Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Wrażenia z pierwszego czytania polskiego wydania Dzieci Húrina (recenzja Ryszarda „Galadhorna” Derdzińskiego)

Mam już polskie wydanie! Wprawdzie w EMPIK-ach na Śląsku jeszcze tej książki nie ma, ale można ją kupić w mniejszych księgarniach. Mnie się to udało bez problemu w księgarni „Matras” przy Modrzejowskiej w Sosnowcu (było tam jeszcze kilka egzemplarzy, a to, że książka jest zwiastuje wielki plakat na oknie księgarenki).

Pierwsze wrażenia są dobre. Ładna lakierowana okładka z runami cirth na paskach u góry i na dole (a tam napis: Túrin Turambar Dagnir Glaurunga – Nienor Niniel – prawdopodobnie błąd, bo powinno być Níniel: brak runicznego í!). Tej ozdoby nie ma w angielskim oryginale, ale pasuje ona do całej nowej serii Amberu. Z podobnymi ozdobnikami wydano ostatnio nowy Silmarillion i Hobbita. Na stronie tytułowej niespodzianka! Tengwarem zapisane po polsku ważkie słowa:

U góry:

Wszystkie te trzy rzeczy były twoimi i rozdać je mogłeś wedle swej woli, Túrinie. Miłość, współczucie, a w końcu i nóż.

Na dole:

Nie jesteś Morgocie panem ludzi i nigdy nim nie będziesz, nawet gdyby i Arda, i Menel dostały się w twe jarzmo. Nie dosięgniesz poza Kręgami Świata tych, którzy sprzeciwią się twej woli.

Tengwar piękny i bezbłędny!

Podoba mi się, że Tłumaczka, Agnieszka Sylwanowicz, podpisana jest tam swoim klubowym (ŚKF) nickiem – „Evermind”.

Papier jest o wiele lepszy niż w nowym wydaniu Silmarillionu. Biały, grubszy, dobrze na nim widać druk, który jest wyraźny, zaś czcionki są te same co w innych wydaniach serii. Mam za to wiele krytyki pod adresem kolorowych grafik. Mimo, że formatem książka jest większa niż wydanie angielskie, grafiki Alana Lee potraktowano o wiele gorzej! W wydaniu angielskim są większe, bo zajmują całe strony. W wydaniu polskim niepotrzebnie je pomniejszono. W wydaniu angielskim mają wysokość 22 cm (jak cała książka), a w polskim tylko 19, co nie pozwala się nimi w pełni cieszyć – niestety. Gorzej też wypada mapa dołączona do wydania polskiego (to jest ta sama mapa, co w Silmarillionie, z tym, że usunięto z niej nazwy, które nie występują w DH). W oryginale jest to duża dwukolorowa (na bieli czerń i czerwień) mapa rozkładana, w wydaniu polskim mniejsza, monochromatyczna (na bieli kartki czerń) i przedzielona, bo zajmuje dwie przeciwległe strony. Amber zaoszczędził sobie wysiłku. Za to cena jest atrakcyjna. Książka kosztuje 39,80 zł (gdy wydanie angielskie odpowiednik 115 zł), choć mnie w „Matrasie” udało się ją kupić za 35,82 zł. Grafiki czarno-białe wyszły bardzo dobrze. Książka ma mnóstwo światła i będzie się ją dobrze czytało.

Co do treści, to nie powiem nic więcej nad to, co już w wielu recenzjach napisano. Jest to książka, która nie wnosi wiele nowego do naszej wiedzy o Śródziemiu. Większość jej treści to na nowo zredagowane to, co znamy z Niedokończonych opowieści, Silmarillionu i Szarych Annałów w HoMe XI. Wszystko co nowe, znamy z dokumentu przygotowanego przez Hyalmę (patrz tutaj). To książka, która kierowana jest do czytelników znających (na fali filmu) tylko Władcę Pierścieni i Hobbita. Potwierdziła to zresztą moja rozmowa z panią z księgarni „Matras”. Przyznała mi się, że już czyta Dzieci Húrina i bardzo ją to wciągnęło, bo znała tylko Władcę. Ch. Tolkien we „Wstępie” kreśli obraz Śródziemia w Pierwszej Erze, co jest zbędne dla kogoś, kto zna Silmarillion. Dla starych tolkienowskich wyjadaczy książka jest cenna o tyle, że w jednej pozycji mamy zebrane to, co dotąd było rozsiane w trzech książkach – do tego znajdą się małe nowinki w tej partii tekstu, której nie znaliśmy przed wydaniem tej książki (w dokumencie Hyalmy te partie zaznaczono na czerwono). Dodatkowym atutem są przepiękne grafiki Alana Lee! Taką książkę trzeba mieć w swojej tolkienowskiej kolekcji!

