Aktualności ze świata miłośników twórczości Tolkiena

Dyskusja wokół artykułu Tadeusza A. Olszańskiego
“Miód, który wsiąkł w chleb”, Nowa Fantastyka nr 3/2007

W marcowym numerze Nowej Fantastyki ukazał się artykuł Tadeusza A. Olszańskiego pt. “Miód, który wsiąkł w chleb” – o chrześcijaństwie u Tolkiena. Artykuł wywołał ciekawą dyskusję, między innymi na Forum “Elendilich”. Autor artykułu nadesłał tam dwukrotnie odpowiedź w formie tekstów przekraczających rozmiarami artykuł pierwotny. Warto głos Tadeusza A. Olszańskiego, rozwinięcie tez z tekstu opublikowanego przez NF, przybliżyć Czytelnikom “Elendilionu”. Zapraszamy do lektury (którą warto uzupełnić o głos polemistów TAO z dyskusji u Elendilich)…

O wartościach chrześcijańskich i paru innych sprawach

Wstęp(niak)

„Wywołany” przez Galadhorna, spróbuję odpowiedzieć na niektóre pytania, poruszone w dyskusji o moim artykule „Miód, który wsiąkł w chleb”. Ale zrobię to po swojemu: w formie obszernego (zwłaszcza jak na forumowe miary) eseju, podobnego w formie do samego artykułu. Nie zgadzam się bowiem na taryfę ulgową, wyrażoną przez Nolimona słowami „ciężko polemizować z kimś, kto na Forum jest tylko duchem, a raczej korespondencją”. Większości moich polemistów (a prowadziłem w życiu wiele polemik, i spodziewam się prowadzić dalsze) nie znałem osobiście, dyskutowałem z tekstami, nie z ludźmi. Czy to jest trudne? Na pewno trudniejsze od forumowego „wątku”, mieszającego konwencje rozmowy, listu i eseju. Ale warto się tego uczyć. To się w życiu przydaje – i sądzę, że nadal, mimo „internetualizacji” życia intelektualnego, będzie się przydawać.

Rozpocząć muszę od kilku uwag formalnych. Pierwsza, przykra dla części forumowiczów brzmi: nie dyskutuje się o tekście, którego się nie czytało. Wiem, że to dziś powszechne – mniej więcej trzecią część recenzji, które przeglądam, napisano na podstawie omówień, a nawet not okładkowych (zwanych czasem jakże pięknym i jakże polskim słowem „blurb”), a nie – choćby pobieżnej lektury. Ale to, że inni robią źle, nie jest dla nas usprawiedliwieniem.

Galadhorn omawiając mój tekst, „uprościł” go w paru miejscach; jedno z tych uproszczeń stało się zaczątkiem ciekawej dyskusji, której prawidłowe odczytanie zapewne by nie wywołało. Ale, Galadhornie, nie możesz twierdzić, że skoro referowałeś mój tekst, „nie do mnie słowa polemiki”. Dyskusja toczyła się wokół Twojego, nie mojego ujęcia. A Nolimon niewątpliwie miał rację, pisząc, że „to właśnie nie jest takie proste”. O czym przekonacie się za chwilę.

Z kolei Tallis Keeton, cytując moje sformułowanie na temat rozwoju nauki, nader niefortunnie skróciła je, usuwając fragment istotniejszy na rzecz mniej istotnego, co skierowało dyskusję na fałszywy trop. Cytując, nie można usuwać fragmentu bliższego końcowej tezie, zwłaszcza, jeśli jest on elementem równorzędnego wyliczenia, bo z reguły to on jest najważniejszy.

Przepraszam za mentorstwo. Ale nie uznaję taryfy ulgowej, ani wobec siebie, ani wobec innych. A skoro tak, to muszę też przeprosić za to, że nadmierna skrótowość mojego tekstu, wynikająca z chęci zmieszczenia jak najwięcej treści w zadanej przez redakcję „Czasu fantastyki” (bo dla tej redakcji pisałem tekst, przejęty następnie przez „Nową fantastykę”), stała się powodem niektórych nieporozumień. Przepraszam też za zniekształcenia, dokonane przez redaktorów przy „wygładzaniu stylistycznym” artykułu; moją winą jest to, że nie zażądałem uzgodnienia ze mną tych zmian. A teraz – ad rem.

Wartości uniwersalne?

Nikt z dyskutantów nie zrozumiał właściwie mojego sformułowania, że „to, co nazywamy wartościami ogólnoludzkimi, to wartości chrześcijańskie”. Wszyscy uznali, że zakłada ono uznanie „wartości uniwersalnych” za rzeczywiście istniejące. Ja jednak tego poglądu nie podzielam. Nie uważam, wbrew Nolimonowi, by istniał kanon wartości, wspólny wszystkim kulturom historycznym i współczesnym, oprócz najbardziej podstawowych norm, chroniących solidarność grupy krewniaczej.

