Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Dzienniki islandzko-tolkienowskie (+ zdjęcia)

Wróciłem niedawno z Islandii. W czasie 17-dniowej podróży prowadziłem zapiski. Oto mój dziennik z wyjazdu na Wyspę Ognia i Lodu śladami św. Brendana. Islandia oczyma Tolkienisty. Zamieszczone zdjęcia w większym formacie znajdziecie tutaj.

Galadhorn przy wodospadzie Gullfoss (Islandia)

Piątek 22.06 i sobota 23.06

Jest godzina 19.20 czasu pokładowego. Słoneczny wieczór na północy Półwyspu Jutlandzkiego w porcie Hanstholm. Ruszamy w atlantycki rejs już za około pół godziny. Mamy za sobą ponad dobę podróży przez Śląsk, Niemcy i Danię. Rozpoczęliśmy naszą pielgrzymkę w Katowicach wczoraj o 16.30. Świetny autokar, znakomici kierowcy – Arek i Roman – dobrana grupa pielgrzymów pod przywództwem księdza proboszcza Władysława Kolorza z parafii św. Michała Archanioła na tzw. „Ptasim Osiedlu” w Brynowie, (tej lepszej) dzielnicy Katowic. Rozpoczęliśmy wesoło od urodzinowego „przyjęcia” jednej z naszych sióstr pielgrzymkowych, pani Marzeny. Ksiądz Władysław zadbał, żeby każda minuta wyjazdu była jak najbogatsza. Modlitwa, ciekawe filmy i nagrania, zabawne konkursy – np. nieśmiertelne „Bingo” z hojnymi nagrodami. Już wczoraj namyślaliśmy się też, jaką niespodziankę przygotować dla pielgrzymów na poranek dnia następnego, bo program na sobotę nie przewidywał żadnych atrakcji oprócz wieczornego zaokrętowania się na zmierzający w kierunku Wysp Owczych prom linii Smyril Line (powinniśmy wyruszyć za 20 minut! Zaczęły działać silniki naszej statecznej jednostki pływającej…). W Polsce zatrzymaliśmy się dwukrotnie przy coraz nowocześniejszej autostradzie A4. Koło Olszyny, w której przekraczaliśmy granicę z Niemcami, spożyłem mojego (zapewne) ostatniego schabowego na tej pielgrzymce. Potem film Król Szkocji (ze wspaniałą kreacją Whitekera – niestety nie wiem, jak się ten oskarowy majstersztyk zakończył, bo zwyciężyło zmęczenie)… Chcieliśmy jeszcze przed nocą zatrzymać się na jakiś postój w Niemczech, ale wszyscy posnęli snem sprawiedliwych… Dopiero około 3.00 w nocy przy okazji zmiany panów kierowców cała procesja zjaw wyłoniła się z autokaru zmierzając ku upragnionym toaletom. Fajnie zorganizowałem sobie w tym roku wyżywienie. Ponieważ na tym wyjeździe nie ma zapewnionych śniadań i obiadokolacji (Wyspy Owcze, a szczególnie Islandia to kraje niezwykle drogie), wspólnie z księdzem Władkiem i kolegami – Piotrem „Edhelgúrionem” (z Elendilich) i Antonim zaopatrzyliśmy się w wielkie ilości polskiego prowiantu. Chcielibyście zobaczyć przerażone miny kierowców, gdy Antek (właściciel firmy spożywczej i znakomity kucharz) oraz Piotrek wnosili skrzynki z naszą aprowizacją! Ale nie musimy obawiać się głodu (oby tylko szanowni celnicy na Islandii wpuścili nas na wyspę z tym jedzeniem…).

Widzimy, że za chwilkę na prom wjedzie nasz autokar. My z bagażami jesteśmy tu już od dwóch godzin (zdążyłem się już wykąpać, przebrać, napisać – jak widać – kawałek dziennika pokładowego…). Promy tych linii mają zwyczaj się spóźniać, więc nie zdziwmy się, gdy wyruszymy nie o 21.00, a na przykład o 22.00 (czasu duńskiego – tu, na pokładzie obowiązuje czas „owczy”, czyli taki, jak na Wyspach Owczych). To był bardzo piękny dzień, a stało się to zupełnie nieoczekiwanie. Gdy raniutko otwarłem oczy (po bardzo niewygodnej nocy w autobusie, bo przez Niemcy jechaliśmy nocą – trasa Frankfurt amm Oder, Berlin, Hamburg) byliśmy już w Danii, 100 km od granicy z Niemcami. Ponieważ i Niemcy, i Królestwo Danii należą do strefy Schengen, przekraczanie granic jest niezauważalne – jedynie znak na autostradzie. Wpierw godzinny postój na toalety i śniadanko (super bułeczka z serem oraz kabanosik, do tego boska autokarowa kawa… miodzio!), a potem burza mózgów odbyta z księdzem Władkiem i kierowcami. Wpadliśmy na genialny pomysł, żeby urozmaicić sobie dzisiejszy dzień zjeżdżając przede wszystkim z autostrady do miejscowości Vejle (czyt wajle), potem do duńskiego Gniezna, czyli do wpisanego na listę UNESCO Jelling, a na końcu do Legolandu – świata małych kolorowych klocków, w którym wspaniale czują się tak dzieci, jak i dorośli. Ponieważ nasz prom rusza wieczorem (jest już 21.15, a my ciągle w porcie – dobrze, że nasz bus jest już na dolnym pokładzie), mieliśmy do dyspozycji dużo czasu. I czas ten wykorzystaliśmy naprawdę dobrze.

Vejle to niewielki port nad malowniczym fiordem o tej samej nazwie (osoby znające fiordy norweskie uśmiałyby się z duńskich fiordów – tu najwyższe góry osiągają około 300 m n.p.m.). Jest tam jeden ważny zabytek – wielokrotnie przebudowywany kościół św. Mikołaja. Właściwie jest to nie tyle kościół, co luterański zbór, ale ponieważ parafia św. Mikołaja w Vejle ma już około 800 lat, był to przed XVI-wieczną Reformacją rzeczywiście kościół. Jesteśmy na pielgrzymce, w naszej blisko 40-osobowej grupie mamy kapłanów z całej Polski. Każdego też dnia chcemy uczestniczyć w Eucharystii. Dlatego Vejle wydało nam się idealnym miejscem do odprawienia Mszy. Przed dojazdem do centrum zatrzymaliśmy się przy jednym kościele (jak się okazało to też był zbór, choć tak bardzo przypominał nasze posoborowe nowoczesne świątynie), ale pastorzy chyba jeszcze spali. Była wszak godzina 8.00. Po poszukiwaniach parkingu dla naszego (posługując się wikińskim kenningiem) „pożeracza szos”, znaleźliśmy się pod zbudowanym z czerwonej cegły (O! Zaczęły się kręcić śruby okrętowe… Chyba w końcu wypłyniemy. Już się nie mogę doczekać, bo w barze nie chcą na razie sprzedawać alkoholi, a mam chrapkę na piwo Føroya Bjór (założę się, że znaczy to ‘piwo farerskie’) z gatunku veðr, co podobno oznacza pilznera… Ale piwo sprzedadzą dopiero poza wodami terytorialnymi Królestwa Danii (Czemu! Przecież Małgorzata II nie wprowadziła prohibicji w tym jakże piwnym, nie stroniącym nawet od napojów bardziej wyskokowych kraju!). To był dość męczący dzień i piwo byłoby dobrym zwieńczeniem „roboczodnia”. Trzeba poczekać. Trudno…

O! Teraz śruby zaczęły pracować pełną parą… Cały prom drży. Świetnie. Ale wróćmy do Vejle. Teraz zrobi się ciekawiej, bo będzie o zdarzeniu, którego nie obawiam się nazwać cudownym. (Właśnie zgasły światła – śruby pobierają coraz więcej mocy? Tadam! Jest 21.45 czasu duńskiego. Właśnie zaczął się prawie dwudniowy rejs na Wyspy Owcze – do stołecznego portu w Tórshavn. Płyniemy na Północ! Zachodzące słońce tego wyjątkowo długiego dnia pada prosto w okna baru, w którym cierpliwie czekam na piwo). Wracając do cudu w Vejle… Wiedzieliśmy, że zbór św. Mikołaja otwierają o 9.00, a była dopiero 8.30. Śmiało jednak podeszliśmy pod kościół, ktoś nacisnął na klamkę i drzwi do tej wiekowej świątyni łatwo się otwarły. Znaleźliśmy się w typowym protestanckim wnętrzu: jasne ławki, obrazy przedstawiające ojców Reformacji, prosty, wręcz ascetyczny wystrój. Zaraz poszukaliśmy głównej atrakcji tego kościoła (Łał, ale fajnie buja! Ciekawe, kto pierwszy z mojej grupy dostanie choroby morskiej! Oby nie pilot…), czyli kaplicy grobowej ze szklanym sarkofagiem, w którym przechowuje się – jak dawniej wierzono – ciało królowej wikingów Gunhildy Norweskiej, a jak się okazało po współczesnych badaniach – mumię bagienną kobiety żyjącej w epoce żelaza, około VI w. przed Chr. Wróćmy jednak do cudu. Zamarzyła nam się Msza Św. w tym wiekowym miejscu. Przed wiekiem XVI codziennie odbywała się tu Eucharystia. Co jednak zrobić, gdy nie ma nigdzie pastora albo przynajmniej kościelnego? Zanim się spostrzegłem, ksiądz Władek już zarządził, że poradzimy sobie bez oficjalnego zezwolenia. Kapłani przygotowali prowizoryczny ołtarz na stole, bo nie chcieliśmy ruszać tego zabytkowego. W kilka chwil wszystko było gotowe, rozległ się śpiew wiernych i zaczęliśmy naszą Eucharystię. A cud? O godz. 9.00, w czasie liturgii Słowa pojawił się w kościele zdziwiony kościelny. Okazało się, że kościół przed 9.00 powinien być zamknięty na trzy spusty! Jak to się stało, że udało nam się do niego wejść? Teraz nikt nie odgadnie. Czy poprzedniego dnia zapomniano nam go zamknąć? A może to sam św. Mikołaj chciał takiej sobotniej „rekatolizacji” protestanckiego zboru i dzięki jego niebiańskiej interwencji puściły spusty zamka? Kościelny nie miał już chyba wyjścia. Papiści opanowali na czterdzieści minut powierzony jego pieczy zbór. Zastanowiła mnie obecność pewnego starszego pana, który z wielką pobożnością brał udział w naszej Mszy, choć niestety wyszedł podczas Komunii. No i zabawne mi się zdały twarze Marcina Lutra i Filipa Melanchtona na naściennych portretach, którzy jakby z niedowierzaniem spoglądali na zgromadzonych wokół stołowego ołtarza katolickich kapłanów. Msza była okazją do modlitwy o jedność podzielonych chrześcijan, a ja sam pomodliłem się również za duszę kobiety, utopionej przed dwu i pół tysiącami lat w duńskim bagnie. Może na jej zmumifikowanej twarzy pojawił się na moment uśmiech?

Po Vejle ruszyliśmy do odległego o 12 kilometrów Jelling. Przyznam się – troszkę pobłądziliśmy, ale dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć sielską duńską wieś. Jelling to niezwykłe miejsce. Tu odbywały się przedchrześcijańskie obrzędy, tu kwitł kult bogów z rodu Asów i Vanów. Tu pogański konung Danów, Gorm, pochował swoją małżonkę, Thyrę, tu chrześcijański król Harald Sinozęby pochował swojego ojca Gorma. W Jelling znajduje się kościół z początków chrześcijaństwa w Danii – z roku 960. Tu są dwa królewskie kopce grobowe. Pod jednym z nich w XIX w. odkryto szczątki Thyry. Ciało króla Gorma Harald przeniósł do chrześcijańskiej świątyni. Wreszcie to właśnie tutaj znajdują się dwa sławne kamienie runiczne – jeden postawiony przez Gorma, a drugi przez Haralda. Na kamieniu Haralda znajduje się piękny wizerunek Ukrzyżowanego. To ponoć najstarszy wizerunek Pana Jezusa na Północy. Te wszystkie walory sprawiły, że Jelling wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Czy mogliśmy się znaleźć w bardziej znaczącym miejscu u samych początków naszej pielgrzymki?

Po półgodzinnej podróży dotarliśmy do Legolandu – wspaniałego parku rozrywki dla dzieci i dla dorosłych. Bilet jest drogi (grupowy kosztował 195 koron, czyli około 100 zł), ale warto znaleźć się na kilka chwil (w naszym wypadku było to półtorej godziny) w krainie beztroski i zabawy. Setki pięknych skandynawskich rodzin, których dzieci są tak ważnymi członkami. Śliczne małe blondaski. Radość zobaczyć tak pięknych ludzi. Do tego setki zabaw, rozrywka na dobrym poziomie, walor edukacyjny. Miniatury europejskich zabytków z klocków LEGO, cały asortyment wesołomiasteczkowych urządzeń wykonanych jakby z kolorowych cegiełek, aktorzy pod gołym niebem (świetna inscenizacja na temat zdobywania zamku i ręki księżniczki przez śmiesznego księcia). To był naprawdę wesoły czas. Jelling to był mój pomysł, ale pomysł księdza Władka z Legolandem był równie udany.

A potem ruszyliśmy do Hanstholm w rytmie dziesiątków różańca i do melodii chrześcijańskich pieśni śpiewanych przez naszą dzielną grupę. W porcie zjawiliśmy się około 16.30. Potem był czas na przepakowanie się, odwiedziny w restauracji (pyszna pizza!) i w końcu dotarliśmy do check-in. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Ja ostatecznie znalazłem się w mojej 4-osobowej kabinie, wziąłem prysznic, przebrałem się… Pisałem już o tym. Teraz siedzę w barze przy szklanicy piwa (całkiem dobre to „owcze” piwo), słucham przygrywającego nam zespołu i czasem spoglądam w okno, za którym szarzeje niebo (jest już 22.00 czasu pokładowego), Morze Północne (a może to już Atlantyk?) przybiera coraz głębszą barwę. Kończy się drugi dzień naszego pielgrzymowania na daleką Północ. Jeszcze tylko sprawdzę na specjalnym monitorze, jak daleko odpłynęliśmy od Jutlandii i idę do łóżka. Książka, a potem zasłużony (No, mam nadzieję, że tak) odpoczynek. Jutro cały dzień na morzu…

Za oknem nastała oceaniczna noc…

Kościół w Jelling

Kamień runiczny z Jelling

Niedziela świętojańska 24.06

Jest godzina 7.20 czasu pokładowego. To była pierwsza na tej pielgrzymce noc w łóżku (trudno powiedzieć, że we własnym, ale prawie własnym). Wieczorem nie obyło się bez przygód, oczywiście. Wskoczyłem na moją wąziutką, położoną pod sufitem, pozbawioną poręczy kuszetkę około godz. 22.15. Za chwilkę miałem okazję poznać mojego sąsiada-współspacza… Zasapany wytatuowany jegomość z ręką na temblaku wtoczył się do kajuty. Przedstawiliśmy się sobie (nie zrozumiałem, czy pochodzi on z Północnej Irlandii i ma na imię Martin, czy może z Północnej Islandii i ma na imię Magnus), facet na chwilkę przysiadł na swojej koi, wyciągnął spod poduszki pół litra jakiegoś skandynawskiego alkoholu i zaproponował toast z gwinta… Zrozumiałem, że to Wiking… Przed oczyma przetoczył mi się profetyczny widok Wikingów narżniętych wódą w mojej kajucie. Odmówiłem grzecznie – ktoś tu musi być trzeźwy… Słowianin w krainie Wikingów musi być ostrożny i uważny. Na pewno tak by mi doradził autor Hávamal. Dyplomatycznie zapytałem, któż to zamieszkuje z nami w naszej 4-osobowej kajucie. Dowiedziałem się, że to jacyś Niemcy. Jeden z nich odstąpił mojemu wikińskiemu nowo poznanemu koledze dolną kuszetkę, bo ten miałby problem z wywspinaniem się na górę z ręką na temblaku. Magnus czy też Martin (dziś będzie okazja to zweryfikować) z uśmiechem się pożegnał:

– Idę na dancing… – powiedział i zniknął za drzwiami. Ucieszyłem się, że będę mógł poczytać Introduction to Old Norse E. V. Gordona (zawsze mam ze sobą tę książkę w czasie wypraw do Skandynawii), ułożyłem się wygodnie na mojej coraz bardziej kołyszącej się koi (morze jest spokojne, ale mimo wszystko lekko kołysze), a tu pukanie do pokoju. Zanim zwlokłem się na dół, pukanie się powtórzyło – jeszcze bardziej intensywne. Otwieram wciągając szybko spodnie, a za drzwiami dwoje pielgrzymów z mojej grupy z przerażeniem w oczach:

– Panie Rysiu, zniknęła z pokoju nasza torba z jedzeniem! Pal licho torbę, ale tam było JEDZENIE!

(Nie dziwię się, że byłaby to dla nich szkoda, skoro na promie bufet obiadowy to około 100 zł, a bufet śniadaniowy około 50 – potem zaś będzie tylko drożej, więc trzeba oszczędzać korony… A tak na marginesie, słucham właśnie na moim mp3 zespołu Sequentia – śpiewają fragment z Eddy o krasnoludach, tzw. Dvergamal z Wieszczby Völvy i od razu oczami wyobraźni widzę moich sąsiadów, germańskich krasnoludów, którzy wciąż pewnie chrapią na swoich kojach. Jest godzina 7.50). Wracając do zagubionej przenośnej spiżarni moich turystów, okazało się, że z ich kajuty wyprowadzili się kierowcy z rodziną. W sumie pięć osób. Dopłacili sobie w recepcji i wykupili mniejszą kajutę. Cała moja grupa mieszka w ciasnych kajutach 9-osobowych. „Emigranci” przez pomyłkę wzięli nie swoją torbę (Tak, tak – pewnie skusiła ich smaczna zawartość tego bagażu…). Na szczęście wszystko się wyjaśniło. Żebyście widzieli szczęście w oczach pielgrzymów, którzy odzyskali wałówkę… i szczęście w moich, że mogę wrócić do przerwanej lektury.

Położyłem się znowu, ale długo nie poczytałem, bo zaczęły mi się zamykać oczy. Poprzednia noc w autokarze nie należała do najbardziej relaksujących. Przyłożyłem głowę do poduszki i zasnąłem. Wciąż sam w mojej kajucie, bo sąsiedzi zapewne bawili w barze…

Obudziłem się w ciemnościach… Miarowy grzmot przetaczał się po ciasnym wnętrzu. Trio chrapaczy, spało snem sprawiedliwych. Dawno nie słyszałem takiego chrapania. Nagle jeden z nich się obudził i nogą rypnął z całej siły w kuszetkę nad sobą… Tak, miał rację, bo stamtąd dobiegał najgłośniejszy grzmot. Ucichło, ale tylko na chwilkę. Sprawdziłem zegarek. Była 6.00, czyli minęło mi już prawie osiem godzin snu. Czas wstawać. Czas na zemstę godną Njálla. Poszedłem do łazienki, co na pewno obudziło moich sąsiadów-birbantów. Trudno…

Potem kawa (drożyzna, bo około 8 zł) i pisanie dziennika pokładowego. Tak się rozpisałem, że prawie spóźniłem się na Mszę. Niedzielna Eucharystia miała miejsce na najwyższym pokładzie (nr 8), pod zadaszeniem, ale właściwie już na powietrzu. Świeża poranna bryza, godzina ósma rano. Piękny czas pojednania i Komunii z Panem oraz całą naszą wspólnotą pielgrzymkową. Była to też okazja do złożenia życzeń naszym solenizantom – Janom i Janinom. Tak oto zaczęliśmy nasz midsommar, czyli Dzień św. Jana. Potem była rozmowa z ks. Władkiem, ustalenia na cały dzisiejszy dzień, śniadanie z Antkiem i Piotrkiem (pyszności: gulasz angielski z puszki, kilka pajd polskiego chleba, gorąca herbata. Na pohybel drożyźnie w restauracji!). Posiedzieliśmy sobie na górnym pokładzie, popodziwialiśmy łaskawą pogodę (bogowie morza nam sprzyjają – łagodnie kołysze). Był też czas na zapalenie tytoniu od Telperiona. Kolejne pyszności.