Mam jednak uwagę do polskiego tłumaczenia „Wskazówek dotyczących wymowy”. Dlaczego Tłumaczka zrezygnowała z omówienia samogłosek długich (Ú)? Jest tam też błąd. Otóż w Edain AI wymawiamy jak w polskim stajnia (dyftong-dwugłoska /aj/), a nie jak maić (dwie oddzielne samogłoski /a-i/)! Dziwię się po raz kolejny, że Agnieszka Sylwanowicz mając do pomocy miłośników języków Tolkiena w ŚKF-ie, eksperymentuje z tymi językami sama. Podobnie jak w artykule w ostatnim Aiglosie (tym o rzekomej nieelfickości słowa sindarin) doszło tu do nieporozumienia. Szkoda (tym bardziej, że Amber wydał Władcę Pierścieni, w którym dodatek o wymowie takich dwugłosek jest przełożony poprawnie).

Jednak wielką zasługą Agnieszki, a także Marka Gumkowskiego (i chyba też korektorki, Janiny Stasiszyn) jest to, że udało się za sprawą korespondencji z angielskim wydawcą usunąć usterki, które pojawiły się w oryginale książki, np. w okrzyku bojowym ma polach Bitwy Nieprzeliczonych Łez (u Anglików jest Atanatarni, u nas poprawnie Atanatari). Cieszę się, że pod tym względem nasze wydanie przewyższa wydanie angielskie. Moje marzenia spełniłyby się dodatkowo wtedy, gdyby Amber wydał Niedokończone opowieści tłumaczone przez Agnieszkę Sylwanowicz (i Paulinę Braiter) – w obecnej sytuacji gubimy w wydaniach Amberu to, co jest oczywiste i widoczne w wydaniu oryginalnym: identyczność (z wyjątkami) treści całych rozdziałów w Dzieciach i Niedokończonych opowieściach. Istnieje takie tłumaczenie (dobre, nawet lepsze niż tłumaczenie Radosława Kota) wydawnictwa Atlantis-Rubikon. Warto z tego przekładu skorzystać, bo na razie mamy pewien brak ciągłości i porządku w serii Amberu.

Książka jest po pierwsze bardzo bardzo ciekawa. Po drugie dość ładnie wydana. Amber postarał się, choć mógł jeszcze bardziej. Wydanie oceniam na „czwórkę” (wydanie angielskie na „piątkę”, nie na „szóstkę”, bo jest tam trochę literówek).

Kategorie wpisu: Nowości wydawnicze, Recenzje

21 Komentarzy do wpisu "Wrażenia z pierwszego czytania polskiego wydania Dzieci Húrina (recenzja Ryszarda „Galadhorna” Derdzińskiego)"

Tor, dnia 08.05.2007 o godzinie 18:10

Tak, we wszystkich Matrasach były. Ja także właśnie wracam z księgarni. U mnie cena była jeszcze o kilka złotych tańsza (35.82!). Wydanie jest piękne, jeśli porównamy je z innymi wydawnictwami Amberu. Postaram się dobrać do niej jak najszybciej. Sama w sobie jest zachęcająca…

Mikis, dnia 08.05.2007 o godzinie 18:47

Nie, nie we wszystkich Matrasach ta książka już jest! Objeździłem caly Poznań wzdłuż i wszeż i nigdzie jej nie ma:( Nawet w Matrasie.

Hyalma, dnia 08.05.2007 o godzinie 19:34

Przetłumaczyłam na rosyjski, bo wydaje mi się, że dla naszych też to będzie ciekawe:
http://hyalma.livejournal.com/243832.html :)

Galadhorn, dnia 08.05.2007 o godzinie 22:12

Hyalmo, wspaniale! Dziękuję. Jak to fajnie zobaczyć swój tekst cyrylicą w języku Puszkina.

M.L., dnia 09.05.2007 o godzinie 1:14

Z wiekszościa stwierdzeń Galadhorna, z jego recenzji, się zgadzam. Obawiałem się trochę szaty graficznej, ale jest lepsza niż sądziłem. Ogólnie oceniam polskie wydanie wyżej niż Galadhorn, uważam, że jako całość jest nie gorsze niż angielskie. W niektórych aspektach jest słabsze, ale w innych lepsze. Kolorowe grafiki rzeczywiście są zbyt małe, ale za to czarno-białe zyskały na tym, że format polskiego wydania jest nieco większy (B5).
Co do szczegółówych zarzutów Galadhorna, to jak widać z stoczonej tutaj (http://forum.tolkien.com.pl/viewtopic.php?t=3510) polemiki, przyjęty na okładce zapis imienia Niniel (runami cirth), nie musi być błędny. Elenwe, ktora jest jego autorką, wybrała jedną z dwóch możliwych do przyjęcia interpretacji. 😀
Natomiast zgadzam się co do ‚ai’.
Niezaleznie jednak od wszlekich uwag, wydaje mi się, że Amberowi, trochę przypadkiem, udało się zebrać doskonały zespół ludzi pracujących nad wydaniem tej książki. Moim skromnym zdaniem, trudno byłoby znaleźć lepszy. 😀