Chciałem powiedzieć co innego: że wartości, które my, Europejczycy, jesteśmy skłonni uznawać za uniwersalne, to wartości chrześcijańskie, ukształtowane przez społeczeństwa, wyznające wiarę w Chrystusa. I że pozostają one takimi nawet w zlaicyzowanym kształcie, nie stając się przez fakt laicyzacji „uniwersalnymi”, tj. właściwymi wszystkim cywilizacjom. I że pozostają one takimi także wtedy, gdy niektóre z nich są przejmowane przez inne cywilizacje (co niewątpliwie ma miejsce). Że zatem pojęcie „wartości uniwersalnych” jest uzurpacją.

I nie chodziło mi o samą etykę. „Wartości” to nie tylko „wartości moralne”. W zakresie moralności społecznej można znaleźć wcale liczne podobieństwa między większością wyżej rozwiniętych społeczeństw, przynajmniej na poziomie podstawowych regulacji, dla nas zapisanych w Dekalogu. O swoistości etyki chrześcijańskiej przesądza to, w czym wychodzi ona ponad tę podstawę: nawet nie nakaz „miłuj bliźniego swego jak siebie samego”, ale „miłujcie się wzajemnie, jak Ja was umiłowałem” i zasady, wyrażone w Kazaniu na Górze.

W moim artykule wymieniłem szereg wartości (można też powiedzieć – zasad myślenia o świecie), które nasza cywilizacja zawdzięcza przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie chrześcijaństwu i które to nasza cywilizacja szerzyła w świecie. Nie jest to pełna lista – ale są to zasady, bez których niemożliwy byłby „Władca Pierścieni” ani większość innych dzieł, o których dyskutuje się na tym Forum. Nawet, jeśli w świecie przedstawionym „Władcy” obowiązują raczej wartości świata pogańskiego.

Nie twierdzę, że chrześcijaństwo wdrożyło wszystkie te wartości szybko i w całości: niektórych do dziś nie zdołało zrealizować w pełni. Ważne jest co innego: że je sformułowało, stawiając przed sobą jako cel. Gdybyśmy postawili sobie inne cele, rozwijalibyśmy się w innym kierunku, w inny sposób.

Autoegzegeza

Dla większej jasności przytoczę tu fragment, dotyczący wartości, w pierwotnej postaci, bo redaktor zatarł pewne istotne niuanse: „Bo też to, co nazywamy „wartościami ogólnoludzkimi”, to wartości chrześcijańskie. Bezwarunkowa wartość i godność jednostki ludzkiej, każdego człowieka z osobna, w miejsce naturalnej etyki rodowo-plemiennej, wolność wyboru w miejsce przypisanego statusu wynikającego z urodzenia, nadzieja w miejsce fatum, przebaczenie w miejsce zemsty (uwarunkowane zresztą poprzednim). A także – przekonanie o nieodwracalności, liniowości czasu w miejsce wiary w cykliczny charakter dziejów. Jednoznaczne oddzielenie Stwórcy od stworzenia, umożliwiające rozwój nauki. Wreszcie – wartość rozumu, autonomicznej władzy poznawczej. To wszystko zawdzięczamy chrześcijaństwu.”

Wszystkie te zasady/wartości powstały w kręgu chrześcijańskim, więcej – dzięki rozwojowi chrześcijaństwa. Bezwarunkowa wartość i godność osoby ludzkiej zasadza się bowiem na tym, że Bóg stał się człowiekiem, przyjmując wszystkie nasze słabości (oprócz grzechu) aż po straszną śmierć. Tej wiary nie ma w żadnej innej religii – i żadna inna cywilizacja nie zerwała o własnych siłach z ustrojem plemienno-rodowym i odpowiadającą mu etyką, ograniczająca pojęcie „bliźniego” do współrodowców. Podobnie – dodajmy – szczególny status małżeństwa wśród chrześcijan wynika z tego, że za jego pierwowzór uważamy związek Chrystusa z Kościołem, wyłączny, nierozerwalny i wieczny z samej natury.

Wolność wyboru, wolność moralna, różna od swobody (wolności od ograniczeń) jest możliwa tylko o tyle, o ile wierzymy w realność wyboru, a wiec – odrzucamy fatum. Jeśli zaś wierzymy w Boga, wolność okazuje sie możliwa pod warunkiem, że jest On prawdziwie transcendentny, tj. stoi ponad światem i jego prawami, że więc możliwy jest cud, zawieszenie przez Boga ustanowionych przezeń praw natury. Bo tam, gdzie są cuda – nie ma fatum. Ta wiara umożliwia także nadzieję, nieodłączną od wolności w tym rozumieniu.