I tak nam mija dzień na pokładzie naszego promu. Może i jemu poświęcę kilka słów… Nasza jednostka to M/S „Norröna” (czyta się to nerrone; co za adekwatna nazwa. Oznacza ona ‘staronordycki’. Tym przymiotnikiem określa się na przykład pradawną religię Północy, prajęzyk ludów skandynawskich itd.), prom linii Smyril. Oto ostatnia jednostka przemierzająca długodystansowy szlak na Atlantyku. „Norönna” pływa na tej trasie od roku 2003. Prom ma prawie 170 m długości, osiem poziomów, 4300 ton wyporności. Może pomieścić 1482 pasażerów (i chyba tylu teraz mieści, bo zajęte są wszystkie kajuty). Obsługuje nas około 120 osób załogi! Mamy tu nawet basen (choć w jego wypadku trzeba by mówić o baseniczku wielkości większej wanny) oraz saunę. Brak niestety internetu – przynajmniej dla pasażerów. Jest kilka restauracji i barów, sklepy, ale wszędzie drożyzna. No i wielu Polaków dookoła. Wśród załogi jest wielu naszych rodaków – i w recepcji, i w barach, wśród brygad sprzątających. Do tego mamy na pokładzie drugą grupę z Polski – 15 ornitologów z Warszawy, którzy podróżują autokarem „Orbisu” i będą na Islandii tydzień dłużej niż my.

I tak lekko się kołysząc na falach, mijając platformy wiertnicze na Morzu Północnym (okazało się, że jeszcze nie jesteśmy na Atlantyku), pożerając fale przed nami, wędrując – używając kenninga Wikingów – „drogą wielorybów”, my, pielgrzymi ze słowiańskiego kraju zmierzamy ku dalekim Wyspom Owczym…

Jest godzina 13.30. Druga kawa dzisiejszego dnia. Czytam znakomity przewodnik po Wyspach Owczych (Marcina Jakubowskiego i Marka Loosa) i obserwuję ciekawe zjawisko. Oto przyczynek do rysu psychologicznego mieszkańców Danii: gra w „Bingo”. Wpierw panie z obsługi (założę się, że jedna z nich to Polka) rozłożyły stoliki, na nich wiele nagród (od chipsów po szampana) oraz specjalne wyświetlacze cyfr, potem zaczęły sprzedaż specjalnych druczków z liczbami (i znowu drożyzna, a myślałem o zagraniu w „Bingo”). Zjawili się praktycznie sami Duńczycy, Farerczycy i Islandczycy. My, zwyczajni turyści z Europy kontynentalnej jedynie obserwujemy. Widzę tu oprócz nas Niemców, którzy znad książek czasem zaglądają, co się dzieje wokół i czasem głośno komentują. Ludzie Północy to ludzie bardzo powściągliwi. Z ich kamiennych obliczy trudno czasem odczytać drzemiące w środku uczucia. Gra w „Bingo” może wywołać entuzjazm. Gdy okazuje się, że zaznaczyliśmy zwycięskie cyfry, wyrywa się czasem z naszych piersi okrzyk radości. Nie tutaj. W sali przez większość gry panowała kamienna cisza. Czasem ktoś głośno mówi „bingo!” i podchodzi po nagrodę. Gdyby nie wikińskie maluchy, byłoby tu prawie jak w grobie. A wyobraźmy sobie „Bingo” w rozemocjonowanej Polsce albo w spontanicznej Hiszpanii. Co za grzeczni i spokojni ludzie! Ale w końcu nie jest to farerskie grindadráp, czyli pościg za morskimi ssakami grindwalami. Wikingowie potrzebują większych emocji, żeby zrezygnować ze swojej tradycyjnej powściągliwości. To, co maluje się na twarzach graczy w „Bingo” na statku „Norröna” określiłbym po staroislandzku jako grimmr. O! Ktoś naprawdę się ucieszył! Co za spontan… To był ostatni zwycięzca, bo gra właśnie dobiegła do końca. Chyba dlatego tak radośnie krzyknął – jako ostatni trafił do Valhalli Hazardu.

Jestem syty jak islandzka orka. Powód? Dałem się namówić na odwiedziny w rybnym bufecie na szóstym poziomie (to ten sam pokład, gdzie mieszkam w kajucie nr 6119). Cena naprawdę umiarkowana, bo tylko 60 koron (około 30 zł). Szwedzki stół był ozdobiony półmiskami z śledziem na wszelkie sposoby: marynowanym, wędzonym, opiekanym itd. Do tego krewetki i liczne dodatki, w tym kapary, jajka, sosiki… Świetne i zdrowe jedzonko. Mnóstwo kwasów omega plus! I co za niespodzianka. Kelnerka (oczywiście Polka!) przyniosła w pewnej chwili lampkę anyżówki. To od księdza Jana – dzisiejszego jubilata. Rybki mają gdzie pływać…

Płyniemy dalej. Dzień miał być nudny, a tu tyle się dzieje mój drogi dzienniczku pokładowy. Teraz fajrant – lektura książki o Føroyar, wyspach ku którym zmierzamy. Święty Brendanie (czytałem przed chwilką, że to być Ty jako pierwszy napisałeś o Wyspach Owczych w swojej imrama – relacji z podróży-pielgrzymki. Nazwałeś ją „wyspą owiec”, kochany patronie Elendilich), módl się za nami. Oby ta podróż przebiegła jak najszczęśliwiej.

Jest godzina 18.15. Mijamy właśnie Wyspy Szetlandy i tym samym z Morza Północnego wpływamy na wody Oceanu Atlantyckiego. To wiedza intuicyjna, bo nawet w informacji promu „Norröna” nie wiedzą, gdzie jest ta granica. Widzieliśmy skaliste wybrzeże, o które rozbijają się fale. Przepłynęliśmy w odległości 5-10 km od Szetlandów. Rozpoczyna się prawdziwie oceaniczna podróż. Teraz naprawdę wkraczamy na szlak św. Brendana.

Dowiedziałem się, z kim tak naprawdę mieszkam w kajucie. Mój sąsiad (współspacz, nad którym jest moja koja to pan Kersten (po farersku czyta się to imię przedziwnie: czirsztin – jeżeli dobrze zapamiętałem). Jest on właścicielem firmy rybackiej na Wyspach Owczych i kapitanem swojego kutra. Miał wypadek, złamał rękę i musiał pojechać do Danii do szpitala. Teraz wraca do domu z ręką na temblaku. Strasznie mi głupio, że tak go wcześniej opisałem (choć wszystko tam jest prawdą). Łatwiej będzie mi teraz znieść jego chrapanie, bo to naprawdę wikińskie chrapanie… staronordyckie.

Mam już konkretny plan na jutrzejszy dzień. Do Tórshavn (czyt. touszaun) przybywamy około 6.00 rano. Wpierw odwiedziny w kościele katolickim Najświętszej Maryi Panny (Mariukirkjan, czyt. mariuczirczian), tam Msza, potem wizyta z centrum Tórshavn. Około 13.00 pojedziemy do naszego hostelu (tam śpimy dwie noce), potem, po obiedzie i krótkim odpoczynku ruszamy do Kirkjubøur (czyt. czircziuber), duchowej stolicy Wysp Owczych. Wieczorem kolacja i nocleg. A co dzisiaj? O 21.00 mamy Apel Jasnogórski i spotkanie organizacyjne. Potem dancing, wieczorne rozrywki i zabawa. Kto wie, czy grupa się jednak nie wykruszy. Coraz bardziej kołysze. Panie z obsługi noszą stosy kartonowych kubeczków na chorobę morską (wiadomo o co chodzi, prawda?). Dziś jeden z księży wymyślił ładny eufemizm na tę dolegliwość: „Do Rygi przez Ząbkowice”. Trafne i obrazowe!

Jest już 22.30. Budzimy się o 4.30. Trzeba iść spać. Miły wieczór. Poznałem kolejną osobę z kajuty. Niemiec o imieniu Fred. Podróżnik. Pierwsza jego podróż na Wyspy Owcze i do Islandii. Jeszcze kilka słów: bardzo kiwa, Ocean jest niespokojny, wszystko trzeszczy, a na korytarzu słyszymy dziwny świst. Moi turyści żartują, że to śpiew orek. Tak, widzieliśmy dziś w wodach Atlantyku kilka tych niezwykłych ssaków morskich. Poza tym było bardzo miłe spotkanie wieczorne z grupą: modlitwa, śpiew, relacje z poszczególnych dni. Śpiew traktował między innymi o mnie – jakie to miłe… Dobranoc niedzielo!

Bingo na pokładzie

Poniedziałek 25.06

To była krótka, a do tego ciężka noc. Spałem na dziobie, a to oznacza bardzo mocne kiwanie. Ale jestem twardy. Przeżyłem, a nawet pospałem. Gorzej miał Kersten – całą noc „wędrował do Rygi przez Ząbkowice. Teraz mamy 5.30. Za pół godziny dotrzemy do portu. Siedzę na ziemi, pośród naszych bagażów. Na statku jest naprawdę wielu ludzi. Teraz to widać naprawdę dobrze. Jest tu pewnie z 1000 pasażerów.

Ładna pogoda, świeci słońce, choć na niebie wiele chmur. Wita nas Tórshavn…

Jest już 21.55. Siedzę przy drewnianym stole, spoglądam czasami za okno (słońce jeszcze wysoko, rozświetlone bezdrzewne stoki wokół Tórshavn, jasne morze, owieczki…). Nowy farerski sweter trochę kłuje. Wypieki – ślad wiatru, słońca i niedawno wychylonego piwa – przypominają, jak emocjonujący był to dzień. Na uszach słuchawki z „Ragnarokiem” Achillei (prezent od Tornene). Nabieram odynicznego natchnienia. Czas napisać relację z dzisiejszego dnia, a potem dorzucić kilka szczegółowszych refleksji.

Nasz autokar wyjechał z promu dość szybko. Szybko też udało się nam znaleźć odpowiedni dla naszego autokaru parking. Wpierw udaliśmy się do kościoła katolickiego z intencją odprawienia dzisiejszej Mszy. Jest to kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, czyli po farersku Mariukirkya. Obok znajduje się klasztor sióstr (dokładnie sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi), które opiekują się tą jedyną w Tórshavn katolicką świątynią. Jakże miłe, uśmiechnięte i gościnne są te siostry. One naprawdę się ucieszyły z naszego niezapowiedzianego przybycia. I co za zbieg okoliczności! W parafii gościł akurat ksiądz przybyły w zastępstwie z Danii – polski redemptorysta od 35 lat pełniący swą kapłańską posługę w Skandynawii. Mariukirkya to niewielki, ale pełen czaru nowoczesny kościół z drewnianymi ozdobami, wspaniałymi malowanymi panelami ze szkła i atmosferą sprzyjającą modlitwie. Ksiądz Władek był dziś głównym celebransem, Mszę zaś z jego inicjatywy poprzedzała jutrznia. Liturgia poprowadzona była z wielkim sercem, a kazanie dotyczyło bardzo ważnych dla pielgrzymki spraw – wyrozumiałości dla bliźniego, której towarzyszy surowość w ocenie samego siebie (to takie proste, a tak często nam się wszystko myli i oceniamy naszych braci surowo, gdy jednocześnie samych siebie traktujemy z najbardziej szczodrą wyrozumiałością). Po Mszy spotkał się z nami duński, a jednocześnie polski ksiądz. Opowiadał o sytuacji katolików w Danii i na Wyspach Owczych. Katolicyzm zdaje się tu mieć obiecujące perspektywy.

Po kościele ruszyliśmy przez jeden z niewielu zalesionych obszarów Wysp Owczych – park na północy stołecznego miast(eczk)a. Spotkaliśmy tam Tarirę – farerską odpowiedniczkę kopenhaskiej Syrenki. Tarira to piękna elfka – bohaterka tutejszego folkloru i literatury. Jej pomnik, skromna (wielkością), a jednocześnie nieskromna (formą całkiem nagiej niewiasty) figura na skraju parku, ozdabia tę część Tórshavn. Godzina na śniadanie na świeżym powietrzu i na odwiedziny w kawiarni centrum handlowego SMS to była konieczność, bo czekało nas naprawdę wiele atrakcji. Trzeba mieć siłę, żeby zrealizować ambitne plany. A my zawsze jesteśmy bardzo ambitni. Po przerwie udaliśmy się do centrum Przystani Boga Thóra (bo tak tłumaczy się na polski farerskie Tórshavn), gdzie zdziwiliśmy się skromnością budowli publicznych – lokalnego parlamentu i ratusza, zachwyciliśmy się bogactwem materiałów promocyjnych w centrum informacji turystycznej, uradowaliśmy się widokiem luterańskiej katedry oraz starówki Tinganes. Tórshavn to stolica na ludzką miarę – maleńka (wszędzie można dotrzeć w 10 minut), malownicza (piękne widoki, amfiteatralne położenie) i funkcjonalna. Godzina wolnego czasu to dla wielu nas był czas zakupów. Największą popularnością cieszył się sklep ze swetrami lokalnej produkcji – farerskie swetry są zrobione z wełny bogatej w lanolinę. Aż w 95 procentach chronione są przed wilgocią! To bardzo ważne w kraju, w którym przeciętnie pada przez 280 dni w roku. No i niektórzy z nas rzeczywiście zrobili sobie prezent, a przy okazji zabezpieczyli się przed ewentualnymi opadami na Islandii.

W drodze do autobusu (planowaliśmy podjechać do hostelu już w porze obiadu) ksiądz Władysław zaproponował, żeby zapytać o możliwość odbycia 2-godzinnego rejsu w okolicach Vestmanna, drugiej dużej (jak na warunki farerskie – dla nas to miniatura) miejscowości na wyspie Streymoy. Pogoda była dziś nadspodziewanie wspaniała! Prawie bezchmurne błękitne niebo. I ten pomysł to był strzał w dziesiątkę! Wyspy Owcze bez odbycia takiego rejsu wiele tracą, archipelag jest bowiem znany z wielkiej ilości ptactwa gnieżdżącego się na stromych klifach i skalistych brzegach wysp. Umówiliśmy się na rejs o godzinie 16.00, podjechaliśmy do pięknie położonego i bardzo gościnnego schroniska młodzieżowego na wzgórzach ponad Tórshavn i tam każdy przygotował sobie posiłek. Ok. 15.00 rozpoczęliśmy podróż do odległego o godzinę malowniczą trasą Vestmanna (nazwa tej miejscowości wiąże się z celtyckimi mieszkańcami wikińskich Wysp Owczych w średniowieczu), a gdy tam przybyliśmy, powitał nas w porcie właściciel pięknej łodzi wycieczkowej. Podróż rozpoczęła się od niezwykłych widoków Cieśniny Vestmannasund. Potem było tylko piękniej: strome klify, spadziste pastwiska z dziesiątkami owiec, majestatyczne skały sięgające 300 metrów, kolonie ptaków, łuki skalne, groty, sklepione zatoki. Mnóstwo maskonurów, alek, mew, rybitw i innego ptactwa wodnego. Do tego działające na wyobraźnię opowieści naszego kapitana, pana Jakuba Alana – np. relacje ze wspinaczek w poszukiwaniu maskonurów – lokalnego przysmaku, albo wyjaśnienia, jak linami wciąga się owieczki na pastwiska zawieszone wśród skał. Rejs trwał dwie godziny i na pewno będą to jedne z najbardziej pamiętnych dwóch godzin na naszej pielgrzymce. Świadectwem tego są setki naszych fotografii. Na zakończenie tej atlantyckiej przygody zamachały nam płetwami dwie foki, a maskonur zrobił nura przed dziobem naszej łodzi. W drodze powrotnej do hostelu podziwialiśmy widoki i dziękowaliśmy dobremu Bogu za łaski tego cudownego poniedziałku. Dawno nie przeżyłem tak bogatego w wydarzenia dnia.

Kolacja naprawdę smakowała, bo i kompania miła, i emocje spowodowały spory głód. Ciekawe, co Pan przygotował dla nas na kolejny dzień?

A teraz dwie refleksje (krótko, bo jest już 23.30 i zamykają mi się oczy…): Farerki są śliczne. W większości blondynki o regularnych rysach, wysokich, mądrych czołach, wesołych oczach i pięknych uśmiechach. Naprawdę jest się czym zachwycić. Wyglądają na kobiety delikatne, ale wewnętrznie silne. Kochają też macierzyństwo. Spotyka się tu bardzo dużo urodziwych mam z jeszcze bardziej urodziwymi dziećmi. Na Wyspach Owczych na każde małżeństwo przypada statystycznie prawie troje dzieci! Farerczycy kochają życe rodzinne. Druga ważna rzecz to niezwykle czyste powietrze oraz woda: przebywamy w jednym z najczystszych ekologicznie skrawków globu. Świetnie jest odetchnąć pełną piersią. Power! Woda zaś smakuje znakomicie. Zmykam na moje piętrowe łóżko. Zasnę dziś snem maskonura (I hope) – ptaka, który chroni się przed drapieżnikami na wysokich skałach. Dobranoc. Jutro szykuje się wspaniały dzień!

Trawa na dachu informacji turystycznej w Thorshavn

Starówka w Thorshavn

Wioska w drodze z Vestmanna

Rejs w poszukiwaniu ptaków i ładnych widoków

 

Wtorek 26.06

Zaraz po obudzeniu (a sen był wspaniały, głęboki i wyjątkowo relaksujący), w łazience dowiedziałem się o zabawnym zdarzeniu w pokoju naszych księży. Otóż zarwało się łóżko piętrowe i jeden z kapłanów prawie spadł na księdza Władka. Na szczęście ten ostatni szybko się z łóżka ewakuował. Konieczne okazały się przenosiny księdza z górnego łóżka do mojego i kierowców pokoju.

