Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

“Zdrada Gondolinu czyli 10 w skali Beauforta”
Relacja Achiki z Tolk Folku 2007

Za zgodą Autorki przedstawiamy jej relację z tegorocznego Tolk Folku. Tekst ten pierwotnie znalazł się na Forum Hobbitonu (tutaj).

Zdrada Gondolinu czyli 10 w skali Beauforta.

W sobotę wczesnym przedpołudniem bielawska taksówka wioząca Dextera, mnie i furę bagażu wyhamowala ze zgrzytem na wysypanym żwirem podwórzu państwa Jedoniów. Dom świeżutko otynkowany na lekki różyk, z zabudowanym gankiem i balkonem wyglądał tak odmiennie, że – przysięgam – przez sekundę myślałam, że kierowca pomylił adres… Kolejną zmianą był płot odgradzający około 1/3 łąki; jak się okazało, gospodarze sprzedali ten kawałek ziemi na działkę rekreacyjną, na razie bez prawa zabudowy. Reszta wyglądała tak samo jak zawsze: drzewa, strumyk, pokryte rzęsą jeziorko Czatownika… Pod lasem niczym kolorowe kwiaty rosło już kilka namiotów, wśród których szczególnie rzucała się w oczy wielka, biało-różowo-błękitna czwórka, która wkrótce dorobiła się miana Różowej Landrynki.
Mały traktorek akurat kończył kosić łąkę, więc zaczęłam zbierać ościste łodygi traw celem podesłania ich pod namiot, żeby było miękko. Cześć obecnych (Balduran, Hithlome, Sam) na ten widok również zaczęła znosić naręcza słomy, gromadząc je na kupę w pobliżu ogniska. Żałuję teraz, że nie zrobiłam zdjęcia, bo można by je podpisać: „Ci z tolkfolkowiczów, których nie było stać na opłacenie noclegu, mogli go odpracować w polu u gospodarza”.
Później były różne wesołe fazy: Sam zrobił sobie krawat z kawałka biało-czerwonej taśmy odgradzającej Czatownika i mówił, że to Samoobrona, było też SAMobójstwo SAMuraja i inne takie wygłupy. W niedzielę poszliśmy na pizzę – wygłodniali chłopcy, widząc pokrywy od studzienek kanalizacyjnych podzielone metalowymi żeberkami na 6 części stwierdzili, że to szlak wskazujący drogę. W ogródku pizzerii „Rodos” (lokal zajmuje cały piętrowy domek, a szczególnie fascynująca jest damska łazienka, wyposażona w dżakuzi) zestawiliśmy trzy stoły, Dexter i Kristof rozłożyli cieniodajny parasol, a ja pstryknęłam im przy tym fotkę pasującą do ich ulubionej piosenki o łysym bosmanie. Zdjęcie ma tytuł „Dalej, chłopcy, ciągnąć fały”, ale na razie nie mogę go wrzucić na forum, bo ma ciut za duży rozmiar.
Czas upływał na witaniu nowo przybyłych ludzi, wyprawach do sklepu, nad zalew. strzelaniu z łuku i walczeniu na miecze. Kiedy przyjechała Basia z gitarą, mogliśmy wreszcie pośpiewać przy ognisku – dla mnie to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy na Tolk Folku. Ogień i śpiew dają niezwykłe poczucie wspólnoty, a iskry ulatujące w rozgwieżdżone bielawskie niebo z wyraźnie widoczną Drogą Mleczną to widok, który się zapamiętuje na zawsze.

Po odśpiewaniu „Elek in the Jar”.
Paulina: Tolk Folk został oficjalnie otwarty.

Po paru dniach przyjechał też Adiemus, przywożąc „Żale Szeloby”, które tak mi się spodobały, że już po dwóch czy trzech odśpiewaniach pamiętałam 3/4 tekstu. „Przyszli, oślepili, pokłuli, pobili, a jeszcze podarli mi sieci.” Śliczne. Słyszałam też, jak Adi w sektorze Kompanii Boromira grał „Żale Bombadila” i też były cudne, ale później już tej piosenki nie słyszałam (czemu?).
Jak zawsze, dwa razy dziennie przez łąkę przechodziło stado rudych krów, tym razem z wyraźnie większą liczbą małych cielaczków niż w poprzednich latach. Ogromny, tłusty byk wyglądał jak góra mięsa na czterech nogach, a jedna w tym czerwonym stadzie czarno-biała holenderka sprawiała wrażenie zwierzaka z innej bajki. Podsumowałam, że wygląda jak student na wymianę.

