Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Wojna święta

Wspomianałem kilka dni temu ciekawą książkę Pearce’a. Opisany w jej środkowych rozdziałach oksfordzki krąg towarzystko-artystyczny, skupiający takie sławy jak C. S. Lewis, J.R.R. Tolkien czy O. Barfield, znamy chyba wszyscy. Inklingowie. Nazwa, która mówi sama za siebie. Odmieniana przez wszystkie przypadki, znajduje swoje miejsce w każdej biografii wspomnianych profesorów-pisarzy, poważnej pracy badawczej na ich temat, dyskusji na forach. Niejeden chciałby choć przez chwilkę cofnąć się w czasie i usiąść gdzieś w ciemnym kąciku pubu „Eagle and Child” przy St Gilles Street, żeby zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy jak to było, gdy przy pincie piwa lub cydru, przy aromatycznej fajeczce, toczyły się tam sławetne dysputy, odczyty, rozmowy. Tolkiena, Lewisa, Williamsa, Havarda, czy Dysona…

Inklingowie nie byli monolitem. Bardzo się różnili w swoich poglądach na świat. Nie wszyscy byli chrześcijanami. Nie wszyscy byli miłośnikami fantazji. Dochodziło do tak wielkich sporów, że spokojnie można je nazwać za autorem C.S. Lewis a Kościół katolicki wojnami religijnymi (str. 93). Na przykład, gdy w pewnym momencie zaczęli dominować w grupie katolicy (Tolkienowie – ojciec i syn, Christopher, doktor Havard, a oprócz nich James Dundas-Grant, George Sayer, ojciec Gervase Mathew OP), anglikanin Hugo Dyson kilka razy zagroził, że jeśli jeszcze jakiś papista dołączy do Inklingów, to on odejdzie (ze wspomnień Warrena Lewisa, w książce Pearce’a str. 98). Kwestie wyznaniowe i polityczne były często powodem wielkich sporów. Jeden z nich opisałem wzmiankując kiedyś Roya „Obieżyświata” Campbella. Przez całe lata trzydzieste i czterdzieste Lewis i Tolkien toczyli batalie religijne, zarówno między sobą, jak i z innymi członkami tego kręgu towarzystkiego. To, co się liczyło najbardziej, to sztuka prowadzenia sporu. Choć na spotkaniach brak było „jakichkolwiek reguł, funkcji, programów i formalnych wyborów” to szczególnie nie tolerowano tam osób „przemawiających autorytatywnie, acz bez dowodów, którzy sprowokowani uciekają się do wrzasku” (słowa Warnie’ego Lewisa, cytowane na str. 94). Nieuczciwa dyskusja i kłótnie – tego Inklingowie próbowali za wszelką cenę uniknąć.

W książce Lewisa pt. Cztery miłości (piękna rozprawa o miłości-przywiązaniu, przyjaźni, miłości romantycznej i miłosierdziu – gorąco polecam) autor opisał fenomen Inklingów, którzy mimo różnic, mimo sporów, umieli żyć w przyjaźni i trwali na swoich spotkaniach przez kilka dziesięcioleci. Lewis pisze tam między innymi:

Naszym przyjacielem może być człowiek, który się z nami zgadza na to, że pewne problemy, lekceważone przez innych ludzi, są jednak bardzo ważne. Nie potrzebuje się on z nami zgadzać co do sposobu ich rozwiązania (…).

Katolik (np. Tolkien), anglikanin (np. Lewis), teozof (Barfield) i ateista (Griffiths) – wydaje się, że światopogląd nie pozwoli w takim gronie na przyjaźń. A jednak… Wystarczy, że istnieje zgoda, co do tego, że na pewne tematy warto się spierać. I że nie wolno się kłócić.

Gdy w naszych własnych „świętych wojnach” sięgamy do chwytów erystycznych, do argumentów ad personam, do dywersji, do przekręcania cytatów i podstępnych metod zbijania z tropu naszego adwersarza, zatrzymajmy się na chwilkę i doceńmy samą możliwość prowadzenia sporu. Nie zgadzamy się często co do spraw religijnych, etycznych (pamiętacie spory nt. fascynacji złem, homoseksualizmu?) i politycznych (polityczne poglądy Profesora). Ale jest czymś naprawdę niezwykłym, że jesteśmy razem – my, których połączył profesor Tolkien – i że pewne sprawy są dla nas wszystkich tak ważne, że aż godne słownej batalii.

I nie kłóćmy się…

Kategorie wpisu: Eseje tolkienowskie

Brak komentarzy do wpisu "Wojna święta"

Zostaw komentarz