Po pysznym śniadaniu (kanapki, herbata – wszystko przygotował niezastąpiony Antek) zebraliśmy się do kościoła naszych zaprzyjaźnionych sióstr franciszkanek. Po Mszy i pamiątkowym zdjęciu przy Mariukirkjan pojechaliśmy do ciekawej, choć jakże maleńkiej, miejscowości Kirkjubøur (czyt. czirchiuber). To tam zaczęła się historia osadnictwa na Wyspach Owczych. Chyba tam wylądowali pierwsi mieszkańcy archipelagu – iryjscy mnisi. Być może jednym z nich był św. Brendan, który opisał swoje spotkanie z „wyspą owiec”. To tam znajduje się najstarszy kościół na archipelagu – kościół św. Olafa z XII w. Wśród nierówności terenu znajdują się pozostałości budowli jeszcze dawniejszej – kościoła Najświętszej Maryi Panny (z wieku XI). Jest jeszcze jedna świątynia, a właściwie świątyni ruina. To pozostałości katedry z XIII w., która nosiła wezwanie św. Magnusa. Kościół mimo, że nigdy nie ukończony, musiał być konsekrowany. Świadczą o tym zarówno tak zwane „zacheuszki”, które pokazał nam ksiądz Jan, jak i fakt, że w kościele znaleziono zamurowane relikwie. „Zacheuszki” to mały szczegół konstrukcyjny, który znajduje się w narożach świątyń. W czasie poświęcania świątyni zostaje on oblany świętymi olejami. A zatem św. Magnus pełnił funkcję katedry katolickiej do czasu Reformacji. W Kirkjubøur znajduje się też dawny drewniany pałac biskupi – od 17 pokoleń własność rodu Paturssonów. W środku jest coś, co powinien zobaczyć każdy miłośnik etnografii – XII-wieczna sala z bali, która nazywa się Roykstovan. To tu Paturssonowie zbierali się na posiłki, uroczystości, narady. W drewnianym wnętrzu jest prawdziwe muzeum opowiadające o życiu mieszkańców Kirkjubøur w dawnych wiekach. A przed efektownym drewnianym budynkiem znajdziecie przeogromne kości wielorybów – porośnięte mchem przypominają długie kłody. W Kirkjubøur mieszka tylko około 50 mieszkańców. To zgrupowanie kilku domów nad zatoką. Osamotnione i ciche miejsce. Tak wygląda „żelazny punkt” wizyt turystycznych na Wyspach. Wokół zaś oszałamiające widoki: strome, przeorane lodowcem, poranione erozją góry, które wpadają wprost do Oceanu. Mnóstwo owiec, czasem też karłowate wikińskie koniki. Pogoda była dziś zmienna, ale nie zabrakło słońca. Wiatru było jednak dziś dużo więcej.

Około godziny 12.00 znaleźliśmy się znowu w hostelu. Mieliśmy dwie godziny na przygotowanie obiadu i odpoczynek. O 14.00 ruszyliśmy na kolejną wycieczkę. Nikt nie przewidywał, jak niebezpieczna przygoda nas czeka. Postanowiliśmy odwiedzić sąsiednią wyspę Eysturoy i położoną na niej malowniczą miejscowość Gjógv (wbrew pozorom nazwę tę czytamy dziegw). Mieliśmy przed sobą około godzinę jazdy – godzinę pełną emocji. Z jednej strony wspaniałe krajobrazy, z drugiej dobra muzyka oraz film BBC pt. Deep Blue. Na Eysturoy dostaliśmy się mostem, który dwadzieścia metrów nad Oceanem spina brzegi dwóch sąsiadujących wysp. Jest to podobno jedyny most nad Atlantykiem! Droga na Eysturoy zaczęła się robić coraz węższa i wspinała się coraz wyżej. Minęliśmy jego podnóżem najwyższy szczyt wyspy – Slættaratindur (882 m n.p.m.). Na ostatnim odcinku drogi do Gjógv przed naszym autokarem pojawił się ostry kamień wielkości dwóch pięści. Wpadł pod koło, nastąpiła mała eksplozja i autokar osiadł na gumie. Prawa przednia opona została zniszczona. Na domiar złego byliśmy akurat na wąskiej drodze, za nami jechały już dwa karawany, a przed nami pokazał się autokar i ciężarówka. Zablokowaliśmy drogę. Na dworze padał zamarzający deszcz, który zacinał z ukosa. Nic przyjemnego. Pielgrzymi musieli wysiąść, a kierowcy zabrali się błyskawicznie za naprawę usterki. To było błyskawiczne tempo godne załogi stajni Formuły 1. Arek i Romek z poświęceniem doprowadzili busa do porządku i mogliśmy bezpiecznie zjechać do Gjógv. W deszczu dotarliśmy do miejscowości, której nazwa wzięła się od słynnego gjógv (czyli rozpadliny skalnej), w którym miejscowi stworzyli zaciszny port. Godzina spędzona w tej maleńkiej miejscowości była bardzo ciekawa. Widzieliśmy uprawy kartofli na mikroskopijnych poletkach, bardzo ładny zbór prostestancki w ołtarzowym obrazem przedstawiającym Pana Jezusa ratującego topiącego się rybaka, przesympatyczną kawiarenkę z darniowym dachem oraz interesującą „wciągarkę” służącą do ratowania łodzi w razie wielkich sztormów. Najpiękniejszy zaś był widok gjógv w Gjógv. W dole fale rozbijały się o skały, nad nami przelatywały polujące na ryby mewy, zaś w dali słońce na spółkę z chmurami tworzyło na grzbietach gór cienie i rozjaśnienia.

Często nad brzegiem morza zobaczyć można górę, od strony morza jakby przez pół odciętą, wygładzoną z wierzchu aż do dołu, której szczyt wznosi się prosto ponad przepaścią wód. Każdy, kto z takiej wysokości spogląda w otchłań morza, doznaje zawrotu, tak jak i ja doznaję zawrotu z powodu niezwykłej wypowiedzi Pana: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Brewiarz, czytanie z 12 tygodnia okresu zwykłego, słowa św. Grzegorza z Nyssy, biskupa).

Przestało padać, zrobiło się znowu cieplej. Humory wróciły tak skutecznie, że kilka osób zakupiło sobie farerskie wyroby z wełny: swetry, rękawiczki, czapki. Potem jeszcze tylko fotografie skalnych kolumn wyrastających na kilkadziesiąt metrów z szalejących fal – to Risin i Kellingin, czyli ‘Olbrzym’ i ‘Małżonka’. Według legendy jest to para olbrzymów, które skamieniały podczas przeprawy do Islandii. Mam nadzieję, że my jutro nie skamieniejemy. Mała przyjemność być tysiące lat wystawionym na wichry, deszcze, sztorm. A przecież ruszamy jutro pod wieczór do Islandii. Dobrze, że jesteśmy tylko ludźmi, a nie jakimiś kamieniejącymi olbrzymami! W czasie fotograficznej przerwy w Eiði (czyt. aiji) spotkaliśmy zrozpaczonych, kaszlących, okraszonych uśmiechem bezradności rodaków. W dwa mikrobusy ruszyli na Wyspy Owcze i do Islandii. Nie tylko zapłacili za tę przyjemność więcej od naszych pielgrzymów, to jeszcze spali w busach (stąd przeziębienie) albo w chłodnej – jak to określili – „owczarni”. Cokolwiek to jest, na pewno nam lepiej w naszym schronisku młodzieżowym.

Po powrocie zastaliśmy tęczę wyrastającą z morza. Tęcza to w mitologii islandzkiej Bifrost – most łączący nasz świat, czyli Midgard ze światem bogów – Asgardem. Oby bogowie nie przeszkodzili nam w podróży na Islandię – naszym przewodnikiem jest bowiem Jedyny Bóg, Alfáðir, czyli Ojciec Wszechrzeczy.

Jutro możemy się dobrze wyspać. Śniadanie dopiero około 9.00. Przed 10.00 opuszczamy pokoje i jedziemy do kościoła oraz tak zwanego Domu Nordyckiego. Cóż to znowu? Opiszę wszystko jutro, dobrze? Wybiła właśnie 23.30. Jeszcze tylko Tyskie z Gúrionem i spać.

Pięknie tu spędziliśmy czas. Jeżeli tu jest tak dobrze, to jak będzie na Islandii? Pozostaje mieć nadzieję, że tylko lepiej. Może spotkamy tam jakieś elfy? Dobrej nocy!

Schronisko młodzieżowe w Thorshavn

Malowniczy kościół katolicki w Thorshavn Elfka Tarira

Dwór biskupi w Kirkjuboer Kości wieloryba

Tak wyglądają góry na Farerach

 

Środa 27.06

To już szósty dzień naszego pielgrzymowania po wspaniałej Północy. Czym jest pielgrzymka do krajów, w których praktycznie nie ma sanktuariów i miejsc pielgrzymkowych w rodzaju Lourdes czy Fatimy? Czy taka wyprawa może się na serio nazywać pielgrzymką? Czy nie jest to określenie na wyrost albo na siłę? Jestem przekonany, że nie, że rzeczywiście biorę udział w pielgrzymce. Jest to pielgrzymowanie do sanktuarium przyrody. W tych pięknych północnych krainach mamy szansę zachwycić się ogromem Bożej wyobraźni, dziełem Jego mocy stwórczej. Bycie w tak pięknych miejscach może łatwiej przerodzić się w modlitwę – w modlitwę, której początkiem jest nasz zachwyt. Przychodzi taka chwila, gdy piękno świata zapiera dech w piersiach, a wtedy serce samo chce śpiewać hymn na cześć… Problem w tym, że czasem „zwrotki” tego hymnu zatrzymują się tam, gdzie jest cześć dla samej Natury, a nie dla Tego, który jest źródłem wszystkiego, co dobre i piękne. Dlaczego tak jest, że czasem trudno dziękować, a sama Natura przysłania nam Boga? A może Boga spotykamy w tych głębiach i otchłaniach radości, których nie potrafimy wysłowić i które czasem są tak ulotne. Po dniu, tygodniu, miesiącu pozostaje wspomnienie tego uczucia, ale samego uczucia już się – że się tak wyrażę – nie czuje… Panie, pozwól, żeby pielgrzymka do sanktuarium przyrody była wędrówką na spotkanie z Tobą.

Jest wieczór. Siedzę w znajomym „Viking Club”, czyli barze ze sceną, w którym spisywałem wcześniejsze moje wspomnienia. Od półtorej godziny jestem na naszym transatlantyku „Norröna”. Dzień minął sympatycznie, ale jak na nasze zwyczaje dość leniwie. Wpierw długi, dający siłę sen, prysznic, pyszne kanapeczki na śniadanie, potem trzecie odwiedziny w kościele Mariukirkjan. Ksiądz Jan przewodniczył dziś Mszy, w czasie której wygłosił mądre i poruszające kazanie o przymierzu z Bogiem. Pożegnaliśmy się z siostrami i z polsko-duńskim księdzem redemptorystą i pojechaliśmy do Domu Nordyckiego, czyli Norðurlandahúsið. Farerska konstrukcja, duńskie szkło, szwedzkie drewno, kamienie i łupki z Norwegii, trawiasty dach z Islandii i fińskie umeblowanie. Wszystkie narody nordyckie brały udział w tym kulturalnym projekcie. Dom położony – wedle ichniejszego folderu – na elfim wzgórzu (co może znaczyć, że dawniej ludzie wierzyli, że pod tym wzgórzem mieszka Ukryty Lud, czyli elfy) mieści w swoim nowoczesnym wnętrzu salę koncertową, przestrzeń wystawową, kawiarnię, salę konferencyjną. W każdym kraju nordyckim będzie istniała podobna placówka (na razie drugi Dom Nordycki znajduje się w Reykjavíku). Celem projektu jest popularyzacja nowoczesnej sztuki i współczesnej kultury narodów europejskiej Północy. Miejsce określiłbym jako jazzy – bardzo nowoczesna konstrukcja, ciekawie wkomponowana w okolicę, dość interesująca „sztuka nowoczesna” (do której jednak nie jestem przekonany i już się chyba nie przekonam). Całość zrobiła na mnie wrażenie.

W południe ruszyliśmy do hostelu. Wprawdzie musieliśmy już zdać pokoje, ale pozwolono nam skorzystać z kuchni i jadalni. To był pyszny i pożywny obiad – kolejne dzieło nieocenionego Antka: rosołek, a potem kasza z potrawką z kurczaka i sałatka z ogórków. Wcześniej jadaliśmy na przykład roladę z modrą kapustą oraz ziemniakami purré. Powiem szczerze, że nawet na wyjazdach z wyżywieniem jadam mniej niż na tym wyjeździe rzekomo bez wyżywienia. Antoni przygotował w słoiczkach dania na każdy dzień. Jemy pyszne śniadania, obiady i kanapkowe kolacje. Do tego zawsze jakiś podwieczorek w popołudniowej porze. Obym nie przybrał na wadze! Na Islandii, gdy zamieszkamy w jednym miejscu sześć nocy, planuję powrócić do prawie codziennych joggingów. Jedzenie jest jednak racjonalnie rozplanowane i raczej się nie przejadamy. Będzie dobrze.

Statek już płynie. Dotrzemy do Islandii, do portu w Seyðisfjörður na wschodzie Wyspy. Zaczęło kiwać, ale dla nas – nordyckich wilków morskich to już normalka (w czasie rejsu na Wyspy Owcze w zasadzie tylko jedna osoba miała chorobę morską). Mijamy wyspy od południowego-wschodu: Eysturoy, Borðoy, Svínoy. Blask rozjaśnia wody – górzyste wyspy znikają w magicznym świetle. Małe maskonury dają nura na widok naszego morskiego żelaznego stwora (na marginesie zauważyłem przed chwilką plakietkę z informacją, że „Norröna” powstała w niemieckiej Lubece). Na pokładzie dużo ludzi. Słychać język islandzki, również angielski i niemiecki – słychać też i nas, Polaków. Są tu aż trzy polskie grupy: my, czyli „pielgrzymi”, warszawscy „ornitolodzy” i śląscy „owczarze” (biedaczkowie wymęczeni złymi warunkami zakwaterowania w jakiejś chłodnej owczarni). Popijam sobie inny gatunek Föroya Bjór – tym razem jest to gull, czyli ‘złote’. Niezłe.

Życzę Wyspom Owczym wszystkiego, co najlepsze. Nie wiem, kiedy tu wrócę. Może za rok z kolejną grupą? Może nigdy? Oby jeszcze choć raz. Föroya to bardzo piękny zakątek ziemi zamieszkały przez pięknych, życzliwych ludzi. Życzę Wyspom Owczym dobrej przyszłości. Oby nie opuszczali ich młodzi. Mieszkaliśmy w schronisku młodzieżowym z grupą studentów z Roskilde, którzy przyjechali na wyspy zbadać, dlaczego farerska młodzież wyjeżdża do innych części Europy i świata. Podobno wielu wraca średnio po dziesięciu latach. Mam na ten temat własną refleksję. Młody człowiek chce w pewnym momencie stanąć na swoim, oddalić się od rodziców i samodzielnie tworzyć swoją przyszłość. Na Wyspach Owczych jest to utrudnione maleńkością archipelagu. Zwiedziliśmy najciekawsze miejsca, a przejechaliśmy zapewne około 300 km. Za mało tu miejsca, gdy snuje się wielkie plany. Dlatego wyjeżdżają. Ale potem, gdy zetkną się z goniącym za niedoścignionym szczęściem światem, wracają. Wracają do swoich pełnych, zdrowych rodzin, do zielonego, nienaruszonego świata. Ja też bym wrócił…

Tymczasem statek wypłynął na pełne morze. Jest godzina 20.40. Takiego bujania jeszcze w czasie tego rejsu nie było. Przypomina mi się pamiętny sztorm na Morzu Irlandzkim. Tu to raczej normalka, bo nie każą nam leżeć na ziemi. Potężne fale rozbijają się o stalowe ściany naszego kadłuba i nasz „Pranordyk” nie tylko buja się w przód i tył, w lewo i w prawo, ale do tego wstrząsają nim potężne uderzenia. Przed chwilą w restauracji strzaskał się stos talerzy. Ludzie są poruszeni. Chyba nie będziemy spać tej nocy. Moje wnętrze wypełnia szaleńcza radość. Chyba zaczynam rozumieć, co czuli normańscy żeglarze, wikingowie, gdy przemierzali Atlantyk w poszukiwaniu nowych ziem. Być może wyglądam niezwykle z moim trzęsącym się od uderzeń notebookiem, bo przyglądali mi się przed chwilką siedzący przy sąsiednim stoliku Norwegowie. Jest po prostu bosko!

Wyszedłem przed chwilą na górny odsłonięty pokład. Słona bryza, oceaniczna świeżość i wiele emocji. Ludzie fotografują, żegnają się z majestatycznymi górami, których zieleń wyłania się ze stalowego, grafitowego, granatowego żywiołu Oceanu. Skręciliśmy na północny-zachód i mijamy północne krańce Eysteroya. Widzimy biały protestancki kościółek w Gjógv, widzimy dwie skalne kolumny wyrastające z oszalałych fal. To wczorajsze widoki: siedemdziesięciometrowe iglice Risin i Kellingin. Tytani zielonego archipelagu żegnają nas farerskim Farvæl! ‘Do widzenia’, ale bardziej etymologicznie: ‘Dobrej drogi!’.

Z Piotrkiem wymieniamy się zdjęciami. Gúrion jest naszym pielgrzymkowym fotografem. Codziennie nasze fotograficzne łowy zrzucamy na dysk twardy tego notebooka. Wzięcie ze sobą komputera to był strzał w dziesiątkę. Świetnie, że mogę to wszystko spisać. Znakomicie, że mogę zrobić o wiele więcej zdjęć niż normalnie. Mam tu już z 1000 fotek – moich i Piotra.

Przed godziną byliśmy na kolacji w restauracji, z którą sąsiaduje nasz wikiński bar. Pychota: pieczeń z ziemniaczkami. Brakło już marchewki, która wchodziła w zestaw, ale nie szkodzi. Śliczna Polka wydająca posiłek zrekompensowała nam to dodatkowymi plastrami pieczeni. Oby ta kolacja razem z kolorowymi galaretkami księdza Władka (jego imieninowy poczęstunek) i innymi smakołykami nie znalazła się w nocy w papierowym kubełku „na chorobę morską”.

Słucham muzyki farerskiego zespołu Enekk (płyta Fýra nætur fyri jól). Fajny jazzujący folk. Kupił ją dziś Piotr w sklepie muzycznym w Tórshavn (miła sprzedawczyni wyraziła chęć odwiedzenia Polski. W ogóle ludzie tutaj bardzo pozytywnie reagują na słowo Poland. Są tacy mili – zawsze chcą się pochwalić, że coś o Polsce wiedzą: albo znajoma była w naszym kraju, albo mają polskich sąsiadów na wyspie, albo słyszeli coś o urodzie naszej ojczyzny itd.). To jest muzyczny dzień pod znakiem ostrygojada – symbolu Föroyar – bo na pokładzie naszego autokaru pojawiły się dziś liczne nagrania muzyczne z tego kraju: nowoczesna klasyka zakupiona w Domu Nordyckim przez księdza Władka, płyta folkowa, którą kupiłem mu w imieniu biura na imieniny, płyta Gúriona. Piszę o tym wszystkim, bo nie chcę uronić ani chwili. Nie da się opisać wszystkiego: faktów, myśli, emocji. Ale warto zapisać to, co się da, bo jutro, pojutrze, za tydzień nie będziemy już o szczegółach pamiętać.

Ciekawe czy święty Brendan też doświadczył tak wzburzonego oceanu, gdy ruszył z Irlandii ku Ultima Thule. Niechaj nad nami czuwa Bóg, a święty niechaj prosi u Niego za nas. Thule czeka na nowych zdobywców – wikingów z „Ptasiego Osiedla” w Brynowie.

Fajka na pokładzie to dobra rzecz

Czwartek 28.06

To był niezwykły początek dnia. Siódmego dnia naszej pielgrzymki śladami św. Brendana. O godzinie 7.00 rano (czyli o 6.00 czasu islandzkiego) na najwyższym pokładzie rozpoczęła się nasza Eucharystia. Była to Msza w duchu prawdziwie brendiańskim. Jest sztorm. Wiatr wieje z prędkością 25 m/s (w domu muszę sprawdzić ile to jest w skali Beauforta). Statek buja tak, że nie da się utrzymać stojąc w jednym miejscu, a idąc trzeba uważać, żeby nie rozbić nosa o ściany. Przestwór Oceanu wygląda jak teren jakiegoś pogórza. Tylko, że te pagóry – grafitowo-granatowe wzniesienia pokryte lasami białych, spienionych grzywaczy – wznoszą się i opadają, a na nich regularnie chybocze się nasza łupina. Tak musi w istocie wyglądać nasz prom na w tej nieogarnionej ojczyźnie wielorybów – łupina oddana we władanie żywiołu. Przy spokojniejszych wodach można tu napotkać wielkie morskie ssaki. Mamy opóźnienie 1,5 godziny. Zobaczymy, o której ostatecznie dopłyniemy do przystani w Seyðisfjörður.

