Wyprawę do Irlandii -wstępny termin to połowa kwietnia 2009, zaraz po Wielkanocy:) A w 2010 roku na poważnie myślimy o Nowej Zelandii, jeszcze bardziej atrakcyjnej bo z plenerami filmowego „Hobbita”. 2011 rok rezerwujemy z kolei na Wyprawę do Skandynawii.

Telperion, dnia 18.04.2008 o godzinie 2:44

Ale to był wyjazd… aż się płakać chce na samo wspomnienie … Słucham sobie właśnie Now and For Always z musicalu (12 ).. Smutno…

Nolimon, dnia 18.04.2008 o godzinie 9:07

Czy specjalnie wybieracie termin tak, żeby większości uczniów i studentów nie pasowało? ;] W tym roku pojechałbym, gdyby wyprawa była kilka miesięcy później (po maturze), za rok może być tak samo, bo będę na pierwszym roku. :/

Venea, dnia 18.04.2008 o godzinie 10:03

Nolimon ma rację naprawde trzeba sie zastanowić czy nie zrobić tego wyjazdu w wakacje..zobaczycie od razu więcej ludzi pojedzie… I nie wmawiajcie mi, że można sobie zrobić tygodniową przerwe bo niektóre kierunki studiów na to nie pozwalają. ( tym bardziej dla tych co są na 1 roku studiów, lub uczą się do matury i egzaminów gimnazjalnych)

Idril, dnia 18.04.2008 o godzinie 10:37

Wspaniała relacja, czytam i wyobrażam sobie te wszystkie cudowne miejsca w których byliście. Jeszcze musze zobaczyć zdjęcia, sprawdzić czy moje wyobrażenia tych miejsc są podobne do tych prawdziwych :) Wspaniale że będą kolejne wyprawy, może za rok uda mi się już pojechać.

Galadhorn, dnia 18.04.2008 o godzinie 14:09

A ja ciągle czekam na inne relacje naszych towarzyszy podróży. Piszcie, Kochani, bo każdy ma na pewno własne wspomnienia, nieco inne przemyślenia, spostrzeżenia itd. Co do terminu przyszłorocznego wyjazdu, dobierzemy go tak, żeby pasował jak największej liczbie uczestników. Ja sam nie przepadam za wyjazdami w lecie, bo wtedy jest najwięcej turystów. Np. teraz Oksford i inne atrakcyjne miejsca w Anglii były kameralne i pustawe – nie było rzesz zwiedzających, jak to jest w lipcu i sierpniu.

tomgoold, dnia 18.04.2008 o godzinie 14:11

W tym roku jechało z nami wielu uczniów i studentów więc jednak się da;) Studenci mają w marcu sesję poprawkową, w maju i czerwcu a nawet na początku lipca zwykłą a później znowu poprawkową we wrześniu, w październiku zaczyna się nowy rok akademicki i tak bez końca. Dalej więc twierdzę z uporem maniaka, że tygodniowa przerwa na taki wyjazd w połowie kwietnia i owszem, wymaga poświęcenia oraz późniejszego nadrabiania zaległości, ale jest jak najbardziej dopuszczalna. W końcu sam studiowałem i wiem jak to wygląda:)

Galadhorn, dnia 18.04.2008 o godzinie 14:23

Lato nie jest, naprawdę, najlepszą opcją. Za to wiosna na Wyspach to prawdziwa feeria barw i zapachów. Ja zawsze w wypadku tych wyjazdów optuję za kwietniem lub majem.

inwitári, dnia 19.04.2008 o godzinie 23:52

Niesamowite, że tak szybko powstają tak wspaniałe
plany. Jesteśmy chętni na wszystkie wyjazdy.
Mamy tylko nadzieję, że finanse będą na tyle dobre…
Jak nie pojawią się trudności to oczywiście jedziemy!
Pozdrowionka dla wszystkich!

Tallis Keeton, dnia 30.04.2008 o godzinie 0:58

Nie moglam byc, bo 2 dnia wycieczki miałam ważne zajęcia :( Ale super, że sie wam wszystko tak fajnie udało. :) Bardzo sie cieszę :) Bo wycieczki nie zawsze sie udają, bylam na paru, które byly calkowita pomyłką a nawet oszustwem ze strony firmy wycieczkowej.

Elendilion - Tolkienowski Serwis Informacyjny » Blog Archive » Oksford Tolkiena: wieści o nowej książce, dnia 27.08.2008 o godzinie 8:11

[…] Już niebawem, dnia 8 września b.r. podczas najbliższego Oxonmoot, czyli dorocznej, wrześniowej imprezy stowarzyszenia Tolkien Society, odbędzie się premiera nowej książki Roberta Blackhama. Jej tytuł to Tolkien’s Oxford: Oxford Through the Eyes of Tolkien (’Oksford Tolkiena: Oksford oczami Tolkiena’). Autor, znany działacz angielskiego fandomu, w kwietniu 2006 wydał inną książkę-przewodnik, poświęcony tolkienowskim miejscom w okolicach Birmingham. Wcześniejsza praca nosiła tytuł The Roots of Tolkien’s Middle Earth (wzmiankowaliśmy ją tutaj). […]

Elendilion - Tolkienowski Serwis Informacyjny » Blog Archive » Tolkienowski spacer po Warwick, dnia 19.11.2008 o godzinie 15:12

[…] Warwick podczas naszej tegorocznej wyprawy do Anglii śladami Tolkiena. Zapraszamy Was na kolejne nasze […]

Elendilion – Tolkienowski Serwis Informacyjny » Blog Archive » Drzewiec z Moseley, dnia 18.09.2010 o godzinie 15:51

[…] to miejsce podczas naszej wyprawy do Anglii śladami J.R.R. Tolkiena w 2008 roku (patrz relacja). Teraz ma tam stanąć niezwykły pomnik…, pomnik Enta.  W ten sposób mieszkańcy okolicy, w […]

Elendilion – Tolkienowski Serwis Informacyjny » Blog Archive » Potomstwo sosny Tolkiena – ciąg dalszy, dnia 13.05.2011 o godzinie 2:24

[…] przyjaciółki wspólnej drogi do Anglii śladami Tolkiena (wyprawa ta miała miejsce w 2008 – tutaj znajdziecie relację). To one zadbały o przekazanie szyszek z Oksfordu do Nadleśnictwa Skierniewice. […]

Zostaw komentarz