Pozdrawiam

M.L. (MumakiL)

Ninquelen, dnia 09.05.2007 o godzinie 1:14

[czepianie się mode on] Hm, a czy w tytule na pewno ma być „pierszego” a nie „pierwszego”?

tomgoold, dnia 10.05.2007 o godzinie 20:17

Ja właśnie odebrałem w Empiku mój zamówiony egzemplarz (31 zł) i po pobieżnym przejrzeniu muszę powiedzieć, że książka jest wydana bardzo ładnie. Niezły papier, naprawdę dobra okładka – faktycznie jak wspominał M.L. nawet lepsza niż w wydaniu oryginalnym. Jedyny zgrzyt to kolorowe ilustracje Alana Lee, które niestety wyglądają dużo gorzej niż w wydaniu angielskim – mają dużo gorsze kolory i są za małe. Samej książki jeszcze nie czytałem, poza jednym fragmentem, jednak zespół redakcyjny jest dla mnie gwarancją, że tłumaczenie jest na najwyższym poziomie.

Galadhorn, dnia 13.05.2007 o godzinie 10:38

Jestem już po przeczytaniu całego polskiego wydania. I chciałbym dodać kilka uwag do mojej recenzji.

Wpierw wrażenie ogólne – przekład bardzo mi się podoba. Archaizacja jest naprawdę delikatna, ale jest. Wyczuwa się, że to opowieść sprzed prawieków. Język elegancki, bardzo poprawna polszczyzna. Do tego prostota – świetnie się czyta. Jest to oczywiście inny styl niż styl mojej mistrzyni, pani Marii Skibniewskiej, ale stałem się jeszcze większym wielbicielem przekładów Agnieszki Sylwanowicz.

A teraz kilka technicznych czepialstw (może przydadzą się przy kolejnych wydaniach):

s. 21 – podano cytat z Powrotu Króla, który to tom tłumaczony był aż przez trójkę tłumaczy. Nie było jednak wśród nich Marii i Cezarego Frąców, których podaje się jako tłumaczy tej książki, a akurat zacytowany polski przekład fragmentu Dodatku A wyszedł spod mojej ręki.

s. 41 – szkoda, że słowa Húrina do Túrina są inaczej przełożone niż w tengwarze na stronie tytułowej.

s. 75 – brak długiego ú w imieniu Lúthien.

ss. 206-207 – moim zdaniem niepoprawna aliteracja (choć sam przekład aliterowanych wierszy ładny). Alitracja jak ja ją rozumiem (dzięki Adanci :thanks: ) to powtarzanie się podobnych głosek w akcentowanych sylabach, a niekoniecznie na początku wyrazu. U Agnieszki Sylwanowicz aliteracja polega na tym, że słowa w jednym wersie zaczynają się od podobnej głoski – bez zwrócenia uwagi na akcent.

s. 216 – usterka techniczna: dolny przypis powinien zaczynać się dwoma gwiazdkami, a nie jedną gwiazdką.

Nie rozumiem dlaczego w nazwach, które kończą się na -e, czyli u Tolkiena zapisywane są -ë), przy odmianie przez przypadki to ë zostaje w środku wyrazu. Przecież jeżeli jest Manwë, to już dalej mamy Manwego, Manwemu itd. (a nie Manwëgo, Manwëmu jak w polskim przekładzie DH). Diakrytyk nad e nie oznacza przecież jakiegoś innego niż e waloru fonetycznego, ale tylko to, że na końcu wyrazu takie e (czyli nie jest nieme, jak w wielu słowach angielskich).

Jeżeli już zniosę dodanie polskich końcówek żeńskich do imion typu Morwen (u Sylwanowicz Morwena), Aerin (w polskim tłumaczeniu Aerina) itd. to nie rozumiem, po co takie końcówki Tłumaczka dodała do nazw rzek! Czemu Malduina zamiast poprawnej Malduin, czemu Esgalduina zamiast Esgalduin? Polscy czytelnicy powinni mieć możliwość poznania oryginalnych sindarińskich nazw Beleriandu. Jeżeli tradycja jest zła (zapoczątkowała ją M. Skibniewska), to po co ją kontynuować? Nawet mapa została spolszczona!

Ponadto wydaje mi się, że można było lepiej wpasować w treść książki kolorowe ilustracje. Niekiedy pojawiają się one za wcześnie.

I ogólne poczucie niedosytu (w kierunku Ch. Tolkiena), które dotyczy dwóch najważniejszych dla mnie rzeczy. Braku tabeli chronologicznej z datami rocznymi poszczególnych zdarzeń, a przecież coś takiego można było łatwo stworzyć, gdy mamy już dostępne chronologiczne materiały publikowane w HoMe XI. No i brak Wędrówek Húrina (w HoMe XI), które świetnie podsumowywałyby los rodziny Húrina (na końcu powieści Ch. Tolkien dodał jedynie mały fragment Wędrówek opisujący śmierć Morwen).