Msza była naprawdę niezwykła. Wiatr wyjący tak, że zagłuszał słowa kapłana, kołysanie tak silne, że cała liturgia odbywa się na siedząco, okrojona liczba uczestników Mszy, bo część grupy w kojach musi odcierpieć chorobę morską. Połowa naszej grupy cierpi na tę nieznośną dolegliwość. Ja o dziwo czuję się nawet lepiej niż poprzedniej nocy na morzu. Wypoczęty, wyspany. Nikt nie chrapał w kajucie (być może dlatego, że moi sąsiedzi nie mogli zasnąć przy tym kołysaniu). Mszę będziemy pamiętać długo. Gdy zamknąłem oczy, wyobraziłem sobie iryjską łódź, w której św. Brendan przemierzał Ocean podróżując na Najdalszy Zachód – w poszukiwaniu lepszego świata. Miotana wiatrem, poniewierana falami łódeczka dzielnie zmierzała na północ i na zachód, a wyjący sztormowy wicher zagłuszał śpiew zakonników. Na pewno i oni mieli na Oceanie swoje Eucharystie – chleb życia, wiatyk dodawał im sił i nadziei. Oni też musieli siedzieć w czasie liturgii. Przy takich falach nikt nie ustoi godziny w jednym miejscu.

Obserwujemy dzielnego ptaka, który niczym szybowiec, bez poruszania skrzydłami śmiga nad falami z tą samą prędkością, co nasz statek. Zapewne poluje na spanikowane ryby, które uciekają spod śrub „Norröny”. A jeżeli jest ptak, to i ląd musi być coraz bliżej. Na ścianie korytarza zamontowano ekran, na którym można śledzić trasę naszego transatlantyku. Tam już pokazał się ląd – u nas na widnokręgu na razie nic nie widać. Widać za to, że nocą płynęliśmy zygzakiem. To dlatego będzie opóźnienie.

Siedzimy z księdzem Janem i Piotrem przy stoliku w restauracji. Jesteśmy po skromnym śniadaniu za 15 zł: bułka, jajko, plaster szynki, kawa. Rozmawiamy o różnych rzeczach: o duchowości iryjskiej, o wspólnych znajomych, o naszych zainteresowaniach. Wspominamy św. Brendana, eremitów celtyckich, Christianitas i Frondę oraz naszych znajomych związanych z tymi pismami (ks. Jan zna osobiście Marka Jurka, Pawła Milcarka, a spoza środowiska czasopism mojego dobrego znajomego – księdza prowadzącego DA w Sosnowcu). Czekamy na jakiś komunikat i obserwujemy, co dzieje się za oknem. Jest już 9.00 czasu pokładowego (10.00 polskiego i 8.00 islandzkiego – między Polską i Islandią jest różnica dwóch godzin). Jakże pasują do naszych odczuć słowa z brewiarza, słowa św. Grzegorza z Nyssy:

To co przeżywa człowiek, kiedy z wyniosłego szczytu spogląda na bezkresne morze, odczuwam i ja, gdy z wysokości słowa Pana, jakby z wierzchołka góry, patrzę na niezmierzoną głębię Bożych zamysłów.

Z głośników usłyszeliśmy komunikat. Za półtorej godziny będziemy w Islandii. Za pół godziny trzeba opuścić kabinę. Idę się spakować. Ahoj!

Zbliża się północ. Właśnie wstało słońce. Noc trwała kilka minut. Jesteśmy daleko na północy, mniej więcej na 63 stopniu szerokości północnej. Śpimy w sympatycznym schronisku młodzieżowym w Hvoll, w południowej Islandii. Wygodny rozkład pokoi – dużo dwójek i trójek. Ludzie chyba zadowoleni. Wokół nas niezwykłe widoki. Nie wiem, słów użyć, żeby to wszystko opisać. Islandia mnie naprawdę zaskoczyła. Zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Jest zupełnie inna niż Norwegia czy Wyspy Owcze. Bardzo różnorodna, zaskakująca za każdym zakrętem. Góry zbudowane są z wyraźnych warstw, czasem lekko pochylonych. Widać tu i efekt wielkich erupcji, wylewów magmy, i działanie erozji. Ale najbardziej w tej części Islandii widać działanie lodowca przed tysiącami lat i dzisiaj. Podobnie jak na Wyspach Owczych, tak i tu większość gór poorana jest głębokimi bruzdami, z daleka posiada poziome warstwice. Inaczej niż na tamtych wyspach, mnóstwo we Wschodniej Islandii materiału świeżo naniesionego przez lodowiec: głazów narzutowych, moren zbudowanych ze skruszonego, zmielonego przez czapę lodowcową kamienia, wielkich, liczących setki metrów wysokości kamienistych piargów, które czasami obrywają się tworząc groźne lawiny, rzek glacjalnych, które szerokim i wartkim nurtem spływają do oceanu niosąc z sobą czasami wielkie bryły lodu, piaskowych i żwirowych pustyń o czarnej barwie startego bazaltu. Lodowiec Vatnajökul, największy lodowiec Europy, o powierzchni przekraczającej powierzchnię pozostałych lodowców europejskich zebranych razem, sięga wybrzeża atlantyckiego. Jadąc Obwodnicą, drogą, która niczym pierścień obejmuje od lat 70. XX w. całą wyspę, co chwila widzimy spływające z gór jęzory lodu. A tuż obok tych surowości, prawie grozy krajobrazu sielskie widoki łąk, pasących się na nich wikińskich koników, gospodarstw farmerskich. Szkoda, że moje słowa są tak ubogie. Nie potrafię oddać całego bogactwa tej krainy w tak krótkim opisie. Tu jest za pięknie. Ograniczę się do podstawowych wrażeń i opisów.

Dopłynęliśmy do Seyðisfjörður z opóźnieniem półtoragodzinnym. Gdy wyszliśmy ze statku na brzeg – niektórzy wymęczeni chorobą morską – musieliśmy długo czekać na nasz autobus. Celnicy poddali go szczegółowym oględzinom. Drżeliśmy o nasze zapasy jedzenia, bo przepisy celne przewidują tylko 3 kg na głowę, a nasze zapasy były wiele razy większe. Okazało się jednak, że służby celne najbardziej zainteresował zapas piwa, który nasi kierowcy mieli w barku. Przez islandzki upór i nieprzejednanie, kierowcy utracili całe piwo, a do tego zapłacili karę w wysokości 400 euro! Ze skwaszonymi minami podjechali po nas i razem zabraliśmy się w dalszą drogę. Żeby ich trochę pocieszyć, ogłosiłem dobrowolną zbiórkę pośród pielgrzymów. Gdy kilka dni później dostarczyliśmy im woreczek wypełniony banknotami, okazało się, że odzyskali utracone pieniądze z nawiązką. Wspólnota to piękna rzecz.

Islandia zrobiła na nas wrażenie od pierwszych minut naszego przejazdu. Zatrzymaliśmy się wpierw w Egilsstaðir, największym ośrodku na wschodzie. Dojechaliśmy tam przez strome góry, wśród ładnych wodospadów. Po wspaniałych widokach, kolejne wrażenie zrobiły na nas ceny w supermarkecie, np. najtańszy chleb kosztował około 15-20 zł. Godzinny postój był czasem na posilenie się przed kolejnym, długim odcinkiem drogi. W sumie około 400-kilometrow do schroniska młodzieżowego w wiosce Hvoll koło Kirkjubæjarklaustur w południowo-wschodniej Islandii.

Ruszyliśmy doliną rzeki Grimsá, szutrową opadającą w dół drogą. Obwodnica obfituje wciąż w takie odcinki drogi – nie przywykliśmy do jazdy takimi karkołomnymi trasami. „Polskie drogi” bywają naprawdę lepsze od tych islandzkich. Dolina Skriðdalur łagodnie zmierza ku Oceanowi, ku tej części wybrzeża, gdzie osiedlili się pierwsi ludzie na Islandii – iryjscy eremici rzuceni przez Ducha Świętego i fale Wielkiego Morza na skaliste wysepki i czarne bazaltowe plaże wyspy Ultima Thule, jak zwykło się wtedy nazywać Islandię. Papar, czyli ‘ojcowie; mnisi’ w IX w. odeszli z wyspy w obawie przed nadciągającymi wikingami, ale pozostawili na niej ślad w nazewnictwie miejscowym. Tam, gdzie spotykamy cząstkę Papa-, tam zapewne kiedyś mieszkali, np. na wyspie Papey (‘Wyspa Mnichów’) koło porciku Djúpivogur (nazwy miejscowe to moja pasja – niestety tu nie ma nazw starszych niż wikińskie osadnictwo – większość z nich nie zmieniła się od 1100 lat). Zatrzymujemy się w niezwykłym miejscu. Parking, pustkowie, jak okiem sięgnąć skalna i piaskowa pustynia. Dwieście metrów do Oceanu. Kroczę z mozołem po czarnym piasku, co chwila znajdując muszle, szczypce krabów, ładne kamienie. I nagle coś, co przywodzi na myśl obce człowiekowi, niekiedy wrogie, duchy zaklętych czarem miejsc. Wokół mnie piasek zaczyna wirować, tworzy się grupka małych powietrznych wirów, które jakby chciały odgonić mnie z powrotem do autobusu. Czyżby moc Álfar? Czyżby tak przejawiała się moc islandzkich elfów, w które wierzy tak wielu islandczyków? I nagle dostrzegam odpowiedź – rozpoczyna się taniec fal w takt szalonego wiatru. Piana spychana przez Ocean rozwiewana jest przez wiatr od skalisto-piaszczystego lądu. Panie Boże, jak tu pięknie, a jednocześnie jak strasznie! Miej nas w swojej opiece, bo Islandia została chyba na siłę skolonizowana przez ludzi, nigdyśmy jej jednak nie oswoili – to świat piękny i straszny zarazem. Pewien rodzaj niepokoju nie będzie mnie już opuszczał na tych pustkowiach. Nie dziwię się Normanom, że trwa tu wciąż żywa wiara z obce ludziom duchy – istoty zwane przez filozofów Longaevi, ‘Długowieczni’: elfy, karły, trolle.

Opuszczamy siedziby elfów i docieramy do ludzkich osad. Przed nami porcik Djúpivogur. Kolorowe łódki, kolorowe kutry rybackie, czarujące kolorowe domki. Ludzie Północy muszą oswoić nieprzyjazny krajobraz, zwłaszcza w okresie zimowych ciemności. Pomagają im w tym wiosenne kwiaty, które śmieją się do nas podczas całej podróży, z chciwością łapiąc promienie słońca. Lilowe głogi, wełnianki, turzyce, trzciny przeczą stereotypowemu poglądowi, że Islandia to „naga” ziemia. Mnóstwo tu barw. Pojawiło się słońce, które – to prawdziwy cud – towarzyszyć nam będzie przez cały najbliższy tydzień. Światło maluje złocistym pędzlem oceaniczną dal, plaże, trawiaste pagóry i skaliste góry. Nadaje nieoczekiwaną różnorodność kolorów mchom, porostom, trawom, krzewinkom, paprociom. Są tu też i lasy! Islandia nie jest bezdrzewna. Przed przybyciem wikingów cała była porośnięta karłowatymi drzewkami. Dziś, po czasach wytrzebiania drzew pod hodowlę owiec, skromne rolnictwo i na opał, sadzi się z mozołem młodniki. Drzewa – głównie brzozy (po islandzku björk – jak imię słynnej artystki islandzkiej) – osiągają tu ledwie półtora do dwóch metrów. Tylko w szczególnych warunkach 10-15 metrów. To dlatego Islandczycy żartują, że jeżeli w ich kraju ktoś się zgubi w lesie, wystarczy żeby wstał z kolan. W Djúpivogur spotykamy sympatycznych, gościnnych ludzi. Pierwsze kartki kupione w pobliskim hotelu, aparaty wymierzone na bajeczny krajobraz z wysokości pobliskiego wzgórza, spotkanie ze ślicznymi rudymi i piegowatymi dziewczynkami, które sprzedają turystom wykonane przez siebie układanki z wizerunkiem islandzkiej flagi. Chętnie pozują do zdjęć. A potem ruszamy dalej – do Höfn. Mijamy lagunę Lón otoczoną ostrymi graniami pięknych gór. Żyje tu mnóstwo ptaków – na pewno zawędrują tu też nasi sąsiedzi z promu – „Ornitolodzy”. Mamy dziś dwa cele – jezioro lodowcowe Jökulsárlón (jökull to ‘lodowiec’, jökulsá to ‘rzeka glacjalna, czyli lodowcowa’, a jökulsárlón to ‘jezioro rzeki lodowcowej’. Islandzkie nazwy łatwo etymologizować, ale trudno wymówić. Powyższa nazwa w ustach krajowców brzmi jak jekulśałrlołn) oraz Park Narodowy Skaftafell ze Svartifossem, czyli ‘Czarnym Wodospadem’. Za Höfn (isl. ‘Port’) droga skręca ku największemu lodowcowi na Ziemi poza lądolodami Arktyki i Antarktyki – ku Vatnajökull. Osiem i pół tysiąca kilometrów kwadratowych lodowej pustyni! Czapa lodowa osiągająca grubość kilometra! To tak, jakby zebrać razem wszystkie europejskie lodowce. Vatnajökull to również świadectwo tego, jak wyglądała Europa Północna w epoce lodowcowej. Z wyżyn górskiego płaskowyżu zlewa się w doliny miażdżącymi jęzorami niewyobrażalna masa mokrego, niszczącego śniegu. Tak mogły wyglądać przed tysiącami lat inne europejskie góry. Wielkie rzeki lodowcowe spływają do Oceanu. Krajobraz co chwila się zmienia: zwałowiska kamieni porośniętych „pierzyną” seledynowego mchu, sięgające setek metrów kamieniste piargi, wzgórza morenowe, setki ton zmiażdżonego materiału skalnego rozwłóczonego przez ustępujące i powracające masy lądolodu. A między tymi dziwami przyrody wyspy zieleni, gospodarstwa farmerskie, wikińskie koniki, które chodzą na pięć, a nie na cztery – jak nasze – sposobów. Zatrzymujemy się koło stacji benzynowej w Hof. Niedaleko stąd, na mierzei Ingólfshöfði mieszkał Pierwszy Osadnik, Ingólfur Arnarsson. Stąd popłynął dalej, aby na stałe zamieszkać w Rejkiawiku. My też tam zmierzamy, ale zanim to nastąpi, czeka nas jeszcze wiele atrakcji i inspiracji. Fotografujemy dalekie, połyskujące w letnim słońcu lodowce, pozujemy do zdjęć z konikami. Jakże fotogeniczna jest Islandia! A potem ruszamy w dalszą drogę aby wyjechać na spotkanie lodowcowemu jezioru – Jökulsárlón. Po pół godzinie dostrzegamy most nad rzeką glacjalną. Wypływa ona z naszego jeziora. Niesie małe góry lodowe. Lód odrywa się od jęzora lodowcowego i zajmuje taflę cudownego zwierciadła. To tu tak bardzo kocha się przeglądać islandzkie niebo, to tu lodowe „okruchy” wielkości domów odkrywają swoje piękno zanim nie stopi ich słońce i pomniejszonych nie rzuci w fale oceanu rzeka. Witają nas ptaki, macha do nas płetwą foka. Rozchodzimy się po okolicy, żeby nie uronić ani jednego zachwytu, aby dokonać tego, co niewykonalne – utrwalić na zdjęciu ducha chwili. Patrzę teraz na zdjęcia – są piękne, a jednak nie oddają tego, co tam się wtedy działo. Wiemy, że to piękno jest ulotne. Geolodzy przewidują, że za jakiś czas jezioro utoruje sobie drogę do oceanu przedzierając się przez mierzeją i biegnącą nią Obwodnicę. A przecież Jökulsárlón to obok Gulfoss najczęściej fotografowana atrakcja tego wyspiarskiego sanktuarium. Na „Wyspie Lodu i Ognia” nic jednak nie jest trwałe, bo tu z dziesięciolecia na dziesięciolecie lodowce oraz wulkany zmieniają oblicze tego pięknego „Midgardu”. Dodam jeszcze, że to właśnie tutaj kręcono dwukrotnie sceny do Jamesa Bonda – muszę w końcu się przekonać do starszych odcinków tej serii.

Po czterdziestu minutach ruszamy dalej – poruszeni, szczęśliwi. Pozostała nam dziś jeszcze wędrówka w Parku Narodowym Skaftafell do objętego bazaltowymi ośmiobocznymi kolumnami wodospadu Svartifoss. Przybywamy tam wieczorem. U nas byłaby już noc – w Islandii słońce świeci wysoko. W informacji mówią, że do Svartifoss wędruje się 40 minut. Moja dzielna grupa dociera do celu w pół tego czasu! Mijamy islandzką „puszczę”, czyli sięgające nam do kolan lub ramion drzewka. Wspinamy się szlakiem coraz wyżej. W dali za sobą widzimy czarną pustynię Skeiðarársandur – największą taką pustać na Islandii. Morze czarnego piachu i kamieni. Zanim powstała Obwodnica, można było ją przebyć tylko konno i najlepiej w towarzystwie dobrego kompana. Tam na pewno mieszkają Czarne Elfy! Niebezpieczne miejsce.

Przed nami rozstępują się pagórki i otwiera się widok na prawdziwe organy skalne w „kościele” zbudowanym przez naturę. Organistą jest malowniczy wodospad. Jesteśmy w Svartifoss. Ładnie, ale jakże skromnie dziś, gdy patrzę na to miejsce z perspektywy Gulfossa i Goðafossa. Wracamy do autobusu. Czuję się, jakbym przemierzał przedgórze Gór Mglistych i za chwilę miała się otworzyć przede mną rozpadlina Imladris. Nie znalazłem swojego Rivendell, ale w niecałą godzinę dojechaliśmy autokarem do innego Przyjaznego Domu – do schroniska młodzieżowego w miejscowości Hvoll (mówienie o miejscowości to przesada – jak zauważyłem, Hvoll to nasz hostel plus dom gospodarzy). Właścicielka okazała się przemiłą, choć troszeńkę roztrzepaną osobą. Nie wydała nam wszystkich potrzebnych kluczy i błędnie nas poinformowała, że sami mieszkamy w hostelu. Miało się to na nas zemścić o poranku.

Po pysznej kolacji, po próbach sklecenia czegoś do tej relacji na notebooku poszedłem spać. Jeszcze tylko kilka zdjęć niezwykłego zachodo-wschodu słońca (słońce zaszło na chwilkę, a po pół godzinie czerwień zmierzchu zastąpiła różowość jutrzenki), rozmowa z dwiema dziewczynami z Polski, pracującymi w schronisku, pogłaskanie śmiesznego psa, który mocno obwąchiwał nas i nasz autobus (śmiałem się, gdy ktoś wymyślił, że to pewnie piec celników, tyle że na emeryturze – na granicy podobny pies pomagał celnikom wyniuchać nasze zapasy jedzenia).