Kluczowa dla chrześcijańskiego życia społecznego zasada „odpuszczania naszym winowajcom” bierze się tyleż z bezpośredniego nakazu Chrystusa, co właśnie z nadziei: jej społeczny sens opiera się na wierze w możliwość metanoi, nawrócenia, głębokiej przemiany wewnętrznej (na czym, zauważmy, opiera się europejski system represji karnej). Takiej wiary nie można mieć, jeśli wierzy się w fatum, nieubłagany i nieunikniony Los. Żadna cywilizacja poza naszą nie przezwyciężyła fatalizmu o własnych siłach, a może wręcz – żadna z nich z nim do końca nie zerwała.

Idźmy dalej. Przekonanie o jednorazowym istnieniu świata i liniowym rozwoju czasu od Stworzenia do Końca także jest niezbędne dla przezwyciężenia fatalizmu. Jeśli wierzymy w „Wieczny Powrót”, nie mamy żadnej racji, by przyjąć, że cykl, który przeżywamy, jest rzeczywiście pierwszym, że więc mamy jakąkolwiek wolność wyboru. To zaś nie to, że uniemożliwia nadzieję, ale podważa moralność: każdy nasz czyn, każda myśl okazują się bowiem już dokonane, niezmienialne.

Nie przypadkiem tak akcentuję sprzeczność chrześcijaństwa z fatalizmem. On bowiem wraca dziś do Europy w wielkim stylu: w postaci wiary w rozmaite wróżby, tarota, feng shui (czasem zadaję sobie pytanie – kim jest ta szuja?) etc., ale także doktryny „samolubnego genu” i innych ewolucjonistycznych ujęć, zgodnych w jednym – podważaniu wolności wyboru.

Powstanie i rozwój nauki (ściślej – nauk przyrodniczych) warunkuje nie przekonanie o liniowości czasu (choć jest ono przydatne), lecz wiara w to, że Bóg stworzył świat jako odrębny od Siebie samego, będący samodzielnym bytem, rządzącym się ustanowionymi i niezmiennymi prawami. Jeśli nie, jeśli – jak głoszą religie emanatystyczne (zwłaszcza hinduizm i buddyzm) – świat jest jedynie emanacją Boga, jego chwilowo oddzieloną częścią, nauki przyrodnicze nie są możliwe. Możliwa jest tylko teologia. Podobnie, jeśli uznajemy (jak większość muzułmanów), że Bóg w dowolnym czasie i w dowolny sposób może zmieniać (a nie tylko – jednorazowo uchylać) prawa rządzące światem, nauka okazuje się niemożliwa.

I ostatnie – racjonalizm, przekonanie, że rzeczywistość może być zrozumiana i opisana w racjonalnych, logicznych kategoriach. Nie jest on dziełem chrześcijan, lecz starożytnych filozofów. Ale dopiero chrześcijańscy arystotelicy, przede wszystkim św. Tomasz z Akwinu, stworzyli racjonalistyczną teologię, ta zaś stała się fundamentem europejskiego pojmowania świata. Podobne doktryny powstawały także gdzie indziej (np. w Indiach), tam jednak pozostały na marginesie życia umysłowego, gdy tomizm na wieki stanął w jego centrum.

Można by tak dalej, ale ograniczę się do egzegezy ustępu z własnego artykułu (nie jest to dobry obyczaj, ale trudno…). Powyższe tezy są opisem rzeczywistości historycznej, niezależnym od tego, czy uznajemy religię chrześcijańską za prawdziwą, czy też nie. Bo niezależnie od tego pozostaje ona faktem społecznym, poddającym się opisowi naukowemu.

Ale nie, jednak jeszcze coś tu dodam. Parę dni temu przeczytałem w „Rzeczpospolitej” wypowiedź kameruńskiego psychologa, według którego psychoanaliza jest w społeczeństwach afrykańskich (słabo schrystianizowanych lub wręcz pogańskich) bezużyteczna, gdyż ich członkom obce jest poczucie winy (znają tylko wstyd z powodu demaskacji). Zatem poczucie winy okazuje się kolejnym elementem wartości/zasad chrześcijańskich, związanym z pojęciem grzechu, przewiny wobec Boga, a nie tylko wobec społeczeństwa.

Czy te zasady/wartości mogły pojawić się w innych cywilizacjach, gdyby chrześcijaństwo nie powstało lub gdyby jego rozwój potoczył się innym torem? Zapewne tak, choć raczej nie w takiej konfiguracji i w innej epoce. Faktem jest jednak, że pojawiły się one właśnie w kręgu cywilizacji chrześcijańskiej i poza nim występują o tyle, o ile zostały przez nią zaszczepione.