Może w naszym gronie przygotujemy taką chronologię oraz przełożymy Wędrówki Húrina (chyba, że ktoś już je przełożył – wiecie coś o tym?).

Elring, dnia 13.05.2007 o godzinie 13:23

„Alitracja jak ja ją rozumiem (dzięki Adanci :thanks: ) to powtarzanie się podobnych głosek w akcentowanych sylabach, a niekoniecznie na początku wyrazu. U Agnieszki Sylwanowicz aliteracja polega na tym, że słowa w jednym wersie zaczynają się od podobnej głoski – bez zwrócenia uwagi na akcent.”

To powtarzanie się głosek ma sens w języku angielskim, średnio- i staroangielskim, gdzie sylaba akcentowana jest nośnikiem znaczenia. Por. forGET, aLONE, LONely – zawsze akcent pada na sylabę _rdzenną_.
W języku polskim akcent jest mechaniczny, prawie zawsze pada na sylabę drugą od końca i nie ma to nic wspólnego ze znaczeniem. Choćby wyraz „znaczenie” – sylabą rdzenną jest „zna”, zaś akcentowaną „cze”, które nic nie znaczy. Co komu przyjdzie z tego, że będzie to „cze” z czymś aliterował? Przecież i tak nikt tego nie zauważy.
Dlatego uważam, że w polszczyźnie taka aliteracja nie ma żadnego sensu. Nie można mechanicznie przenosić systemu aliteracji z angielskiego na polski, skoro akcentuacja w obu tych językach jest kompletnie odmienna. Powtórzę raz jeszcze – w języku angielskim akcent podkreśla znaczenie, w języku polskim nie podkreśla niczego.
Skoro Agnieszka Sylwanowicz zastosowała aliterację do początkowych głosek wyrazów – to zrobiła bardzo dobrze. Taką aliterację przynajmniej widać.

Galadhorn, dnia 13.05.2007 o godzinie 13:37

Elring, wielkie dzięki za komentarz. Zgadzam się – przyjmuję, że taka aliteracja jest już pewną tradycją w polskiej poezji i że w polszczyźnie ma sens. Zwracam honor Agnieszce. Natomiast metoda Adaneth bardzo mi się podoba. I myślę, że wymaga znacznie więcej kunsztu niż proste powtarzanie w wersie słów na tę samą literę. Jeżeli mam wybierać, jaka poezja aliteracyjna bardziej mi się w polskim języku podoba, głosuję na nowatorską i oryginalną metodę Asi „Adaneth” Drzewowskiej! Wielkie dzięki za ten komentarz. Gdybym moją recenzję puszczał drukiem, zrewiduję mój pogląd na aliterację A. Sylwanowicz.

Elring, dnia 13.05.2007 o godzinie 13:57

„Natomiast metoda Adaneth bardzo mi się podoba. I myślę, że wymaga znacznie więcej kunsztu niż proste powtarzanie w wersie słów na tę samą literę. Jeżeli mam wybierać, jaka poezja aliteracyjna bardziej mi się w polskim języku podoba, głosuję na nowatorską i oryginalną metodę Asi “Adaneth” Drzewowskiej!”

Skoro już mamy się upierać, by nakładać angielski system aliteracyjny na polszczyznę, to według mnie lepiej by było aliterować nie sylaby początkowe i nie sylaby akcentowane, tylko rdzenne. Np. w wyrazie „przeznaczenie” – aliterującą powinna być nie sylaba „prze”, nie „cze”, tylko „zna”. Bo to ona jest nośnikiem znaczenia tego wyrazu. To by wymagało nie mniej kunsztu (nawet więcej, bo wiązałoby się z prześledzeniem etymologii wyrazów), a miałoby więcej sensu. No ale to tylko moje zdanie.

Galadhorn, dnia 13.05.2007 o godzinie 15:19

Świetny pomysł! Masz rację, że byłoby to jeszcze bardziej logiczne. Ciekawe co na to Adaneth. Mnie się Twój pomysł, Elring, bardzo podoba. A nasz język jest naprawdę wspaniały, tak giętki, że pozwala na takie eksperymenty. Ciekawe jak Twój pomysł wyglądałby w realizacji. Pozdrawiam!