Zasnąłem snem sprawiedliwego…

Tak wygląda główna droga na wschodzie Islandii

Czarodziejskie fale na wschodnich plażach

Małe wikinki

Konik wikiński

Jezioro lodowcowe

Piątek 29.06

Poranna Msza. Źle poinformowani zajmujemy całą jadalnię. Gdy rozpoczyna się Msza, na jadalni są prócz nas liczni śniadaniujący. Chyba Francuzi, Skandynawowie – turyści, jak my, ale już nie pielgrzymi jak my. Patrzą ze zdziwieniem na katolickich kapłanów w szatach liturgicznych. Niestety, dochodzi do nieprzyjemnego incydentu. Msza trwa, zbliża się kulminacja. Przy jednym ze stolików dwie panie wyraźnie chcą zaznaczyć, że nie odpowiada im nasza obecność. Rozmawiają na cały głos, stukają naczyniami. Rozumiem, że nie podobało im się to, że katolicy narzucają im się ze swoją obecnością, ale przecież można ustąpić. Co zrobiłbym ja sam, gdyby podczas śniadanka pojawili się w tej samej jadalni wyznawcy innej religii, np. muzułmanie i zaczęli swoje nabożeństwo? Wiem, że starałbym się nie naruszyć sacrum takiej chwili. Zapewne wziąłbym śniadanie do pokoju, wyszedłbym bez ostentacji. Wystarczy trochę empatii, wrażliwości, szacunku dla religii drugiego człowieka. Nie lubię słowa „tolerancja”, bo wymagam od siebie czegoś więcej – miłości bliźniego. Tu jednak zabrakło nawet tej zwykłej tolerancji. Ktoś z naszych sąsiadów pobiegł do recepcji i na nas naskarżył. Nikt nie wie, co na nas nagadano. Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie, gdy w czasie rozdawania Komunii wpadł do jadalni właściciel hostelu i odepchnął z przejścia naszego kierowcę przyjmującego Pana Jezusa. Potem z impetem rzucił się w moim kierunku, żebym się wytłumaczył z naszego „zachowania”. Czy naprawdę nie dało się tego rozwiązać w inny sposób? Przepraszamy Was, drodzy bracia z jadalni za naszą nachalną „katolskość”, ale czy nie czuliście, że spokój Mszy jest czymś ważniejszym od spokoju śniadania? Przepraszamy za ten przykry widok modlących się, klękających, śpiewających ludzi. Przepraszam, że jesteśmy. Ale może to był właśnie ten dzień, gdy po raz pierwszy widzieliście Mszę Świętą? Dobrze, że od tego dnia mogliśmy już codziennie „odprawiać” w kościołach katolickich w Njarðvíku, Hafnafjörður, Stykkishólmur, Reykjavík, Akureyri. Przykro mi, że nasza pierwsza Eucharystia na islandzkiej ziemi spotkała się z taką niechęcią.

Po naszym śniadaniu spakowaliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę. Dziś mieliśmy odcinek blisko 500-kilometrowy do schroniska młodzieżowego w Njarðvíku, na zachód od stolicy Islandii, na półwypie Reykjanes. W programie widniały takie hity jak gejzery i piękny wodospad Gullfoss (isl. ‘Złoty Wodospad’). Wieczorem odbieraliśmy też z lotniska jeszcze jednego pielgrzyma – pana Wojciecha. Sytuacja w pracy nie pozwoliła mu na płynięcie z nami przez Wyspy Owcze.

Przejechaliśmy przez zamglony, zroszony mżawką Kirkjubæjarklaustur. Przed wikingami mnisi z Irlandii mieli tu swój klasztor, potem mieszkał tu wiking-chrześcijanin, Ketill. W 1186 sprowadzono tu siostry benedyktynki. Ich klasztor przestał istnieć w XVI w., w czasie przeprowadzonej siłą przez Duńczyków Reformacji. To tu wielebny Jón Steingrímsson wobec zagrożenia erupcją wulkanu zebrał wiernych w zborze i uprosił Boga modlitwą, żeby zatrzymał zmierzającą ku nim lawę. Udało się – płynny ogień popłynął w inną stronę. Nie zatrzymujemy się tu jednak. Stajemy dopiero na ciągnącym się po horyzont zwałowisku kamieni porośniętych gęstym, grubym, szaro-seledynowym mchem. Tuż obok niezwykłe warstwowe góry „stołowe” i Ocean. Zanurzyć dłonie w ciepłym mchu – oto przyjemność! Potem postój w Vík (właściwie Vík i Myrdal), gdzie zdaniem amerykańskiego magazynu Islands, znajduje się jedna z dziesięciu najpiękniejszych plaż na świecie. Czarny bazaltowy piasek, fale uderzające w wybrzeże, fotogeniczne rybitwy szare, pięć wyniosłych skał, które niczym palce ręki wynurzają się ze wzburzonych wód, czyli formacja Reynisdrangur. Robimy zdjęcia malowniczym widokom, liliowym głogom, romantycznej mgle, która spowija szczyty gór. Po godzinnym postoju ruszamy dalej – kolejny cel to miejscowość Skógar i wodogrzmot o szerokim oraz wysokim spadzie – Skógafoss. Ten robi na nas dużo większe wrażenie niż wczorajszy Svartifoss. Spieniona, ciężka woda z grzmotem uderza z wysokości jakichś 50 m w kamienne dno rzeki. Wokół soczysta zieleń, wiele mchów i porostów. Wychodzą piękne zdjęcia. Jest chwila na zadumę. No i pogoda coraz lepsza. Na stałe gości już na niebie słońce.

Po czterdziestu minutach ruszamy krainą bohatera sag, Njálla. Wspominam treść tej znanej wikińskiej opowieści o zazdrości i zemście. W ojczyźnie Njálla w XI w. przelano wiele niepotrzebnej krwi. Po powrocie do domu muszę wrócić do tej czytanej z 10 lat temu sagi. Teraz będzie się ją czytać zupełnie inaczej. Widzimy krajobrazy, które od tamtego czasu prawie się nie zmieniły. Ciekawe, jak to wszystko wyglądałoby oczyma tego wikinga?

To nie koniec spotkań z literaturą islandzką. Podziwiając Heklę, widoczny już z daleka malowniczy wulkan, słuchając muzyki zespołu Sequentia (adaptacji Eddy Starszej) dojeżdżamy na południowe wybrzeże do miejscowości Oddi. Być może od istniejącego tu w średniowieczu klasztoru Snorri Sturluson ukuł nazwę dla swojego zbioru poematów mitycznych – Eddę. Snorri tu właśnie tworzył, a przed nim związał swoje życie z tym miejscem legendarny czarodziej Sæmundur Mądry. Dziś w Oddi nie ma śladu katolickiego monastycyzmu. To wciąż nie odkryta przez nas karta historii Islandii – jak przebiegała protestantyzacja zaskoczonej decyzją władców Danii Islandii? Gdzie podziały się budynki dawnych kościołów, gdzie są choćby ruiny klasztorów? W Islandii nie budowano z kamienia, choć tego budulca jest tu tak wiele. Czytam książkę Kościoły Islandii (kupiłem ją za bezcen w jednym ze sklepików turystycznych – gdy inne książeczki kosztują co najmniej 60 zł, ta została wyceniona na zaledwie 25 zł!). Okazuje się, że murowane budowle zaczęto wznosić dopiero w XVIII i XIX w.! Mimo wszystko zastanawiający jest ten brak katolickich śladów. W Oddi stoi dziś tylko jedna budowla – drewniany zbór z lat 20. XX w. Piękny biały kościółek pośród sielskich zielonych pól. Ładny pomnik z okazji 1000-lecia chrześcijaństwa Islandii: tytan z Ewangelią w ręku zmaga się z równie tytanicznym morskim potworem. Dłoń uzbrojona w ozdobioną krzyżem księgę zaraz rozbije głowę bestii. Mocny symbol!

Opuszczając Oddi opowiadam o życiu i znaczeniu Sturlusona, o tym, co w roku 1000 wydarzyło się w Þingvellir (będziemy tam za dwa dni; czyt. Θingwetlir, isl. ‘Sejmowa Równina’), gdy Þorgeil, głosiciel prawa, przekonał wikingów islandzkich płomiennym przemówieniem do przyjęcia Ewangelii i odrzucenia dawnych pogańskich wierzeń. W rytmie modlitwy różańcowej zmierzamy ku kulminacji dzisiejszego zwiedzania. Mijamy lokalny ośrodek przemysłu mleczarskiego i turystyki – Sellfoss nad rzeką Hvitá (isl. ‘Białka’) i zmierzamy w głąb lądu Islandii. Po półtorej godzinie, mijając słoneczne widoki lazurowych wód Hvity, soczysto-zielonych gór, niezwykłych skał docieramy do najbardziej niezwykłego wodospadu tego kraju – Wodospadu Złotego, czyli Gullfoss (czyt. gultfos).

Parking, ośrodek informacji turystycznej z restauracją, sklepikiem, toaletami. Ale naszą uwagę przyciąga huk wody i chmura wodnego pyłu wydobywająca się z doliny 100 m od parkingu. Z aparatami w rękach, z płaszczami przeciwdeszczowymi (mają tu odgrywać rolę płaszczów przeciwwodnopyłowych) pod rękoma szybkim krokiem zmierzamy ku legendzie Islandii, ku gwieździe pośród tutejszych wodospadów. Mamy niezwykłe szczęście – słońce posyła swoje promienie prosto ku wodogrzmotom Gullfoss. I oto objawienie! Sceneria jak z wyobrażeń Raju w gazetkach Świadków Jehowy: kilkunastoma stopniami, niczym po schodach z kościelnego chóru, dumnie zbiega majestat potężnej wody. Stopnie załamują się w połowie tak, że wodospady zmieniają kierunek. Jak to wszystko objąć obiektywem fotoaparatu? A woda rzeki Hvity nieustannie gna z 32-metrowego progu w czeluści skalnego wąwozu. Pył wodny w słońcu mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Pojawia się łuk barw – symbol nadziei. Dziś wiem, że był to dla nas znak, że podróż skończy się pomyślnie, a Islandia złoży nam – pielgrzymom – dar pięknej, słonecznej pogody. Tęcza Gullfoss to nasz chrześcijański „Bifrost” – most do „krainy bogów”, most do radości i zadowolenia. Pielgrzymi promieniują szczęściem. Ale czas gna, a przed nami kolejny aktor dzisiejszego dnia. Panie i Panowie, oto Gejzer, a właściwie Geysir! Nie, ten dziś nie wystąpi! Godnie go zastąpi gejzer Stokkur (isl. ‘Kocioł’). Jedziemy kwadrans ku obszarom geotermalnym na zachód od Gullfoss. Tu od XIII wieku wyrzuca swoje wody ku niebu na blisko 60 m słynny Geysir, od którego pochodzi polski wyraz pospolity gejzer. Niestety od pobudzania go na siłę wrzucaniem kamieni Geysir stał się bardzo marudny. Ciśnienie z czeluści ziemi wypycha zatem wodę innym ujściem. 100 m od Geysira co około 3 min. na 20 m wybucha gejzer Stokkur. Cały spektakl wygląda dość surrealistycznie: delikatne zbocze góry, u jego podnóża stawiki i kałuże z gotującą się wodą, zapach siarkowodoru, a nieco wyżej ludzie otaczający pierścieniem większy z takich ocembrowanych skałą stawów. Chwila czekania i jest! Oto bulgot i natychmiastowy wystrzał kilku ton wody. Dziś Stokkur powtarza dwa wybuchy zaraz po sobie, jakby miał czkawkę. A wszystko w słońcu, przy błękitnym niebie! Udaje nam się sfotografować kilka takich wodnych eksplozji. Cudowność!

Zostalibyśmy tu dłużej, ale nasze ciała domagają się strawy, a pan Wojciech czeka na lotnisku. Ruszamy przez dolinę rzeki Hvitá, potem przez Hveragerði, gdzie w licznych szklarniach ogrzewanych energią z wnętrza ziemi hoduje się warzywa i owoce, np. banany. Niedaleko stąd do gorących źródeł Grýla, które noszą imię legendarnej ogrzycy, która tu dawniej miała się dawać ludziom we znaki. Mijamy Reykjavík, do którego wrócimy za kilka dni i ruszamy przez rozgrzany energią geotermalną półwysep Reykjanes, Półwysep Mgieł. Co chwilę dostrzegamy opary wydobywające się z czeluści ziemskich. Ich ciepło przyciągnęło tu Ingólfura, Pierwszego Osadnika, a po nim tysiące innych imigrantów z Norwegii, Wysp Owczych, Irlandii. Dziś w rejonie stolicy mieszka miażdżąca większość Islandczyków. Około godziny 21.00 docieramy do schroniska młodzieżowego w Njarðvíku. Tu będzie nasza baza przez najbliższe kilka dni. Spotykamy Polaków, którzy mieszkają w pobliskim hotelu robotniczym. Każdy zapytany zaleca nam, pielgrzymom, skontaktowanie się z księdzem Wojciechem, miejscowym duszpasterzem katolickim. To, że zna go każdy napotkany tu Polak wiele mówi. Gdy poznamy tego księdza ze zgromadzenia Chrystusowców, dowiemy się, że przez cały rok objeżdża on całą Islandię, żeby być w dolach i niedolach z każdym rodakiem, że niesie Chrystusa w najdalsze niedostępne zakątki Islandii, nie dojadając, śpiąc w samochodzie. Niezwykły człowiek – prawdziwy misjonarz na Wyspie Lodu i Ognia. Umawiamy się z księdzem na Mszę kolejnego dnia. Nadeszła kolejna biała noc na Islandii.

Wschód słońca w Hvoll

 

Islandzki mech jest jak poduszki

 

Islandzkie łubiny

Oddi - tu spisano Eddy

 

Wulkan Hekla

 

Galadhorn przy wodospadzie Gullfoss (Islandia)

Malownicza miejscowość Vik Słynny gejzer Stokkur

 

Sobota 30.06

Po bogatym w wydarzenia piątku przyszła sobota – dzień rekreacji i wypoczynku. Jesteśmy umówieni w porcie w Keflavíku z załogą kutra „Moby Dick” na rejs wielorybniczy. Trzy godziny na Atlantyku, na wodach zamieszkałych przez kilka gatunków ssaków morskich. Wyruszamy o 9.00. Kuter prezentuje się znakomicie, kapitanem jest pani Helga, sympatyczna rudowłosa kobieta po czterdziestce. Mamy 98% szans na spotkanie morskich zwierząt. Wpierw kilka informacji porządkowych: o bezpieczeństwie na oceanie, o zasadach zachowania się na statku, o podziale horyzontu na godziny, żeby łatwiej szła nam obserwacja (chodzi o coś w rodzaju: „Stado wielorybów na jedenastej!”), o cenach napoi w kawiarence. Koszt takiej trzygodzinnej podróży to 2400 koron islandzkich, czyli około 40 euro. Pogoda coraz lepsza. Słońce rozgania poranne chmury (podczas naszej podróży codziennie jest tak, że „nocą” – o ile tę jasną porę można tak nazwać – przychodzą chmury, które znikają w okolicach południa). Po kilkudziesięciu minutach rejsu na bardzo spokojnych wodach pojawiają się pierwsze zwierzęta – stadko delfinów białonosych, które rozpoczynają z nami wesołą zabawę. Płyną równolegle do statku, wyprzedzają nas i pokazują swoje gładkie, połyskujące w słońcu grzbiety ozdobione płetwą, goniąc się z dziobem statku. Pozują do zdjęć, wynurzając się po trzy lub dwa, skacząc na grzbietach fal. Moja grupa podekscytowana celuje w delfiny z aparatów fotograficznych. Każdy z nas ma dziś szanse na udane zdjęcia.

Wypływamy na głębsze wody. Szukamy wieloryba. Pani kapitanka ze skupieniem na twarzy wypatruje lornetką oznak obecności tego wielkiego ssaka. Dowiadujemy się, że wieloryb przyciąga stada ptaków. Zwierzę to lubi wynurzać się z wody nie tylko dla zaczerpnięcia powietrza, ale też po to, żeby ptaki morskie mogły wydziobać z jego szarej skóry pasożyty. Daleko na wodach oceanu widzimy takie podejrzane skupisko ptaków. Jest ich może z 60. Płyniemy w ich kierunku. Jeżeli jest tam wieloryb, przestraszył się kutra, bo ptaki przelatują w inne miejsce. Wieloryby mają prawo bać się Islandczyków, ponieważ ten morski naród od 2006 roku znowu poluje na ssaki morskie. Gdy tracimy nadzieję na zobaczenie wieloryba, nagle „na pierwszej”, w odległości jakichś 400 m pokazuje się monumentalny grzbiet. Na chwilę. Nie zdążyłem zrobić zdjęcia (upolowałem jednak zdjęcie ogona tego ssaka. Jak to zrobiłem? Moja tajemnica). Cel wyprawy został spełniony – wpisani jesteśmy do statystyk jako rejs udany, choć nam pozostaje niedosyt. Chcielibyśmy co najmniej zobaczyć znikający w wodzie ogon humbaka, ale też niejeden z nas zamarzył, żeby dotknąć wielorybiego ciała albo zobaczyć wielkiego ssaka przeskakującego nad pokładem. Oczywiście żartuję, bo powinniśmy się cieszyć, że w ogóle pojawił się na wodzie jego grzbiet. Wiadomo jednak, jacy jesteśmy my, ludzie. Zawsze chcemy więcej, niż jest nam dane. Ktoś żartuje, że wieloryb popłynął do podwodnego domu, gdy usłyszał, że przybywają Polacy – chciał zdążyć założyć koszulkę z napisem „Lech Wałęsa”, ale nie załapał się już na drugie spotkanie z nami.

W drodze powrotnej do Keflavíku pani Helga (to imię oznacza w islandzkim ‘Świętą’) opowiada ponurą legendę o wielkim wielorybie (isl. hval), który nadał imię zatoce Hvalfjörður, rzece doń wpadającej, wodospadowi i jezioru górskiemu. Dawno, dawno temu żył w okolicach Keflavíku rybak. Podczas jednego z połowów zastał go i jego kompanów sztorm. Uchronili się na wysepce. Tam rybak zaginął, gdy pozostali wrócili do swoich domów. Po długim czasie jednak go odnaleziono – zdrowego, najedzonego, spokojnego. Opowiedział, że mieszka na wyspie w chacie z poznaną tu żoną, z dzieckiem. Skąd kobieta na skalistej wyspie? Rodacy rybaka się domyślili – zagubiony wpadł w czarodziejskie sidła elfki. Prawie siłą zachęcili go do powrotu. Rybak zabrał swoje dziecko i odpłynął do rodzinnej wioski. Tam chciał ochrzcić potomka. W czasie nabożeństwa, gdy trzymał na ręku swoje półelfie dziecko, w zborze pojawiła się jego żona. Elfka z gniewem wyrwała mu elfiątko, a wybiegając rzuciła na rybaka czarodziejskie przekleństwo. Biedak w panice ruszył ku klifom, oszalały z przerażenia biegł na swoją zgubę ku falom Oceanu. Nagle zaczął się robić coraz większy i coraz cięższy. Gdy dobiegł do klifu, urwała się pod nim skała i z rumorem całe skalne zbocze wpadło w fale roztrzaskujące się o ląd. Do dziś zobaczyć można skały tworzące kształt kamiennego wieloryba. Płynęliśmy koło nich mijając przylądek Miðnes. Tymczasem rybak zamienił się w gigantycznego humbaka i stał się postrachem łowiących ryby na tych wodach. To był bardzo zły wieloryb. Szalony wieloryb. I tak dnia pewnego dopełnił się jego los. Prawie niewidomy pastor przechodził nad brzegiem oceanu. Prowadziła go pod rękę córka. Dziewczyna zauważyła znienawidzony grzbiet, który przewrócił już tak wiele rybackich łodzi.