W sobotę i niedzielę była piękna pogoda, poniedziałek wstał pochmurny, a o piątej po południu, prawie jak w piosence:

„O pokład statku uderzył deszcz i padał tak do rana…”

Tyle, że deszcz się rano nie skończył i przepadał jeszcze przez cały wtorek. Gdyby nie ogrodowe daszki, z których jeden przywiozła Ewa Gajda, a dwa Ring zakupił w Dzierżoniowie, nie dałoby się w ogóle wytrzymać, bo z dużych, kwadratowych namiotów harcerskich, które jak zwykle wypożyczyli nam gospodarze, jeden silnie przeciekał a w drugim zalęgło się ZUO. Dzięki daszkom mogliśmy siedzieć jak cywilizowani ludzie przy stołach, a dzięki pomarańczowemu czajniczkowi Kristofa nigdy nie brakło nam gorącej herbaty. We wtorkowy wieczór herbata okazała się płynem niedostatecznie rozgrzewającym i uczestnicy sięgnęli po inne, ale pominę ten fragment milczeniem.

Ewa (siedzi i pracowicie szydełkuje złoty rękaw do swojej nowej szaty).
Sam: Nitka się kończy.
Ewa: Jest jeszcze druga.
Sam: Eryk się nią bawił.
Baśka: Jest druga nitka. Sięga stąd do zalewu Sudety.

W czwartek miasteczko namiotowe rosło w oczach, Kristof wskazywał miejsca do rozbijania namiotów a ja, kiedy tylko mogłam, witałam „tych, którzy pierwszy raz”, szczególnie tych dowożonych przez rodziców, i udzielałam wszystkich możliwych wskazówek. Strażnicy Północy pomalowali i wkopali Białe Drzewo, na którym zawisł ich niebieski sztandar (mam zdjęcie niepomalowanego jeszcze drzewa leżącego samotnie w półmroku namiotu-beczki, co wygląda jak jakaś osobliwa instalacja artystyczna).
O 19:00 odbyło się oficjalne otwarcie, tym razem bez niebieskiego daszku, ale wobec pięknej (znów) pogody nie był potrzebny, a nawet bez niego było lepiej, bo nasi dyżurni paparazzi mogli spokojnie pstrykać ujęcia z dowolnych miejsc. Elek przedstawił planowane punkty programu, przedstawił Adama Kleina z żoną, którzy mieli poprowadzić warsztaty wokalne (bardzo mili ludzie), Anita przedstawiła plan bitwy, Elek oficjalnie namaścił Kristofa na Strażnika Ithilien a mnie na jego zastępcę, na koniec odczytałam pocztówkę z Ofordu, którą Sylwia Wesoła Elfka przysłała na adres gospodarzy z zaznaczeniem, że to do wszystkich tolkfolkowiczów.
Po zapadnięciu zmroku wokół ogniska stłoczyli się ludzie piekący kiełbasy na patykach. Po zaspokojeniu głodu zaczęliśmy śpiewać, tradycyjnie przyjacielsko rywalizując z ekipą Czechów. Brakowało nam wsparcia, bo Adiemus bardzo długo siedział w namiocie-beczce słuchając fanfików tolkienowskich czytanych przez Ringa, mONĘ i inne osoby, i nie chciał się dać wywabić. W końcu jednak wyszedł i wtedy zaczęło się naprawdę fantastyczne śpiewanie.

W piątek w palącym jak na pustyni słońcu odbywały się ćwiczenia szermiercze do bitwy oraz warsztaty wokalne (tłumaczone z angielskiego przez Opara), w trakcie których dowiedzieliśmy się m.in., jaki jest związek między ziewaniem i prawidłową emisją głosu oraz co oznacza śpiewanie przez nos otwarty i zamknięty. Po południu w MOKiS-ie miały miejsce wykłady i inne atrakcje, ale to niech opisze ktoś inny, bo ja, niestety, w nich nie uczestniczyłam.