Miriel, dnia 14.05.2007 o godzinie 11:27

Galadhorn: „Ponadto wydaje mi się, że można było lepiej wpasować w treść książki kolorowe ilustracje. Niekiedy pojawiają się one za wcześnie.”
Nie można było 😉 Zwróć uwagę na angielski oryginał, oni wcale nie wstawiali swoich ilustracji w dokładnie wybrane miejsca, lecz wrzucili je jak leci pomiędzy arkusze drukarskie, czyli co „szesnastki”. Jedyne, na co zwrócili uwagę, to żeby ilustracja znalazła się z rozdziale, którego dotyczy. W Polsce zrobiliśmy tak samo, z tym, że u nas mamy inną objętość i tym samym inaczej rozkłada się treść na kolejnych stronach. U nas także ilustracje znajdują się w tych samych rozdziałach, jednak w trochę innych miejscach, i też w odległościach będących wieloktotnością 16 stron. Jedna tylko ilustracja nie „zmieściła się w rozdziale”, bo rozdziały są krótkie, a w tym rozdziale nie wypadł niestety koniec arkusza, by można było zamieścić ilustrację. Wstawiłam tę ilustrację w jedyne możliwe najbliższe miejsce.

Elring, dnia 14.05.2007 o godzinie 12:04

To ja dorzucę, że sama bardzo lubiłam, kiedy ilustracje w powieściach czy bajkach „wyprzedzały” nieco tekst – to rozbudzało ciekawość. Uważam, że to w niczym nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, wolę to niż kiedy obrazek dokładnie ilustruje mi to co czytam.

Galadhorn, dnia 14.05.2007 o godzinie 12:08

Teraz już rozumiem, Miriel. Dziękuję Ci za wyjaśnienia. Elring, ze mną chyba było podobnie. W sumie to nie ma się czego czepiać. Książka wydana jest w Polsce naprawdę znakomicie, a te rzeczy, na które zwróciłem uwagę (a część z tych uwag została już wyjaśniona i oddalona), to naprawdę drobnostki. Całemu zespołowi translacyjno-redaktorskiemu należy się nasze tolkienistyczne uznanie i podziw. Wielkie, wielkie „hantalë”!

A, i jeszcze jedno – zaczęliśmy u Elendilich tłumaczyć „Wędrówki Húrina”. Podzielę się z Wami początkiem tego tłumaczenia:

Wędrówki Húrina

Morgoth za wszelką cenę próbował rzucić niekorzystne światło na dzieła Thingola i Melian, bo ich obawiał się najbardziej i ich najbardziej nienawidził. Gdy więc w końcu uznał, że czas dojrzał, uwolnił z oków Húrina i puścił go wolno. Było to w rok po śmierci dzieci Húrina. Udał Morgoth, że kierowała nim wielkoduszność względem pokonanego wroga, ale w rzeczywistości pragnął, żeby Húrin poniósł dalej Morgothowe zło. I choć Húrin nie wierzył w nic, co powiedział lub poczynił Morgoth, odszedł w goryczy, pognębiony kłamstwami Mrocznego Władcy.
W dniu uwolnienia miał Húrin sześćdziesiąt zim, z czego dwadzieścia osiem przeżył w niewoli w Angbandzie. Wciąż jednak pełen był sił, choć ciążył mu przecież smutek. Tak chciał Morgoth, bo sprzyjało to jego celom. Posłano Húrina pod strażą aż na wschodnie pogranicze Hithlumu i tam puszczono wolno.
Nikt, kto znał go za młodu, nie pomyliłby go teraz, choć w oglądzie stał się tak surowy: o białych i długich włosach i takiej samej brodzie, ale z grozą w spojrzeniu. Szedł z prostymi plecami, choć w ręku dzierżył długi czarny kij. Przypasany miał też swój miecz. Zdziwienie wielkie i groza ogarnęły kraj, gdy rozniosła się wieść w Hithlumie, że oto powraca Pan Húrin. Easterlingów ogarnął niepokój, że ich Władca znów okaże się niewierny i tym razem oddaje ziemię Westronom, a Easterlingowie popadną z kolei w niewolę. Albowiem strażnicy wypatrzyli, że Húrin przybył od strony Angbandu.
– Widzieliśmy potężną jazdę czarnych żołdaków – mówili. – Jechali od Thangorodrimu przez Anfauglith, a z nimi przybył ten człowiek. Traktowali go z szacunkiem.
Wodzowie Easterlingów nie poważyli się jednak podnieść ręki na Húrina i pozwolono mu wędrować tam, gdzie chciał. Było to rozsądne, bo resztki ludu Húrina unikały dawnego pana. Przybył przecież z Angbandu jakby jakiś sojusznik z honorami od samego Morgotha. W rzeczy samej każdego zbiega podejrzewano w tamtych czasach o szpiegostwo czy zdradę. I tak wolność pogłębiła tylko gorycz w sercu Húrina. Bo gdyby nawet planował podnieść powstanie przeciw nowym dzierżycielom jego krainy, nie byłby w stanie zebrać ludzi. Ci, którzy się do niego przyłączyli, to garstka bezdomnych i wyjętych spod prawa, którzy zwykle czaili się pośród wzgórz. Nie poczynili oni niczego przeciw Najeźdźcom od czasu przyjścia Túrina pięć lat wcześniej.
O czynie Túrina w sali Broddy Húrin usłyszał prawdziwą wieść od banitów. Popatrzył na Asgona i jego ludzi i rzekł:
– Ludzie się tu zmienili. W niewoli odnaleźli zniewolone serca. Nie chcę już więcej panować nad nimi, nie chcę był panem nigdzie w Śródziemiu. Odejdę z tego kraju i powędruję samotnie, chyba że ktoś z was do mnie dołączy, żeby wyjść na spotkanie niewiadomemu. Nie mam bowiem teraz żadnego celu aż znajdę sposobność, żeby pomścić zło uczynione memu synowi.
Asgon i sześciu innych desperatów przyłączyło się do Húrina. I poprowadził ich Húrin do sali Lorgana, który wciąż nazywał siebie Władcą Hithlumu. Lorgan słyszał już o ich nadejściu i się przestraszył. Zebrał innych wodzów i ich ludzi, aby się bronić w swojej siedzibie. Ale gdy Húrin przybył do bramy, spojrzał na Eastronów z pogardą.
– Nie bój się! – krzyknął. – Nie potrzebowałbym kompanów, żeby z tobą walczyć. Chcę się tylko pożegnać z panem tej krainy. Nie mam już więcej dla niej upodobania, boś ją upodlił. Dzierż ją póki możesz, aż twój Pan wezwie cię do innych zadań niewolnika.
Lorgan nie zmartwił się, że już wkrótce pozbędzie się Húrina i to nawet nie wykraczając przeciw woli Angbandu. Wyszedł zatem na przeciw starcowi.
– Jak sobie życzysz, przyjacielu – powiedział. – Nie uczyniłem ci żadnej krzywdy i puściłem wolno. I o tym, mam nadzieję, zaniesiesz prawdziwą wieść, jeżeli wrócisz kiedyś do naszego Pana.
Húrin rzucił nań gniewne spojrzenie.
– Nie spoufalaj się, niewolniku i prostaku! – powiedział. – Nie wierz też kłamstwom, o których i ja słyszałem. Nigdy nie byłem na służbie u Nieprzyjaciela. Jestem z Edainów i tak pozostanie, i nie będzie nigdy przyjaźni między mną i tobą.
Słysząc, że Húrin tak naprawę nie ma przychylności Morgotha, albo że takową odrzuca, wielu ludzi Lorgana wyciągnęło swe miecze, żeby zadać mu śmierć. Lorgan ich jednak pohamował. Był bowiem nieufny, ale też bardziej przebiegły i podły od innych – szybciej też odgadł zamiary swego Pana.
– Odejdź zatem, szarobrody, ku swej zgubie – powiedział. – Oto bowiem twój los. Szaleństwo i przemoc, i samookaleczenie – oto dzieło twego rodu. Złej drogi!
– Tôl acharn! – rzekł Húrin. – Zemsta nadchodzi. Nie jestem ostatnim z Edainów, czy moja droga będzie dobra czy zła.
I z tymi słowy odszedł, i opuścił kraj Hithlumu.

Miriel, dnia 14.05.2007 o godzinie 15:12

Galadhorn napisał: „Nie rozumiem dlaczego w nazwach, które kończą się na -e, czyli u Tolkiena zapisywane są -ë), przy odmianie przez przypadki to ë zostaje w środku wyrazu. Przecież jeżeli jest Manwë, to już dalej mamy Manwego, Manwemu itd. (a nie Manwëgo, Manwëmu jak w polskim przekładzie DH)”.
Czy to już nie jest przesada w wyszukiwaniu „usterek” w DH? 😉 Fakt, że w nazwach zadbano o wszelkie znaki diakrytyczne właściwe oryginalnym nazwom uważam za atut książki. Zapis, który zachowuje znaki diakrytyczne w odmianie nie jest nowy, taką zasadę przyjęto w najnowszym, poprawionym wydaniu „Silmarillionu” (2006), ale i wcześniej w „Encyklopedii Śródziemia” Fostera (2003), „Niedokończonych opowieściach” (2002), a nawet w „Atlasie Śródziemia” (1998) taki zapis przyjął tłumacz tej pozycji, Tadeusz A. Olszański.
Maria Skibniewska zrezygnowała ze znaków diakrytycznech prawdopodobnie właśnie dlatego, że dla polskiego czytelnika np. „diakrytyk nad e nie oznacza przecież jakiegoś innego niż e waloru fonetycznego”, lecz tak wiele osób właśnie miało do niej o to pewien żal, ponieważ znaki diakrytyczne, chociaż może nie do końca istotne i zrozumiałe dla przeciętnego polskiego czytelnika, pełnią rolę także estetyczną, niosą ze sobą pewną „egzotykę” obcego, „zaczarowanego” języka elfów. A już na pewno dla wszystkich – diakrytyki są po prostu piękne. Dlatego właśnie poprawiono np. „Silmarillion”, by przywrócić oryginalną piękną pisownię nazw w tolkienowskich językach.
Nie rozumiem dlaczego zachowanie diakrytyków w połączeniu z polską odmianą miałoby być wadą? W końcu nie po to zadbano o diakrytyki, by zaraz je wszystkie pousuwać, skoro większość nazw jest odmieniona w jakimś przypadku.