– Ojcze, widzę Szalonego Wieloryba! – szepnęła do ojca. Pastor zaś wyciągnął w kierunku nieszczęsnego stworzenia ręce i wyrzekł kilka niezrozumiałych formuł. I nagle wieloryb ruszył z impetem w kierunku północno-wschodnim. Tam wpłynął na wody fiordu, potem w górę rzeki wpadającej do tej śródgórskiej zatoki, skoczył przeciw nurtowi wodospadu i znalazł się na spokojnych wodach jeziora. Tam dopełnił się los zaczarowanego rybaka-wieloryba. Oddał ducha uwalniając całą krainę od przekleństwa elfki.

Smutna opowieść. Skandynawska baśń. My tymczasem powróciliśmy do Keflavíku oglądając tereny amerykańskiej bazy wojskowej, która została zamknięta w zeszłym roku. Dziś budynki po osiedlu amerykańskich żołnierzy zakupił Uniwersytet Rejkiawicki oraz prywatni inwestorzy. Niedługo powstanie tu filia uczelni. Pojechaliśmy do hostelu na obiad (pyszna potrawka z kurczaka) i przygotowaliśmy się na atrakcje drugiej części dnia.

Miało być rekreacyjnie oraz wypoczynkowo, no to było. Błękitna Laguna! Nazwa mówi sama za siebie, słowa te przywodzą od razu na myśl błękit wód oraz uroki ciepłego kąpieliska. Bláa Loníð, bo tak nazywa się po islandzku to słynne kąpielisko (wymawia się to blaua lonydz) to obszar rekreacyjny przy geotermalnej elektrowni Svartsengi. Z głębokości 2 km na powierzchnię ziemi wydostaje się gorąca, upłynniona wielkim ciśnieniem woda o temperaturze 240°C. Służy ona człowiekowi na kilka sposobów: po pierwsze wykorzystuje się ją do produkcji prądu elektrycznego, po drugie podgrzewa ona wodę dla mieszkańców półwyspu Reykjanes, po trzecie zasila ona najbardziej niezwykłe kąpielisko, jakim jest Błękitna Laguna. Woda bogata w sole mineralne, krzem i inne minerały spływa z elektrowni do kompleksu wypoczynkowo-hotelowego. Już sam dojazd do Laguny jest niezwykły. Mijamy księżycowy krajobraz: jak okiem sięgnąć pustynia zastygłej lawy, którą porasta jedynie szary mech. W dali księżycowe góry. Znakomita widoczność. Ciepłe słońce (jest około 18°C!). I w tej szaro-czerni pojawia się oaza lazuru, błękitu złamanego mleczną barwą krzemionki. Kompleks Błękitnej Laguny ukryty jest wśród surowych skał jak drogocenny lazurowy klejnot. Wpierw dostrzegamy obłoki pary i dyskretnie ukryte instalacje elektrowni. Dojeżdżamy na parking. Gdyby nie drogowskazy, nie wiedzielibyśmy, że jesteśmy tak blisko. Parking jest bowiem jakby otoczony lawową pustynią. Przejście do kompleksu to wygodny chodnik między ścianami wulkanicznych skał. Za zakrętem pojawia się wejście do bardzo nowoczesnego budynku ze szkła i metalu. Cena jest umiarkowana. Za cały dzień tylko 90 zł. To opłata za kąpiele, czystą wodę do picia, sauny (bardzo parowa – z drewnianym wejściem jak do norki hobbickiej, mniej parowa i sucha – fińska), leżak… Błękitna Laguna to jedna z największych atrakcji Islandii. Woda nie tylko daje odpoczynek i przyjemność, ale także zdrowie. Krzemionkowa woda ma właściwości uzdrawiające – leczy choroby skóry, pomaga w kosmetyce. Już chwilkę po wejściu cała grupa pluska się w wodzie. Błogość z maseczką krzemionkową na twarzy. Wieczorem spostrzeżemy, że cera się poprawiła i wszyscyśmy jacyś tacy piękniejsi: wypoczęci, radośni, uzdrowieni.

W Błękitnej Lagunie spędziliśmy ponad 3 godziny. To wystarczający czas, żeby odpocząć i nie przemęczyć się ciepłem.

Wróciliśmy do schroniska, szybko się przebraliśmy i pospieszyliśmy na 19.00 do kościoła św. Barbary. Troszkę krążyliśmy po Njarðvíku, ale w końcu trafiliśmy do katolickiej parafii niedaleko njardwickiej szkoły. Nowy budynek z małą dzwonnicą. Jedno wejście zarówno do kościoła, jak i na parafię. A w środku zaskoczenie. Sobotni wieczór, a kościół pełen wiernych! Są to sami mężczyźni (była tylko jedna kobieta), ubrani po „niedzielnemu”, Polacy. Pracownicy kontraktowi, którzy mieszkają w okolicach Keflavíku, a budują w stolicy nowy gmach opery. Przygotowano dla nas wolne miejsca w pierwszych rzędach. Każdy z nas, pielgrzymów, znajdzie w tym gościnnym kościele dla siebie krzesło. Ja sam siedzę z księżowskiej kuchni z widokiem na wnętrze kaplicy. Zaczyna się Msza, wita nas ks. Wojciech, prawdziwy misjonarz Islandii (to właśnie on od lat bez wytchnienia szuka zagubionych i służy sobą każdemu potrzebującemu posługi kapłańskiej. Obok karmelitanek, które niedługo poznamy, jest on dla mnie wielkim bohaterem współczesnego katolicyzmu na wyspie). Śpiewamy, cieszymy się tą Eucharystią z rodakami, a ja ciągle jestem pod wrażeniem zebranych tu polskich imigrantów: przecież jest sobotni wieczór, czas knajp, weekendowych rozrywek. Co przyciągnęło tych ludzi do świątyni św. Barbary? Zapewne to samo, co nas. Podziwiam ich wiarę, ich skupienie, ich świadectwo. To prawdziwie Boży robotnicy. Piękni ludzie. Kapłan w kazaniu próbuje połączyć kilka wątków. Ewangelię dzisiejszą ze swoimi emocjami związanymi z naszym spotkaniem. Po Mszy jest czas na rozmowę z Polakami, na wspólne cieszenie się z doskonałej pogody, na radość ze spotkania. Robimy też pamiątkowe zdjęcie. Zabieram dla naszych księży i dla siebie obrazki z drewnianą figurą Madonny. Na odwrocie błogosławieństwo lokalnego biskupa, Jóna (Jana) – metropolity Reykjavíku. Nie wiem jeszcze, że spotkanie z tą figurą będzie tak miłe – ale o tym za kilka dni.

Dobry czas! A jak dobrze się spało po tak pełnym dniu. Tak minął poranek i wieczór – dzień dziewiąty naszej pielgrzymki. Minął półmetek podróżowania.

Nasz kuter Delfin białonosy

Nie pytajcie jak się to udało...

Pani kapitan i jej pomocnik

Widoczek z Błękitnej Laguny

Nowożeńcy na skalnej pustyni

Niedziela 1.07

Dzień Pański. Niedziela. Dziesiąty dzień pielgrzymowania po islandzkiej ziemi. Co zrobić, żeby ta niedziela była szczególna? Zaplanowaliśmy odwiedziny w kilku miejscach bezsprzecznie najważniejszych dla początków chrześcijaństwa w Islandii. Po południu zaś jedziemy na malowniczy półwysep Snæfellsnes (czyt. snajfetlsnes, isl. Półwysep Śnieżnej Góry’) odwiedzić siostrę Czesławę – misjonarkę z Polski.

Po śniadaniu opuszczamy Njarðvík i jedziemy przez Reykjavík na wschód. W Sellfoss skręcamy na północ i zmierzamy do doliny związanej z początkami państwowości islandzkiej oraz islandzkiego chrześcijaństwa. Pogoda średniawa – ważne, że nie pada. Dużo chmur. W drodze opowiadam o ustroju dawnej wikińskiej Islandii, o wiecach zwanych tu tingami (isl. þing), o podziale kraju na cztery ćwiartki (jak w tolkienowskim Shire), o głosicielach prawa i innych urzędach średniowiecznego kraju wikingów. Nagle autokar wpada w chmurę muszek. Tysiące małych, czarnych insektów uderzają w przednią szybę. Koniec ładnych widoków. Do kolejnego mycia autokaru. Teren wokół nas jest górzysty, skalisty. Bazaltowe dość niskie ściany ciągną się długimi rzędami. Tu widać wyraźnie, że Islandia powstała na aktywnym geologicznie Grzbiecie Atlantyckim. Kilometry pod nami dwie płyty – Amerykańska i Europejska – rozsuwają się o ok. 2 cm rocznie. Magma wypływa przez szczeliny i dociera do powierzchni ziemi jako erupcje wulkaniczne. Przybywamy na równinę Þingvellir (isl. ‘Równina Sejmowa’, czyt. Θingvetlir), gdzie w roku 930 odbył się pierwszy Alþing, czyli Sejm wszystkich wolnych mężów Islandii. Tu narodziła się tradycja republikańskiej wolności Islandczyków, do Alþingu nawiązywano w czasach norweskiej i duńskiej zależności, gdy chciano wspomnieć minioną niepodległość. W XX w. Dania pozwoliła Islandii na odnowienie tradycji własnego Sejmu, a w roku 1944 Alþing ogłosił niepodległość kraju (wtedy Danię zniewoliła niemiecka okupacja). Dla nas, chrześcijańskich pielgrzymów, ważne jest to, że w Þingvellir w roku 1000 Islandczycy przegłosowali przyjęcie chrześcijaństwa jako religii państwowej. Płomienne przemówienie Þorgeira, głosiciela prawa w Alþingu (odpowiednik naszego marszałka sejmowego) zachęciło islandzkich wikingów do odrzucenia pogaństwa i przyjęcia Dobrej Nowiny. Oczywiście chrześcijaństwo miało przed sobą jeszcze daleką drogę i zanim trafiło do serc Islandczyków, napotykało na wiele trudności. W Þingvellir armia meszek (które chyba miały dziś tu swój wasny *mýþing ‘sejm muszy’) nie przeszkodziła nam w zwiedzaniu. Również duchota nie powstrzymała nas od wędrówki. Na wywyższony punkt widokowy idziemy z parkingu około 20 minut. Po drodze odwiedzamy Hotel Valhöll, na którego miejscu stała kiedyś chatynka Snorriego Sturlusona. Przybywający tu ojcowie rodów posiadali na Sejmowej Równinie domki, czyli tzw. búðir. W hotelu korzystamy z toalet i zabieramy trochę folderów. Niestety nie udaje nam się wejść do jednego z najstarszych kościołów w Islandii. Dzisiejsza, zamknięta, drewniana budowla stoi na miejscu, gdzie tysiąc lat temu zbudowano pierwszą świątynię. Drewno na tę dawną budowę wysłał z Norwegii sam król Olaf Tryggvason. Obecny kościółek, Þingvallakirkja, zbudowano w 1859 r. Wspinamy się na skały, przechodzimy przez Almannagjá (isl. ‘Przepaść Wszystkich Ludzi’), gdzie przed wiekami gromadzili się przybywający na sejmy. Jesteśmy w jednej z długich rozpadlin, które wyznaczają kierunek rozchodzenia się płyt tektonicznych. W końcu dochodzimy do punktu widokowego, skąd jak na dłoni widać Sejmową Równinę: po lewej w dali Lögberg, czyli Skałę Prawa, gdzie zasiadała Lögrétta, Rada Prawa złożona z 36 goðar, czyli naczelników rodów. Dziś jest tam samotny maszt z flagą Islandii – miejsce ważnych przemówień i uroczystości (współcześnie Parlament obraduje w Reykjavíku, w zbudowanym z bazaltowych głazów budynku Alþingu). Dalej w prawo świetnie widać Öxará, czyli Rzekę Toporu. Wpada ona na prawo od nas do jeziora Þingvallavatn – największego jeziora Islandii (to tam jest chyba ojczyzna wszędobylskich meszek). Przed nami w dole kościółek, hotel, gospodarstwo Þingvallabær (w jego nowszej części jest od roku 1974 niepozorna letnia siedziba premiera Islandii). Wszystko tak bliskie, wszystko tak niepozorne. Na zdjęciach w folderach Þingvellir wygląda bardziej monumentalnie. Tymczasem meszki wyganiają nas do autobusu. Docieramy po chwili do punktu informacji turystycznej, gdzie jest czas na zjedzenie prostego posiłku i na zakupy w sklepiku. Tam nabywam jedną z dum dzisiejszego dnia: staroislandzki tekst Wieszczby Völwy, czyli eddaicznej Völuspá z reprodukcjami drewnianych płaskorzeźb, na których przedstawiono sceny z tego mitologicznego tekstu. Völuspá to prastary tekst o początkach świata, bogach, losach uniwersum po Ragnarök, czyli „Zmierzchu Bogów” – znajduje się on w Eddzie Poetyckiej Snorriego. Będę miał kolejny materiał do pogłębiania wiedzy o języku staroislandzkim. Staroislandszczyzna przyczyniła się zresztą do dobrych warunków zakupu: gdy sprzedawczyni dowiedziała się, jakie są moje językowe zainteresowania, spuściła mi cenę tej książeczki o połowę (normalna cena to 60 zł, ja kupiłem ją za 30 – to i tak drogo jak za malutkie wydanie z miękką okładką). Kupiłem też bardzo okazyjnie wspomnianą już książkę o budownictwie kościelnym w Islandii. No i pocztówki. Jedna z nich (ze zbierającymi się do lotu maskonurami) zawiśnie w ramce w domu, druga poszła do Polski (znaczek kosztuje około 4 zł).

Posileni, poruszeni, pogryzieni przez meszki ruszyliśmy do pierwszego biskupstwa w kraju, do wioski Skálholt (czyt. skaulholt) około 40 km od Þingvellir. W czasach katolickich był to najważniejszy ośrodek życia religijnego w Islandii, centrum islandzkiej teologii. Dziś Skálholt to samotna katedra wśród pól i łąk. Obok niej znajduje się jedynie seminarium – kilka białych budynków. Nie ma śladu dawnej świetności. Nie pozostał nawet cień starego miasteczka, które się rozbudowało w średniowieczu wokół ówczesnej drewnianej katedry. Ale jest tu bardzo ładnie. Zielono, cicho, świetliście. Jak w Shire.

Nowoczesna katedra z lat 60. jest zbudowana na planie krzyża. Ma białe mury, ładne, skromne wnętrze. Proste, ale efektowne witraże. Odmawiamy tam Anioł Pański i schodzimy do podziemi, w których kryją się ślady pierwszego kościoła – prastare kamienie biskupich nagrobków. Wśród nich sarkofag biskupa Pálla Jónssona – pochowano go w asyście gwałtownych zjawisk atmosferycznych. Wielka burza spadła na Skálholt również w dniu, gdy archeolodzy otwarli sarkofag w celach badawczych, w roku 1953. Kiedy miejscowość podupadła? Czemu dziś jest to kilka budynków wśród pól? Może dlatego, że biskupi luterańscy przenieśli się w 1797 do stolicy?

Opuszczamy Skálholt po czterdziestominutowym zwiedzaniu. Z tego spokojnego miejsca ruszamy w ponad trzygodzinną podróż do Stykkishólmur na północy półwyspu Snæfellsnes. Modlitwa w autokarze, film, ładna muzyka. Zatrzymujemy się w punktach widokowych, autokar po raz pierwszy na Islandii tankuje paliwo. Głodny i zmęczony kierowca Arek trochę marudzi („Polak głodny to Polak zły”), ale problem rozwiązujemy podczas postoju. Jeszcze tylko rzut oka na Helgafell, czyli ‘Świętą Górę’, na której poganom ukazywała się ponoć Valhölla, gdzie w czasach przedchrześcijańskich czczono boga Thora, a po wprowadzeniu chrześcijaństwa zbudowano tam kościół (dziś nie ma śladu po żadnym miejscu kultu – ani pogańskim, ani chrześcijańskim) i w końcu docieramy do malowniczego Stykkishólmur.

W tej niewielkiej rybackiej miejscowości, dość ważnym węźle komunikacyjnym (ze Stykkishólmur odchodzą promy do Fiordów Zachodnich) ulokowało się kilka ciekawych miejsc chrześcijańskich. Wpierw w oczy rzuca się zbór luterański w bardzo nowoczesnej formie: murowana modernistyczna budowla, która przypomina współczesne kościoły we Francji, Niemczech czy Polsce. Bieleje na wzgórzu i kojarzy się ze… stacją kosmiczną. Jeżeli my, chrześcijanie, traktowani jesteśmy przez współczesny świat jak kosmici, to może taka forma jest najbardziej odpowiednia? Istnieje tu też dość duży szpital zbudowany przez katolickie siostry franciszkanki. Jedną z nich, najmłodszą, jest pochodząca z Ziemi Rybnickiej na Śląsku siostra Czesława. Pracuje ona na misji w Islandii od kilkunastu lat. Niedawno obchodziła 50. urodziny i nasza grupa przybywa tutaj, żeby złożyć siostrze życzenia. Ksiądz Władysław ma dla niej piękny prezent: grubaśny, efektowny album ze zdjęciami cudów przyrodniczych z całego świata. My, pielgrzymi, wpisaliśmy w tej księdze nasze podpisy. Zaproszeni jesteśmy do kaplicy aby odprawić naszą dzisiejszą Mszę. Po liturgii jest czas na urodzinowe serdeczności. A potem siostra Czesława zaprasza nas do domu sióstr na poczęstunek: kawę, herbatę, ciasteczka. Z saloniku sióstr roztacza się cudowny widok na zatokę Hvammsfjörður – za chwilkę ruszymy na zwiedzanie Stykkishólmur i będzie czas na fotografowanie. Poprosiłem siostrę Czesławę o jakieś zużyte, stare wydanie Biblii po islandzku i oto kochana zakonnica przynosi mi nowiutki tomik Nowego Testamentu z Psalmami. Co za radość!

Jest już dość późno, gdy ruszamy w drogę. W czasie podróży modlitwa, muzyka, filmy i snucie planów na dzień następny. Będzie się działo, bo w poniedziałek część naszej grupy leci samolotem na… Grenlandię.