W sobotę nadal w palącym jak na pustyni słońcu nadal odbywały się ćwiczenia szermiercze do bitwy, natomiast warsztaty wokalne zostały przeniesione nad strumień, gdzie była odrobina cienia. Chóralne odśpiewanie „Gondolin zdradzony” brzmiało naprawdę imponująco, żałowałam tylko, że na wieczornym występie z pewnością nagłośnienie będzie takie, że i tak nic nie usłyszymy (tak też się stało – jedyną osobą, której muzyka nie zagłuszyła, był sam Klein, w końcu profesjonalista).
Po obiedzie ZUO poobwijało się „pokrwawionymi” bandażami, sformowało swój pochód w wersji ocenzurowanej (cenzura dotyczyła głownie piosenek, nie wiem, czy zrezygnowali z osmalonego mięsa i poodcinanych kończyn, bo widziałam ich tylko z daleka, wracając znad zalewu) i wyruszyło do parku, gdzie udali się również pozostali uczestnicy, ubrani w swoje najładniejsze stroje. Kiedy tam dotarłam po piątej, zabawa trwała już na całego, rozpoczął się Bieg Hobbicki (spóźniłam się na rejestrację, niestety), w budkach sprzedawano smakowitą gotowaną kukurydzę, popcorn i kiełbaski, a także rozmaite odpustowe zabawki, dzieciaki woziły się na wielkim, kasztanowatym koniu i skakały po nadmuchiwanym zamku.
Bieg Hobbicki w tym roku został podzielony na wersję dziecinną i dorosłą, co wydaje się dobrym pomysłem. Tym razem teren nie był ogrodzony, dzięki czemu można było z bliska robić zdjęcia uczestnikom – ale również przez to byli oni częściowo zasłaniani. Potem był turniej łuczniczy (Aragorn i Bąku jako dwaj trędowaci paralitycy zostali nagrodzeni dzikimi wybuchami śmiechu, a generalnie wszyscy uczestnicy pięknie wyglądali w promieniach zniżającego się słońca) i bicie rekordu w tańcu hobbickim. Trzy lata temu tańczyliśmy go w ośmioosobowych grupkach, tym razem członkowie zespołu Comhlan (Comlahn?) ustawili nas w gigantyczne koło i kazali odliczać, żeby sprawdzić, czy rekord (80 osób) zostanie pobity. Musieliśmy wezwać posiłki w postaci Elka, który zresztą przypłacił taniec kontuzją nogi.

Dziewczyna z zespołu: Zróbcie takie wielkie koło i niech wszyscy wezmą się za ręce.
(wszyscy robią, co kazała).
D.z.z: A teraz stańcie na jednej nodze.
(wszyscy stają).
D.z.z.: I podskoczcie.
(wszyscy skaczą).
D.z.z. (cichutko): Mam władzę absolutną…

Rzecz jasna, hobbicki taniec tańczy się boso, więc było wiele radości przy pokonywaniu wysypanej drobnym, kłującym żwirkiem dróżki przecinającej parkową łączkę. Obite nogi można było za to ochłodzić w miniaturowym bagienku, które utworzyło się w miejscu, gdzie obsługa techniczna beztrosko wylała wodę z baseniku będącego w Biegu Hobbickim przeprawą przez Anduinę. Zapadaliśmy się po kostki… Na koniec byliśmy niemożebnie zziajani, ale bardzo zadowoleni.
Potem nastąpiła przerwa techniczna i próby (można było wyskoczyć coś zjeść), a o 22:00, w całkowitej już ciemności, zgromadziliśmy się, aby obejrzeć spektakl (lub – w przypadku części osób – w nim zagrać). Mój adoptowany syn paradował w czymś w rodzaju atłasowego szlafroka i wielce błyszczącej koronie na głowie, Maeglin był krótko ostrzyżonym blondynem (ku rozpaczy Kasiopei, którą o tym fakcie poinformowałam esemesowo – zasugerowała ufarbowanie go pastą do butów…), Tuor miał fajny strój, reszty postaci niestety nie kojarzę (wiem, że jakąś ważną rolę miała Anita, ale zabijcie mnie, nie powiem, kogo).
Scena wyglądała w taki sposób, że w poprzek parkowej łąki rozstawiono płotki i taśmy, oddzielając część, na której stały dekoracje: wielki, biały ekran, estrada, pełniąca rolę królewskiego zamku (wcześniej służyła m.in. do wręczania nagród zwycięzcom poszczególnych konkursów i turniejów), fontanna z pomalowanego styropianu, drewniany mostek, solidna brama grodu z dwiema wieżyczkami i czarno-czerwona wisząca płachta symbolizująca Angband, z drzemiącym pod nią smokiem.
Przed spektaklem wysłuchaliśmy „Gondolinu zdradzonego” w wykonaniu Adama Kleina i chóru tolkfolkowiczów, Tadeusz Olszański i Małgorzata Pudlik z ŚKF-u wręczyli Elkowi Śląkfę, którą otrzymał w kategorii Fana Roku (szkoda tylko, że nie zrobili tego na podium, ale tuż przy płotku, w takim miejscu, że może z 10 najbliżej stojących osób mogło cokolwiek widzieć). Potem z głośników odezwała się muzyka i głos Elka, będącego narratorem poszczególnych wydarzeń. Obejrzeliśmy przybycie Tuora do Gondolinu, początek znajomości z… eee, nie pamiętam tego imienia na I, ślub, zazdrość Maeglina… kiedy Maeglin wyszedł z grodu i został schwytany przez orków, porzuciłam moje całkiem niezłe miejsce obserwacyjne naprzeciwko fontanny i przeniosłam się na prawo, sądząc, że bitwa rozegra się pod groźnie i „mordorsko” wyglądającymi dekoracjami (poza tym nagłośnienie było takie, że bałam się, że przy natężeniu bitewnym rozsadzi mi głowę). Nie było to dobrym posunięciem, bo całą bitwę widziałam z daleka, a topienia Balroga w fontannie – wcale. Tym niemniej to, co widziałam, bardzo mi się podobało, zwłaszcza pląsy dwórek i bitwa. Szkoda, że przestrzenny układ dekoracji sprawiał, że widzowie stojący dalej nie mieli szans zobaczyć wielu szczegółów. Poza tym często nie było wiadomo, gdzie patrzeć, bo światło reflektorów nie podkreślało, w którym miejscu rozgrywa się coś szczególnie ważnego (np. widziałam odbicie zaatakowanej przez Maeglina rodziny Tuora, ale śmierci Maeglina już nie, zresztą tego więcej osób nie widziało, bo chyba walka częściowo ich zasłoniła).
Szumnie zapowiadane fajerwerki ograniczyły się do zimnych ogni tryskających ze smoczej paszczy (smok był od środka poruszany przez Bąka na zasadzie taczek, a Baron szedł przy pysku, co momentami wyglądało jak prowadzenie konia za uzdę) i kilku dość nędznych tulej wbitych w ziemię. Mając w pamięci pokazy fajerwerków na Tolk Folkach w latach 1999 i 2000, spodziewałam się czegoś innego… Taniec z ogniem też był mało efektowny w porównaniu z tym, co widziałam choćby na jubileuszu XXV-lecia ŚKF-u. Natomiast ekipa grająca orków i elfów zdecydowanie dała z siebie wszystko. A jak fajnie się później słuchało ich opowieści!…