Być może ë wewnątrz wyrazu z punktu widzenia quenejskiej gramatyki jest niepoprawne, ale proszę mi wybaczyć, bo nie znam gramatyki quenejskiej, a samo występowanie czasami ë w środku niektórych słów (np. Fëanturi, Tol Eressëa, Fëanor, Fëanáro, Bëor, Oromët, fëa, Niënor, cuivëa, ëala, almárëa, cuiviëlanca, mëoi, ilyarëa, ilaurëa, lúrëa, púrëa, olórëa, farëa itd.) mnie nie razi. Wymienione słowa są być może wyjątkami od zasady, ale jak by nie było, sądzę, że w naszym polskim języku elfickie słowa z zachowanymi diakrytykami w odmianie wyglądają pięknie.

Galadhorn, dnia 14.05.2007 o godzinie 15:51

Droga Miriel, dziękuję za kolejną odpowiedź. Tutaj jednak nie mogę się z Tobą zgodzić. Podane przez Ciebie przykłady nie są wyjątkiem od reguły, ale czymś całkiem zgodnym z regułą. Diakrytyk nad < ë> i < ä> występuje w zapisie quenyi po to, żeby nie mylić dwugłoski (dyftongu) z dwoma oddzielnie wymawianymi samogłoskami (a zatem < ëa> to /e-a/ – dwie sylaby, ale to /ej/ – jedna sylaba). Powtórzę po raz kolejny – macie w Wydawnictwie łatwy dostęp do ludzi, którzy znają się na sprawach tolkienistyczno-językowych, bo jest dziś net, są znane adresy mailowe, ja sam tłumaczyłem już dla Amberu teksty o cechach lingwistycznych (Dodatki do WP, w tym E i F oraz tworzyłem oparty na wiedzy lingwistycznej Indeks). Ja sam chętnie bym pomógł, gdyby ktoś mnie o takie sprawy zapytał. To, że w wyjaśnieniu wymowy w DH pojawił się taki błąd, jak z wyjaśnieniem wymowy sindarińskiego i to naprawdę niepotrzebna usterka. Wystarczy napisać PW czy maila do mnie, Nolimona, Arathuliona czy innych miłośników Tolkiena o zainteresowaniach językowych – jesteśmy na Forum Hobbitonu (gdzie Ty pisujesz) i w innych miejscach netu. Czemu nie korzystacie z naszej wiedzy – ona jest m.in. po to, żeby służyć tym, którzy mniej znają się na sprawach językowych. Proszę, nie traktuj tego jako czepianie się – mnie też zależy na tym, żeby nasze polskie wydania były jak najbardziej poprawne. I dlatego zwracam uwagę na rzeczy, które być może Tobie – osobie mniej zainteresowanej językami Tolkiena – wydają się mniej ważne.

Jeszcze raz podkreślę: diakrytyki nad < ë> czy < ä> są zupełnie bez sensu, gdy dodajemy końcówkę deklinacyjną! Również w quenya, gdy do tematu dodajesz końcówkę, te dwie kropeczki zanikają w zapisie, bo nie jest wtedy literą ostatnią w danym wyrazie: np. Mianownik. _Manwë_, Celownik _Manwen_, ale już Dopełniacz _Manwëo_ (bo mamy dwie odrębne samogłoski). Natomiast forma _Manwën_ jest bez sensu w quenya, bo < -e-> (wewnątrz wyrazu) zawsze się wymawia! I tak samo jest w języku polskim: _Manwë_, _Manwego_, _Manwemu_, _Manwem_ itd.

Zresztą pisanie < -ë> na końcu nazwy w polskich wydaniach ma sens o tyle, że niektórzy czytelnicy (wiem o tym) mieli tendencję do czytania imion i nazw quenejskich tak, jakby to były imiona i nazwy angielskie, a zatem spotkałem się z tym, że ktoś nie wymawiał końcowego < -ë>. Śmiem w ogóle twierdzić (jestem o tym głęboko przekonany), że języki Tolkiena (a najczęściej stykamy się z nimi jako nazwami własnymi) są najpiękniejsze wtedy, gdy wymawia się je poprawnie ([manłe] zamiast [manv], [majðros] zamiast [ma-ed-hros] itd.).

Miriel, dnia 14.05.2007 o godzinie 16:53

Słowa z obcych języków są w polskich tłumaczeniach dzieł J.R.R. Tolkiena odmieniane według polskich, a nie quenejskich, zasad gramatycznych, i w tej kwestii zasady gramatyki i ortografii quenejskiej, aczkolwiek bardzo ciekawe, nie są istotne, i nie wpływają na gramatykę polską. To, że imię Manwë w polskiej odmianie zachowuje ë jest wytłumaczalne z punktu widzenia polskich zasad.