Równina Sejmowa Thingvellir Pomnik w Stykkishólmur
Widok ze Stykkishólmur Islandzkie okno

Katedra z Skalhólt

Poniedziałek 2.07

Poranek pełen niewiadomych. Czy wszystko się powiedzie i dwunastka naszych pielgrzymów dotrze dziś pod wodzą ks. Władka do Grenlandii? Po szybkim śniadaniu jedziemy do Rejkiawiku, żeby zdążyć na 8.00 na tamtejsze lotnisko. Ośmiogodzinna podróż na największą wyspę świata i z powrotem kosztuje 600 euro! Dwie godziny lotu, cztery godziny pobytu i kolejne dwie powrotu. Ale podobno warto. Nasi „Grenlandczycy” mieli intensywny, ale ciekawy program. Lecieli do Kulusuk na Wschodnim Wybrzeżu i tam mieli spotkanie z Inuitami (tak dziś nazywamy Eskimosów), poznawali ich kulturę, rzemiosła, tańce. Ksiądz Władysław wręczył tam dwóm inuickim dziewczynkom obrazki z Matką Bożą z Częstochowy. Ciekawe jaka będzie historia tych wizerunków – być może jedynych z pierwszych obrazków maryjnych w tej wiosce (Inuici zostali chrześcijanami w wyniku działań luterańskich misjonarzy z Danii). Lot poprzedza pewne niemiłe dla mnie zdarzenie. Ot, zderzenie kultur: islandzkiej i polskiej. Islandczycy to bardzo spokojni ludzie. Swoje obowiązki wykonują bez pośpiechu, jakby trochę niedbale. Odprawa na lotnisku jest doświadczeniem ponad cierpliwość trójki naszych grenlandzkich wycieczkowiczów. Gdy pierwsze dwie osoby odprawia się ponad pół godziny, odchodzą z kolejki i rezygnują z lotu. Szkoda! Gdybyśmy byli choć trochę mniej w gorącej wodzie kąpani. Polak wobec Islandczyka to jak wulkan wobec lodowca. Obie strony patrzyły na siebie z zaskoczeniem: nasi turyści z niedowierzaniem patrzyli na islandzką flegmę, islandzcy pracownicy lotniska chyba nigdy wcześniej nie spotkali się z polską niecierpliwością i gorączką. Gdy pomogłem się odprawić ostatnim osobom, dołączyłem do tych pielgrzymów, którzy zostali w Islandii. Gdy nie ma kota, myszy buszują, czy też inaczej: gdy nie ma księdza Władka, pielgrzymi buszują… po Rejkiawiku. Mieliśmy cały dzień na zwiedzanie stolicy Islandii – w części chcieliśmy ten czas przeznaczyć na samodzielne wędrówki po rejkiawickich sklepikach, parkach, knajpkach. Stolicę Islandii zamieszkuje ponad 100 tys. osób. To ponad 60% wszystkich mieszkańców wyspy. A mimo to Reykjavík (isl. ‘Zatoka Mgieł’) wygląda jak większe miasteczko. Bardzo urokliwe miasteczko. Niska zabudowa, dużo zieleni, mały ruch samochodowy. Wszystko jest na ludzką miarę. Katolicka katedra Chrystusa Króla (zbudowana w stylu neogotyckim w 1930 r.), dzielnica ambasad (po co Rosjanom aż trzy różne budynki na trzech różnych ulicach?), rynek Austurvöllur (nazwa mówi sama za siebie – ‘Wschodnie Pole’) z pomnikiem działacza niepodległościowego Jóna Sigurðssona, główna ulica Aðalstræti (czyli po prostu ‘Główna Ulica’), bazaltowy Parlament z rusztowaniami, jasna, drewniana katedra luterańska z piękną chrzcielnicą Thorvaldsena (inskrypcja na niej głosi, że „Opus hoc Romae fecit et Islandiae Terrae sibi cantiliaciae pietatis causa donavit Albertus Thorvaldsen, anno 1827” – rzeźbiarz miał sentyment do kraju, z którego pochodził jego ojciec), nowoczesny, prowokujący ratusz z wielką makietą – plastyczną mapą Islandii, jezioro Tjörn z dużą ilością ptactwa wodnego (w tym kapitalnymi rybitwami szarymi, które niczym wielkie kolibry zawisają w miejscu nad wodą, wypatrują ryb i rzucają się z impetem w toń jeziorka), spacer na wzgórze, z którego na miasto spogląda niezwykły luterański kościół (największa budowla sakralna Islandii), Hallgrímskirkja. Kościół postawiono na cześć islandzkiego duchownego, autora chrześcijańskich hymnów, które zna każdy uczęszczający do zborów Islandczyk, Hallgrímura … Świątynia swoją betonową architekturą nawiązuje do ciosów bazaltowych, które spotkać można na przykład w Svartifoss (byliśmy przy tym wodospadzie kilka dni wcześniej). Wjechałem na wieżę kościoła – piękny widok całego Rejkiawiku oraz panorama półwyspu Snæfellsnes z białą czapą lodowca Snæfellsjökull. Świetny pomnik Leifura Eiríkssona, wikińskiego odkrywcy Ameryki (nazwał ją Vínlandią) – dar Amerykanów dla Islandczyków. Pomnik stoi u stóp kościoła. Potem schodzimy ulicą w dół, ku centrum. Pojawiają się sklepiki, kawiarenki, knajpki (piwo kosztuje co najmniej 20 zł – i tak dobrze, że jest, bo do roku 1989 był w Islandii zakaz sprzedaży tego napoju. Islandzkie piwo nie jest wybitne. Piłem „Vikinga” i nie byłem zachwycony). Oglądamy Stjórnarráðið, czyli Gmach Rządu (niewielki, biały domek, na maszcie brak flagi, przed budynkiem pomniki premierów) oraz wchodzimy na niewielkie wzgórze Arnarhóll (isl. ‘Dom Orła’), gdzie kiedyś był dom Pierwszego Osadnika, Ingólfura Arnarssona, a dziś stoi tam jego pomnik. Mamy wolny czas na posiłek przy autokarze i na własne spacery po mieście. Około 15.00 najedzeni (Antoni znowu świetnie o nas zadbał przygotowując smakołyki) ruszamy ze znajomymi na podbój stolicy. Świetnie, bo jest czas na obserwację ludzi, miejskiego powolnego życia (które podobno w sobotni wieczór jest zupełnie inne – Reykjavík zamienia się w mekkę klubowiczów, birbantów i miłośników głośnego szaleństwa w dyskotekach. Do ojczyzny Björk, Múm i Sigur Rós przybywają specjalnie w tym celu młodzi ludzie z innych stron świata. Muszą mieć jednak sporo na kartach kredytowych!). Islandczycy (a zwłaszcza Islandki) to ludzie urodziwi, różnią się jednak moim zdaniem od Farerczyków. Mniej tu „czystych Nordyków”, a więcej celtyckich wpływów. Więcej też imigrantów z innych kontynentów. Są jednak i inni mieszkańcy stolicy – śliczne, tłuściutkie koty z czerwonymi obrożami. Ciekawe czy są to koty urzędowe, które stróżują, żeby w mieście nie było za dużo gryzoni? Tacy koci policjanci. Gdyby miały buty, byłyby to Koty w Butach. Z powagą pełniły swoją służbę.

Dużym przeżyciem były dla mnie odwiedziny w sklepie muzycznym na ulicy Skólavörðustígur (kto szybko powtórzy tę nazwę?). Sklep z najambitniejszą islandzką muzyką pop, klubową, jazzową. Świetny klimat. W tle granie jakiejś kolejnej kopii Sigur Rós, ale muzyka bardzo fajna. Podobno przychodzi tu Björk…

Około 18.00 ruszamy na lotnisko po naszych towarzyszy powracających z Grenlandii. Okazuje się na lotnisku, że na ich samolot trzeba będzie czekać półtorej godziny. Samolot się spóźni. Islandczycy nie mają obsesji na punkcie bycia punktualnymi. A moi podróżni mają tego powoli dość. W końcu jednak w terminalu (a właściwie terminaliku – lotnisko w Pyrzowicach to gigant w porównaniu z lotniskiem w stolicy Islandii) pojawiają się uśmiechnięci, szczęśliwi „Grenlandczyków”. Ich saga właśnie dobiegła końca. Z sukcesem.

Jeszcze tylko wspólna Msza. Umówiłem się na nią w niezwykłym miejscu – w klasztorze sióstr karmelitanek w pobliskim Hafnafjörður. Docieramy tam około 20.00. Czeka na nas piękna kaplica z dużą kopią obrazu jasnogórskiego. Czarna Madonna nas wita, a my rozpoczynamy w podzięce nasz hymn: Madonno, Czarna Madonno, jak dobrze Twym dzieckiem być… Co za zbieg okoliczności (tak, tak, to figura retoryczna – chrześcijanin wie, że nie ma zbiegów okoliczności, a miłośnik Tolkiena powie za Gandalfem: Nie ma przypadków w Śródziemiu), że przed chwilą składano w autobusie relację z przekazania obrazków z Jasnogórską Panią eskimoskim dziewczynkom na Grenlandii. Karmel to miejsce niezwykłe. Od siostry, która rozmawia z nami zza kraty emanuje radość i siła wiary. Po pięknej Mszy poczęstunek. Siostry nie wypuszczą swoich gości głodnych: w jadalni na górze czekają ciepłe napoje i ciastka. Dostajemy też kilka worków z chlebem. Bardzo cenny dar w kraju, gdzie bochenek kosztuje 15 zł! Umocnieni wracamy do naszego islandzkiego domu.

To był dobry dzień. Potrzebny dzień wypoczynku i wytchnienia…

Ryne(cze)k w Rejkjawiku

Centrum Rejkjawiku

Fotogeniczne mewy

Największy kościół Islandii - Halgrimmskirkja Pomnik odkrywcy Ameryki - Leifa Eirikssona

Budynek rządu Islandii

Ulica Rejkjawiku

Rybitwa szara

Wtorek 3.07

Dziś kolejny spokojniejszy dzień. Mniej kilometrów do przejechania niż wcześniej, więcej czasu na spotkanie z przyrodą Islandii. Wpierw Msza w rejkiawickiej katedrze. Dowiadujemy się tu ciekawych szczegółów o drewnianej figurze Bogurodzicy, która przechowywana jest w świątyni. Ma około metra wysokości, przedstawia typową gotycką Matkę Bożą z Dzieciątkiem. Pochodzi z XIV w. i jest jednym ze śladów katolickości Islandii, pamiątką z Islandii przedreformacyjnej. Pięknym szczegółem dziejów tego wizerunku jest to, że przez okres, gdy katolicyzm był w tym kraju niemile widziany, figurę przechowywali w swoim protestanckim zborze Islandczycy z miejscowości Rekkolar. W końcu XIX w. przekazali ją katolikom. Dziś znajduje się w katedrze Chrystusa Króla w stolicy. To Matka Boża Islandzka. Po drugiej stronie kościoła figura św. Þorlákura (bardziej po polsku Thorlaka?), biskupa Islandii, świętego patrona tego kraju.

Przejeżdżamy przez Reykjavík, żeby pokazać miasto „Grenlandczykom” i pożegnać się z tą spokojną, miłą stolicą. Nie ulegam namowom, żeby dla wczorajszych nieobecnych powtórzyć zwiedzanie miasta. Oni wrócą tu jutro rano prywatnym samochodem i zwiedzą to, co ich interesuje, a my będziemy odpoczywać przed długą drogą do domu. Z podróżą jest jak ze szlachetnym winem – dobrze smakuje, gdy próbuje się z umiarem. Gdy przesadzimy, boli głowa i nie ma już żadnego pożytku ani przyjemności. Lepiej zakończyć z małym niedosytem niż z przesadą.

Dziś chcemy przyjrzeć się półwyspowi, na którym znajduje się nasze schronisko młodzieżowe. Nazywa się on Reykjanes, Półwysep Mgieł, a miano to ziemia ta zawdzięcza wielkiej ilości wyziewów i oparów geotermalnych, które przyciągnęły tu Ingólfa, Pierwszego Osadnika, oraz jego następców. Znaczna część skalnego podłoża, to na tym półwyspie zakrzepła lawa. Obserwujemy tu tuf wulkaniczny, tzw. lawę poduszkową. W wielu miejscach surową skałę porastają mchy – pierwsi kolonizatorzy tej niegościnnej, zdawało by się, ziemi. W wielu miejscach dominuje czarna lub sina pustynia skalna, ale są też obszary niezwykle kolorowe: za sprawą przyrody (mamy tu ok. 200 gatunków mchów, kwiatów, traw, ale też karłowate brzozy) oraz za sprawą minerałów. Zbliżamy się do miejscowości Krýsuvík, gdzie znajduje się największe na świecie ujście naturalnej gorącej pary okolone „trollowymi” (czy też „diablimi”) kociołkami gotującego się błota. Do autokaru dostaje się duszący zapach siarkowodoru. Słyszę w autobusie żarty, że zbliżamy się do bram piekieł. Ktoś cytuje słowa z Boskiej Komedii Dantego… Stąpamy ostrożnie po specjalnych pomostach i wyznaczonej ścieżce. Obchodzimy dookoła miejsce, które nie tylko zadziwia swoim ciepłem i duszącym zapachem, ale również barwami. Tam, gdzie uchodzi para i ziemne wyziewy, tam też osadzają się kolorowe minerały. Widzimy wszystkie odcienie siarki – od jasnej żółci po głęboki pomarańcz. W innym miejscu skały są czerwone.

Potem ruszamy do ciekawego miejsca – ku kościółkowi Strandarkirkja (isl. ‘Kościół Nadbrzeżny’). Wjeżdżamy na kilkunastokilometrową szutrową drogę i zmierzamy ku Oceanowi. Długo jedziemy wzdłuż brzegu. Z dala widzimy latarnię morską i w końcu sylwetkę drewnianego kościoła. Przekazy mówią, że dawno temu statek zmierzający na Islandię natrafił na sztorm. Załoga modliła się o ratunek i złożyła ślub, że jeśli przeżyje wielką burzę na morzu, zbuduje Bogu w podzięce kościół. Wówczas pojawił się anioł Pana Jezusa i poprowadził żeglarzy bezpiecznie ku brzegom. Wylądowali tam, gdzie dziś stoi kościółek Strandakirkja. Mówi się, że poprzez to miejsce Bóg ciągle dokonuje cudów. Rybacy i dziś proszą Boga o pomoc w trudnościach. Przywożą też w to miejsce wota dziękczynne. I choć nie jest to kościół parafialny, należy on do najszczodrzej wyposażonych zborów w kraju. Budowla jest naprawdę wdzięczna i bardzo fotogeniczna. Wewnątrz zaskakuje wyjątkowa schludność, wyjątkowa atmosfera. Ciekawe, że przy ołtarzu głównym stoi duża drewniana figura Matki Bożej z różańcem w ręku. Ciekawe, jaka historia jest z nią związana? To niecodzienny widok w kościele protestanckim. Maryja musiała komuś bardzo pomóc. Wokół kościoła piękne widoki: łagodne wzgórza w kolorach mchów i porostów, szare oceaniczne przestrzenie, morskie ptaki. Tuż przy zborze cmentarzyk, posąg Gunnfrið Jónsdóttir, lokalnej śpiewaczki, miniaturowy domek (myśleliśmy, że to tzw. „domek elfów”, jakich wiele widzieliśmy w Islandii, ale pan odnawiający tę ciekawą miniaturę tłumaczy, że domek postawiono na pamiątkę XVII-wiecznego gospodarstwa, które niegdyś się tu wznosiło). Jemy posiłek i ruszamy w dalszą drogę. Trudną drogę. Szutrowa trasa ma bardzo złą jakość. Dawno nie podsypano żwiru i droga uległa wybiciu. Autokar z każdym kilometrem bardziej trzeszczy i dudni. Kierowcy są niezadowoleni. Na szczęście przed Gríndavíkiem zaczyna się asfalt. Mijamy miasteczko rybackie znane z muzeum suszenia ryb, ale nie zatrzymujemy się tutaj. Ciągnie nas do Błękitnej Laguny. Jeszcze wczoraj wymyśliliśmy, że przed drogą powrotną do domu trzeba raz jeszcze skorzystać z uzdrawiających i kojących mocy słynnego islandzkiego kąpieliska.

Na Bláa Loníð zatrzymujemy się trzy godziny, a potem wracamy do hostelu na zasłużony odpoczynek.

Wszystkie odcienie siarki

Diabelskie kociołki w Krysaviku Kościółek Strandarkirkja

Domki elfów

Typowe wycieczkowe śniadanie

Islandzki autobus

Książka telefoniczna - tylko imiona, bez nazwisk

Środa 4.07

Dzień wyjazdu. Mamy dziś poranną labę. Długie spanie, późniejsze śniadanie, rozmowy z ciekawymi ludźmi w schronisku (czemu najfajniejszych ludzi poznaje się dopiero na końcu? Dwie Łotyszki z Rygi podróżujące po Islandii – mama i córka, rodzina baptystów z USA, którym pomogłem obsłużyć pralkę automatyczną, fantastyczna Chinka z recepcji, z którą wymieniłem serdeczności – Ni hao ma? Sie, sie… – wspólnie naprawialiśmy awarię bezpieczników). Około 12.00 ostatni obiad gotowany przez Antka i ruszamy w drogę.

13.30 – spakowani modlimy się o dobrą drogę, a o 14.15 jesteśmy już u sióstr w Hafnafjörður. Karmel gościnny i radosny, jak zwykle. Dziś odprawiamy Mszę w intencji naszych przyjaciółek – sióstr karmelitanek, które z ziemi polskiej trafiły tu, na ziemię wikingów i zza krat Karmelu modlą się nieustannie za Islandczyków i za cały świat. Życzymy im, żeby ich piękna kaplica była codziennie tak pełna wiernych jak dziś. Siostry przygotowały oprawę muzyczną Mszy, śpiewy liturgiczne, czytania. Co za piękny, błogosławiony czas. Będziemy mieć Was, drogie Siostry, we wdzięcznej pamięci i liczymy też na Wasze modlitewne wsparcie w naszych trudnych sprawach. Na zakończenie w sklepiku przyklasztornym kupuję świecę bożonarodzeniową z piękną choinką namalowaną przez nasze karmelitanki (siostry utrzymują się ze sprzedaży swoich wyrobów) – pięknie będzie w Jól, czyli Świąteczne Gody zapalić tę święcę i przypomnieć sobie gościnność karmelitanek z ‘Portowego Fiordu’, czyli Hafnafjörður.

Jedziemy dalej. Spoglądamy ostatni raz na klasztor, który zdaje się czuwać ponad spokojną miejscowością. Tam wciąż trwa modlitwa. A przed nami 700 km przez zachodnią, północną i wschodnią Islandię. Jutro rano musimy stawić się na 11.00 w porcie w Seyðisfjörður, skąd ruszymy przez Atlantyk na Wyspy Owcze, na Szetlandy i w końcu do Danii, gdzie zaczniemy ostatni etap podróży. Autokarem 1000 km do Katowic.

Mamy pomysł, żeby piątkową Mszę odprawić w jeszcze jednym katolickim ośrodku na Islandii – w największym mieście północy, w Akureyri. Dzwonimy do księdza Marka ze Zgromadzenia Chrystusowców, który pełni swą posługę na północy. Umawiamy się na liturgię około godziny 22.00. Jadąc do „metropolii” północnych kresów wyspy zatrzymujemy się na posiłek w Blönduós, niewielkiej osadzie z ciekawym, nowoczesnym kościołem (ten protestancki zbór, interesującą modernistyczną budowlę z lat 80. zaprojektował islandzki architekt z okolicznej wioski – konstrukcja jest dość ładna i w niczym nie ustępuje naszym nowoczesnym kościołom).

Dojeżdżamy w końcu do Akureyri. Umawiamy się z księdzem Markiem, który ma nas popilotować do maleńkiego kościółka katolickiego pod wezwaniem św. Piotra. Podjeżdża dżip i wysiada z niego sympatyczny człowiek w czarnej koszulce z krótkim rękawkiem (jakże ten kapłan podobny jest do aktora Piotra Gąsowskiego) Jest 6°C.

– Gdybyście żyli tu tak długo jak ja, też byście się przyzwyczaili – mówi z uśmiechem. I dodaje:

– W kościele czeka na was niespodzianka.

Mijamy niewielkie centrum miasta, nowoczesny kościół luterański z setką schodów (na szczęście można do niego podejść też od drugiej strony, gdzie wierny nie musi się tak wysoko wspinać), ładną zabudowę nad zatoką Eiyafjörður. Kościółek katolicki wznosi się z bielą swych drewnianych ścian i czerwienią dachu na wzgórzu ponad miastem. To niepozorna, ale bardzo ładna, typowo skandynawska budowla. Powstał kilkanaście lat temu – od razu jako świątynia katolicka. Tutejsi parafianie to głównie Filipińczycy i Polacy, choć coraz więcej jest też rodowitych Islandczyków, którzy znaleźli swoją drogę w Kościele. W drzwiach kościoła wita nas proboszcz, ksiądz Patrick z Irlandii oraz… siostra Czesława ze Stykkishólmur (odwiedziliśmy naszą jubilatkę w niedzielę) – nasza niespodzianka! Siostra ze swoją rodziną – bratem, bratową i bratankami – również odwiedziła stolicę północy. Msza mija tak pięknie, pełna radosnego śpiewu i słów wdzięczności. Dziękujemy między innymi za cudowną pogodę – klimatyczny ewenement. Ksiądz Marek podkreśla, że wyjeżdżamy z nieprawdziwym wizerunkem Islandii: zamiast chłodno-deszczowo-mglistego kraju poznaliśmy Islandię ciepłego słońca i granatowego nieba! Dziękujemy Bogu za ten „nieprawdziwy obraz”. Nam ten cud mocno się przysłużył.