Po zakończeniu spektaklu Elek podziękował wszystkim, a wszyscy Elkowi, i podstawiono autobus, który zawiózł nas w okolice pola namiotowego. Część wariatów poszła na nocną kąpiel w zalewie, część zgromadziła się przy ognisku, a niektórzy, jak z boku podpisana, padli spać.

W niedzielę Elek przyjechał na pole namiotowe, rozdał uczestnikom bitwy pamiątkowe koszulki, a reszcie – metalowe znaczki i pożegnał się. Aragorn uroczyście przekazał Nagrodę Dekla tegorocznemu laureatowi, którym został Gandi – za pomysł z niewidzialnym kajmanem. Wręczenie odbyło się w ten sposób, że zakuli nagrodzonego w dyby (z komentarzami: „No to pa, do przyszłego roku!…”), a Dekla włożyli mu na głowę.
W niedzielę wieczorem część ekipy udała się w strojach i z mieczami do kościoła, gdzie odmówili po łacinie „Ojcze nasz” i wyszli. Trochę żałuję, że tego nie widziałam, choć na podstawie ich opowieści jestem w stanie dość plastycznie to sobie wyobrazić.
Większość ludzi rozjechała się w niedzielę i w poniedziałek panowała już niemrawa i dekadencka atmosfera, wzmagana jeszcze tropikalnym upałem (daszek Ewy uległ zniszczeniu w czasie jednej z nawiedzających obozowisko straszliwych porannych wichur, a daszki Ringa w czasie innej wichury złożono, bo groziło im, że pofruną), w wyniku czego koczowaliśmy pod jedynym na polu drzewkiem i częściowo w cieniu większych drzew, nie przejmując się tym, że cień ów pada wyłącznie w pobliżu kibelka i zasobników na śmieci. Młodzież z nudów wchodziła w kolejne fazy, na przykład pisanie sobie markerem różnych rzeczy na różnych częściach ciała (zdecydowanie najlepszy był napis „Nike” pod blizną na żebrach Dextera, dokładnie w kształcie logo tej firmy) i fotografowanie się w pozach „aniołków Charliego” (fajne też było robienie zdjęcia z niewidzialnym kajmanem: „Jeszcze jedno, bo pysk odwrócił!”). Poza tym chodziliśmy pływać w zalewie o różnych porach doby (tuż po zachodzie słońca było po prostu bosko… woda srebrno-fioletowa jak rtęć i gładka jak aksamit…), a mnie się udała wycieczka z Olą na Trzy Buki (taka góra).

***
Tyle raportu, mam nadzieję, że nic nie poprzekręcałam.

Kategorie wpisu: Fandom tolkienowski

1 komentarz do wpisu "“Zdrada Gondolinu czyli 10 w skali Beauforta”
Relacja Achiki z Tolk Folku 2007"

Ankalime, dnia 21.08.2007 o godzinie 22:03

Idril… to imię na I… ;)

Zostaw komentarz