Mój punkt widzenia i powody przyjęcia takiego zapisu wyjaśniłam we wczesniejszym poście, i są one wystarczające, nie sądzę, żeby inne wyjaśnienie było tu konieczne.

Dodam tylko jako ciekawostkę, że w odmianie innych obcych imion z diakrytykami, np. francuskich (myślę że można to porównać do kwestii quenejskiej, choć zasady języka francuskiego różnią się od zasad quenejskich), nie ma znaczenia to czy „diakrytyk nad e nie oznacza jakiegoś innego niż e waloru fonetycznego”. Dla polskiej gramatyki i zasad odmiany imienia istotne nie jest to, jakie to jest fonetycznie e; ale czy jest nieme, czy wymawiane. I tu też mamy sytuację, w której końcowe e wymawiane wyróżniane jest znakiem diakrytycznym, w odróżnieniu do e niemego, które jest bez diakrytyku. Podkreślam, że brzmienie tego e nie ma znaczenia. Lecz polska gramatyka i tak zachowuje ten diakrytyk w odmianie.
Mamy więc: Debré, Debrégo, Debrém; Linne, Linnégo; Littré, Littrém, Littrégo itd. (Nowy słownik ortograficzny PWN, 2002, „Pisownia nazw własnych”, Nowy słownik poprawnej polszczyzny PWN, 2002) – to przykłady polskiej odmiany z e wymawianym oznaczonym diakrytykiem, które to e w języku oryginalnym między innymi oznacza, że samogłoska ta jest wymawiana (podobnie jak ë w quenyi oznacza, że samogłoska jest wymawiana).
To jest oczywiście tylko przykład, ponieważ język francuski to nie quenya, ale sądzę, że może służyć jako ilustracja tego, jak polskie zasady radzą sobie z obcym nazewnictwem. A polskie zasady są zaskakujące, pełne niespodzianek, często jakby sobie sprzeczne :-), tak że nawet niektóre słowniki nawzajem sobie przeczą :-) To piękno naszego języka.

Galadhorn, dnia 14.05.2007 o godzinie 17:24

Miriel, Twoje argumenty są przekonywające. Podparte autorytetem „Słownika ortograficznego”. Dziękuję za to wyjaśnienie. Przede wszystkim wdzięczny Ci jestem za czas, jaki poświęcasz na te wszystkie objaśnienia. Przyjmuję Twoją argumentację i od teraz nie będę się już „czepiał” diakrytyków w środku wyrazu, choć sam, w moich przekładach i tekstach lingwistycznych i tak będę unikał takiego zapisu. Ale Wasz, amberowski, uznaję za równoległy. Jest jeszcze tylko sprawa tych objaśnień dotyczących wymowy nazw w DH. Mam nadzieję, że w przyszłości zmienicie to, co jest tam błędne (chodzi o przykład z „maić”). Można przecież skorzystać z moich objaśnień w Dodatku E w WP (Amber). Jakby co, zawsze chętnie posłużę swoją pomocą. Dzięki za Twoje odpowiedzi. Wiele się wyjaśniło.

Miriel, dnia 14.05.2007 o godzinie 17:48

Czytam z zainteresowaniem wszelkie komentarze dotyczące teraz najnowszych „Dzieci Hurina”, ale i innych wydawnictw tolkienowskich, i za wszystkie uzasadnione uwagi o błędach jestem wdzięczna – choć, jak to zwykle bywa, trudniej jest słuchać o błędach, przyjemniej, jak chwalą – ale od samego bycia chwalonym człowiek się niczego nie nauczy.
Błędy można znaleźć w każdej książce, i w „Dzieciach”, i w każdej innej, jednak zaręczam, że książka ta była przygotowywana z zaangażowaniem i miłością, i każdej z osób współpracującej przy jej produkcji zależało na tym, by błędów tych było jak najmniej. Zauważone ewidentne błędy będą oczywiście w miarę możliwości poprawione w ewentualnym drugim wydaniu. Dziękuję, Galadhornie, za propozycję pomocy.

Galadhorn, dnia 14.05.2007 o godzinie 18:58

Miriel, gdybyś była zainteresowana polskim tłumaczeniem wyjaśnień dotyczących wymowy, które są integralną częścią angielskiego „Silmarillionu”, a brak ich niestety w nowym, poprawionym wydaniu Amberu, przełożyłem je kiedyś dla „Simbelmynë”. Opublikowaliśmy je w formie wkładki do polskiego wydania. Fajnie, gdyby kiedyś znalazły się takie wyjaśnienia w polskim wydaniu S. Mogę Ci je przesłać. Może zainteresuje to Wydawnictwo?

Zostaw komentarz