A potem, po wspólnym zdjęciu i pożegnaniach jedziemy dalej. Chcemy po drodze zobaczyć Goðafoss, czyli ‘Wodospad Bogów’, wielkie ptasie jezioro Mývatn oraz wulkan Kraflę. Mija godzina i oto podjeżdżamy na parking koło Goðafoss. Do tego niezwykłego wodospadu idzie się maleńką chwilkę. Szeroki, wielospadowy wodogrzmot zadziwia swą potęgą. To tu Þorgeir Þorkelsson, głosiciel prawa, dzięki któremu ojcowie islandzkich rodów przekonali się do chrześcijaństwa w roku 1000, wrzucił w miażdżące wody drewniane posągi pogańskich bogów. Stąd nazwa tego wodospadu. Dwór Þorgeira znajdował się niedaleko, w Ljósavatn (isl. ‘Świetlista Woda’). Zachwyceni, z aparatami pełnymi najładniejszych ujęć ruszamy dalej, do odległego o 50 km Mývatn (isl. ‘Jezioro Meszek’). W drodze wielu z nas zasypia. Jest już dobrze po północy i niebo ciemne, bo nad nami gruba warstwa chmur. Przy lepszej pogodzie widzielibyśmy piękny zachód słońca.

Mývatn to jedno z największych jezior Islandii. Otacza je malownicza droga. Krajobraz jest tu bardzo urozmaicony, ale niewiele widzimy, bo nastaje czas romantycznych mgieł. Nagle wokół nas wyrastają potężne „czarne zamki” z zastygłej lawy. Jest naprawdę niezwykle, obco, strasznie. Trollowata kraina. Zatrzymujemy się na parkingu, dość blisko jeziora. Na wschodzie pojawia się zorza, ustępują mgły i chmury. Sceneria jest bardzo fotogeniczna. A ja przypominam sobie, że Mývatn było inspiracją dla jeziora Midgewater w tolkienowskim Śródziemiu. Etymologicznie obie nazwy są równoznaczne. U Tolkiena nad Midgewater też buszowały tysiące meszek, z których znane jest islandskie Mývatn. To dzięki meszkom tak dobrze czują się tu łososie. Pożywienia mają w bród. Na szczęście nocą meszki śpią, bo nie spotykamy ani jednej. Zdaję sobie sprawę, że wjechaliśmy w najbardziej tolkienowską część Islandii. Po „Midgewater” jedziemy do „Mordoru”, czyli pod czynny wulkan Krafla.

To tylko kilkanaście kilometrów. Widzimy liczne ujścia gorącej pary, wyziewy podziemnych dymów, mgły spowodowane przez aktywność wulkaniczną tej ziemi. Świat tutaj wydaje się niegościnny, ale oto mijamy kąpielisko podobne do Błękitnej Laguny (to Kąpielisko Mývatn). Robi się coraz straszniej. Dojeżdżamy do „bram piekła”, czyli do Hverarönd. Droga staje się wyboista, bo nawierzchnię niszczą częste trzęsienia ziemi i obsuwanie się gruntu. Nieustająca aktywność wulkaniczna sprawia, że ciągle się tu coś zmienia. Prawdziwy raj dla wulkanologów, prawdziwe piekło dla fauny i flory. Wulkaniczna pustynia. Ruszamy drogą pod aktywny wulkan Krafla. W ostatnich 20 latach wybuchał on kilkanaście razy. Kolejna erupcja może się zdarzyć w każdej chwili. Mijamy geotermalną elektrociepłownię Krafla. Krajobraz jak z wizji futurystów marzących o kolonizacji Marsa. Czerwień skał, czerń lawy, srebrne rury, kolumny pary i wyziewy dymów. Z małego parkingu ruszamy na ostatnią wspinaczkę podczas tej wyprawy. Mozolnie wspinamy się na zbocza Krafli. Oczyma wyobraźni widzę Froda i Sama na zboczach Góry Przeznaczenia. Widoki są niezwykłe. Wschodzące słońce rozświetla mgły i opary. Zrzucam z siebie zmęczenie i senność. Znużenie spada ze mnie jak Jedyny Pierścień zlatujący ku rozpalonej lawie, ku swojemu przeznaczeniu. To noc zachwytów. Nocna, pełna mirażów i onirycznych wizji podróż do Śródziemia. A przecież to wszystko jest prawdą. Mam dowód na karcie mojego aparatu fotograficznego. Nie chce się wracać do autokaru…

A gdy znalazłem się na wygodnym autobusowym fotelu, okryłem śpiworem i wtuliłem w poduchę, spadł na mnie kojący sen. I tak zakończył się ten dzień i ta noc…

Niebo nad klasztorem karmelitanek

Wodospad Bogów

Myvatn, czyli Midgewater koło Shire'u

Mgły (na Kurhanach)

Wulkan Kratla, czyli Góra Przeznaczenia

Czwartek 5.07

Kochana Islandio, Blæs! (czyt. blajs), Do widzenia! Po tygodniu spędzonym na „wyspie ognia i lodu” rozpoczęliśmy rejs powrotny do smętnej normalności. Może jednak wrócimy odmienieni? Islandia pozostanie długo w moim sercu. Wyspy Owcze też.

Patrzę przez okno na niespokojne wody Oceanu i czytam słowa z islandzkiego wydania Bibii: Jörðin var þá auð og tóm, aog myrkur grúfði yfir djúpnu, og andi Guðs sveif yfir vötnunum (Rdz 1,2).

I gdy tak czytam, podchodzi ksiądz Jan i Piotr i zapraszają mnie do wspólnej modlitwy. To niezwykłe nieszpory na łupinie naszego promu pośród kołyszącego świat do snu Oceanu.

Wyruszyliśmy „drogą wielorybów” do Europy kontynentalnej. Za ponad dwa dni znajdziemy się w Danii, w porcie Hanstholm. Szkoda, że ta przygoda już się kończy.

Piątek 6.07

O 6.00 dopłynęliśmy do Tórshavn. Nie chciało mi się jednak wstawać. Nareszcie noc w ciemnościach kajuty. Wszędobylskie słońce tu nie zagląda, bo nie ma okna. Jesteśmy też coraz bardziej na południu, gdzie zjawisko białej nocy nie występuje. Spałem osiem godzin. Nareszcie! Wstałem o 8.00 i pobiegłem na jutrznię z ks. prof. Czesławem, ks. Janem i Piotrem. Potem pisanie wspomnień, śniadanie, a o godzinie 11.00 Msza Święta. Intencja mszalna księdza Kolorza to: „Za członków Bractwa Świętego Brendana oraz społeczność Elendilich”. To dobre miejsce na taką Mszę – na szlaku imramy świętego z Irlandii, który dotarł do Ultima Thule. Jak my, pielgrzymi z Katowic.

Najwyższy, ósmy pokład naszej „Norröny”. Otoczeni jesteśmy z trzech stron Oceanem, Wielkim Morzem Belegaer, staroangielskim Gársecg. W połowie drogi między Wyspami Owczymi i Szetlandami, do których przybijemy około godz. 21.00.

Ponad 40 osób skupionych wokół prowizorycznego ołtarza. Jeszcze przed chwilką był to stolik kawiarniany, przy którym spotykały się już setki podróżujących. Dziś spotkamy się tu z Bogiem my – pielgrzymi oraz pracownicy promu, Polacy. Jesteśmy lokalną atrakcją. W ruch idą aparaty fotograficzne Niemców, Skandynawów. Przyglądają nam się z zainteresowaniem. Egzotyczne zjawisko. Sześciu katolickich kapłanów, świeca, krzyż, kielich i patena, klęczący wierni, śpiew. Zainteresowanie, które może zaowocuje u kogoś refleksją? Kilkaset lat temu Msza na pokładzie nie byłaby niczym dziwnym. Zapewne dołączyliby inni pasażerowie, żeby zbliżyć się do Pana w czasie tak dalekiej podróży. Potem, po Reformacji na duńskim statku nie byłoby raczej możliwe spotkać się katolikom w taki sposób. Cuius regio eius religio. Dziś katolik modlący się brewiarz czy uczestniczący w „polowej” Mszy na pokładzie promu to taka egzotyka, jak muzułmanin rozkładający dywanik modlitewny i zwracający swoje serce ku Przedwiecznemu.

Po Mszy godzinki, potem małe zakupy w sklepie bezcłowym, rozmowy. O 21.00 dopływamy do Lerwick na Szetlandach. Deszcz, chmury, zimno. Gdzie się podziewasz, islandzkie Słoneczko? Stolica Szetlandów nie robi na nas wrażenia. Uciekam do mojego kącika w Viking Club. Piszę dalej moją relację.

Wieczorem oglądanie zdjęć, wspomnienia. Poszedłem spać po północy. Jestem na siebie zły – obudziłem śpiących sąsiadów z mojej kajuty, sympatycznych Islandczyków: Jóna, który planuje studia w Danii i jego syna Guðmundura. Długo nie mogę zasnąć. Czwarty towarzysz w naszej kajutce, starszy Niemiec, potwornie chrapie.

Sobota 7.07

Dzień trzech siódemek. Felix dies – mówią jedni. Trzy kosy – powiadają inni. Zabobony nie robią na mnie wrażenia. Śmieszyła mnie lektura Onet.pl, gdzie czytałem (w hostelu w Njarðvíku), że młode pary, które wiele miesięcy temu zamawiały na tę sobotę śluby (dla wyznawców zabobonów i przesądów liczba 7 jest ponoć szczęśliwa), tygodnie temu te śluby odwoływały, bo ktoś puścił plotę, że „trzy kosy” to znak nieszczęścia. Ja tam wolę Mszę w sobotę trzech siódemek, zwykłego dnia w roku. O 7.30 (masochizm naszej grupy jest ewidentny) spotykamy się na naszej sobotniej Eucharystii. Tym razem nie na pokładzie ósmym z widokiem na Ocean, ale w Viking Club, na pokładzie piątym. Jest tu o tej porze cichutko i pusto. Nie będziemy nikogo razić naszym życiem religijnym. I dobrze. Szkoda tylko, że zamiast witraży nad głowami kapłanów świecą reklamy „Martini”. Czujemy, że jednak nasza modlitewna przystań na pokładzie widokowym była miejscem godniejszym. Msza jednak trwa, pielgrzymi pięknie śpiewają. A na zakończenie ksiądz Władysław dziękuje wszystkim za piękne uczestnictwo, za świadectwo, za poświęcenia. „Personel” otrzymuje sympatyczne prezenty. Kubeczek z maskonurami będzie mi przypominał o pięknej pielgrzymce, o wspaniałych ludziach, których tu spotkałem i o niezwykłych krajach Północy, które dane mi było na tej wyprawie poznać. Dziękuję Ci, Panie, za ten czas.

O 16.30 dobijemy do portu Hanstholm, przestawimy zegarki o godzinę do przodu i ruszymy w drogę do domu. Odwiedzimy jeszcze tylko duńskie miasto Arhus z ładną starówką. Duński „Kraków”. W Katowicach powinniśmy być jutro około południa.

Kategorie wpisu: Fandom tolkienowski

27 Komentarzy do wpisu "Dzienniki islandzko-tolkienowskie (+ zdjęcia)"

Galadhorn, dnia 08.07.2007 o godzinie 20:40

Proszę, poinformujcie mnie o ewentualnych błędach i literówkach w mojej relacji. Pisałem to na kolanie (tzn. na notebooku, który często leżał na kolanach).

Dag, dnia 08.07.2007 o godzinie 21:02

Ja mam tylko jedno pytanie: JAK to się ma do Tolkiena? Poza oczywiście wymienionymi przez Ciebie inspiracjami pochodzącymi z Islandii 😉
Ludzie raczej spodziewają się nowinek wydawniczych, przedstawienia figur fandomu itd…
Bez urazy oczywiście.

Galadhorn, dnia 08.07.2007 o godzinie 21:18

Mam nadzieję, że mimo wszystko się podoba. Fareje reklamują jako „The Lord of the Rings country of North”, Islandia – jak pisałem w jednym z wcześniejszych newsów, jest bardzo tolkienowskim miejscem, ja sam jestem tolkienistą. Myślałem, że takie tolkienowsko-ogólne dyrdymałki zainteresują czytelników Elendilionu.

Adaneth, dnia 08.07.2007 o godzinie 21:43

Literówek i innych babolków parę jest, ale poprawianie wymagałoby czasu :-)
Nietolkienistę nawet bawi. 😛 Tekst, znaczy się.

Lord Ya, dnia 08.07.2007 o godzinie 22:52

Tekst ciekawy, nie mogę się doczekać, aż pokażesz zdjęcia. Ale muszę stwierdzić, że trochę mało tu Tolkiena. Jest tolkienista, jest w pewien sposób tolkienowskie miejsce, ale brak samego Tolkiena. A jak na tolkienowsko-ogólną dyrdymałkę tekst jest za długi. Gdyby była to jakaś krótsza (znacznie krótsza) relacja, to bym jeszcze zrozumiał, jak ktoś chce coś związanego bezpośrednio związanego w Władcą Pierścieni, to szybko się dowie, że nie dla niego tekst. A tak, to się czyta, czyta i dalej nie wiadomo, co z tego będzie. Oczywiście, czyta się przyjemnie, ale jakby ktoś tam czegoś szukał, może się poczuć zawiedziony. Zwłaszcza, że nie tylko Elendili i osoby, które Cię znają tu zaglądają.
A może byś założył jakiegoś bloga czy coś, gdzie opisywałbyś inne Twoje podróże? Bo chętnie bym o nich poczytał, ale niekoniecznie tu.

tomgoold, dnia 08.07.2007 o godzinie 23:06

Coś strasznie marudzicie. Gal nie zamieszcza takich relacji codziennie i specjalnie prowadził ten dziennik, aby podzielić się z Wami swoimi wrażeniami z dalekiej Islandii. Ja w każdym razie przeczytałem ten tekst z zainteresowaniem i dziękuję autorowi!

Alalme, dnia 09.07.2007 o godzinie 1:43

Mi również tekst przypadł do gustu i dziękuję Galadhornowi za obszerną relację. Sam planuję podobną podróż i miło było poczytać.

Galadhorn, dnia 09.07.2007 o godzinie 6:09

Hej. Dzięki za komentarze. Pomyślę o własnym blogu. A na razie „pa”. Zaraz jadę w kolejną podróż.

pgk, dnia 09.07.2007 o godzinie 9:35

WOW! Obszerne!
Właśnie, Galu, własny blog i dzienniki z relacji! To byłby pomysł.
A relacja super, gratuluje szczegółowości i zazdroszczę podróży!
Pozdrawiam

M.L., dnia 09.07.2007 o godzinie 19:48

Drobna uwaga. Snorri nie był autorem Eddy Poetyckiej. To tak gwoli ścisłości i czepiactwa. 😀

Pozdrawiam

M.L. (MumakiL)

Galadhorn, dnia 22.07.2007 o godzinie 21:52

Dzięki, MumakiLu. Muszę to poprawić. W końcu Snorri był tylko redaktorem Eddy Poetyckiej.

Telperion, dnia 23.07.2007 o godzinie 15:47

Zabije, gdzie moj mlot….. :-)
Zdjecia przepiekne chcialbym tylko jeszcze poczuc ten wiatr i ostre powietrze smagajace moja twarz.
Kedy jedziesz – chcialem powiedziec jedziemy, ja pisze sie na 100%!!!
Swietne Galadhornie.

Galadhorn, dnia 23.07.2007 o godzinie 16:14

Dzięki. Udało mi się w końcu wybrać kilka zdjęć. Ale tych fotek jest około 600. Chciałbym pokazać Wam wszystkie!

Telperion, dnia 23.07.2007 o godzinie 16:22

Moja mama poprosila mnie o napisanie tego-
„przeczytanie dziennikow islandzkich, stalo sie niespodziewana strawa duchowa, miedzy proza kiszenia ogorkow a wyrywaniem pezu w odrodku”
Maria Opalinskia

Galadhorn, dnia 23.07.2007 o godzinie 16:30

Pozdrawiam Panią Marię! :) Cieszę się, że lektura się podobała. Muszę w końcu założyć podróżniczy blog. Tam będzie właściwe miejsce dla takich relacji i zdjęć.

pgk, dnia 23.07.2007 o godzinie 22:00

Wow! Zdjęcia super! Zupełnie inny świat!
Blog! Blog! Galadhornie!

Edhelúrion, dnia 04.08.2007 o godzinie 11:41

Jako jeden z uczestników tej wyprawy-pielgrzymki uważam, że dziennik jest świetny i może dla kogoś kto tam nie był, trochę przydługawy ale wierzcie mi, przerobienie oryginału na coś krótszego, wcale nie jest takie proste i wymaga wiele czasu. Gratulacje Galu, pozdrawiam i do zobaczenia. Czekam na następną wyprawę :)

Galadhorn, dnia 04.08.2007 o godzinie 12:18

Edhelgúrion był naocznym świadkiem powstawania tej relacji. Pomagał mi też przypomnieć sobie pewne szczegóły. Piotrze, wielkie dzięki za pomoc!

bebe, dnia 27.12.2007 o godzinie 21:12

piekne wspomnienia i rewelacuyjne zdjecia:) mam nadzieje ze i ja kiedys wyrusze w tak niesamowita podroz:)) pozdrawiam i jeszcze raz gratuluje doskonalych zdjec:))

Yazhubal, dnia 30.12.2007 o godzinie 23:54

Jestem pod wrażeniem tej relacji, wspaniały materiał, sporo miejsc odkrywam na nowo dzięki Twoim opisom :)

mika, dnia 25.07.2008 o godzinie 22:27

tez tam byłam;p

ianca, dnia 22.12.2008 o godzinie 13:57

Bardzo mi sie podoba!!! Interesujaco napisane i przepiekne zdjecia. Przez przypadek tu wpadlam googlujac slowo ‚wioska’ 😀

Elendilion – Tolkienowski Serwis Informacyjny » Blog Archive » Zmienić Eyjafjallajökull w Mount Doom!, dnia 22.04.2010 o godzinie 9:44

[…] Przeczytaj naszą relację podróżniczą pt. Dzienniki islandzko-tolkienowskie […]

Galadhorn, dnia 22.04.2010 o godzinie 9:56

Muszę coś zrobić, żeby zdjęcia wróciły na swoje miejsce.

Magda, dnia 07.11.2012 o godzinie 20:34

Nie jestem wielbicielką Tolkiena. Szukałam w Google czegoś o Islandii i przypadkiem zaczytałam się w tym reportażu; super. Dzięki.

Galadhorn, dnia 07.11.2012 o godzinie 23:51

Magda, pozdrawiam Cię serdecznie. Cieszę się, że podobał Ci się mój reportaż.

Magda, dnia 10.11.2012 o godzinie 0:15

Nie ma sprawy, dodatkowo świetne poczucie humoru ubarwia czytanie. No to czekam na dalsze przygody 😉 Pozdrawiam.

Zostaw komentarz