Nauka i buddyzm

Czy osoby, nie podzielające zreferowanych wyżej przekonań, np. hinduiści lub muzułmanie, mogą uprawiać naukę? Owszem, dziś mogą. I nie dlatego, że przeszli edukację na europejskich czy amerykańskich uczelniach, ale dlatego, że mogli przyjąć już istniejące zasady nauk przyrodniczych, ich metodę. To nawet nie jest trudne, skoro religie azjatyckie są mniej sformalizowane i mniej intelektualne, a pewne intuicje filozofii indyjskiej okazują się współbrzmieć z osiągnięciami fizyki kwantowej. Nie mogliby natomiast sami stworzyć tych zasad, metody naukowej.

Ani Hindusom, ani Chińczykom (jedynym naprawdę wielkim, oryginalnym cywilizacjom niezależnym od świata śródziemnomorskiego) nie udało się wypracować metodologii nauk przyrodniczych, choć rozwinęli fascynującą filozofię, stworzyli zaawansowaną matematykę i osiągnęli poważne sukcesy w zakresie techniki, w paru zakresach wyprzedzając Europejczyków. Nie udało się to też muzułmanom, których cywilizacja była twórcza, dopóki nie wyrzekła się dziedzictwa myśli greckiej (w chwili powstania islamu już w znacznej mierze schrystianizowanej). Jedynym wytłumaczeniem tych dysproporcji jest to, że coś w podstawach tych cywilizacji uniemożliwiło rozwój nauk przyrodniczych.

Idźmy dalej. To, co Tallis Keeeton pisze o buddyzmie, nie jest prawdą. Wbrew europejskiej interpretacji, podtrzymywanej dziś przez europejski neobuddyzm, w buddyzmie i innych religiach Indii nie ma mowy o „jednostce ludzkiej” ani o „kulcie wszystkich stworzeń”. Wiara w reinkarnację nie mówi o wędrówce „ludzkich dusz”, ale „dusz jako takich”, które są cząstkami nieosobowego Bóstwa, wracającymi do niego przez cykl wcieleń, by ostatecznie zatracić w nim tożsamość. Nic bardziej przeciwnego chrześcijańskiej nauce o życiu wiecznym każdego człowieka z osobna (człowieka, a nie tylko jego duszy, skoro wierzymy w „ciała zmartwychwstanie”). To, że bardzo trudno nam pojąć to inaczej, niż jako wędrówkę dusz ludzkich, potwierdza tylko siłę chrześcijańskich przeświadczeń, które przepajają naszą cywilizacją, nawet w jej współczesnej, zlaicyzowanej postaci.

A czy twórczość Tolkiena znalazłaby uznanie wierzących buddystów? Wątpię. Bowiem oprócz wartości, które wymieniła Tallis Keeton, a nawet – przed nimi, „Władcę Pierścieni” przepaja pochwała czynnego przeciwstawiania się złu, także siłą oręża. Frodo i Gandalf nie usuwają się na ustronie, by medytować i sypać mandale, darzące pokojem, nie uważają za źródło zła w świecie niewiedzy o źródłach cierpienia. Sądzę, że przesłanie „Władcy” byłoby bliższe muzułmanom, wierzącym w religijną wartość czynu, walki. Ale nie jestem tego pewien: moje pytanie o recepcję Tolkiena poza kręgiem naszej cywilizacji nie było retoryczne.

Wyrażenia, zacytowanego przez Nolimona, prawdę mówiąc nie pamiętam, ponieważ jednak dotychczas nie podejmowałem tematu recepcji Tolkiena poza cywilizacją chrześcijańską, musiało ono odnosić się do niewierzących (postchrześcijan). Z tym, że na ogół odczytują oni przesłanie Tolkiena prawidłowo, choć ujmują je nieco inaczej, stykałem się wielokrotnie. Chciałbym, by niechrześcijanie podobnie odczytywali „Władcę Pierścieni”, bo to zbliżałoby ich do chrześcijaństwa. Ale nie wiem, czy to możliwe.

Jednak wątpię, Nolimonie, by komuś, kto nie lubi miodu, smakował chleb, nim przesycony. To bardzo różne smaki. Jeśli jednak smakował – warto mu uświadomić, jaki smak naprawdę docenił.

Uwagi końcowe

Z pacyfistyczną wizją przyszłości religii Tallis Keeton nie będę polemizował. Dobrze byłoby, gdyby miała rację, ale nie widzę żadnych przesłanek, by mogło tak być (z drugiej strony nie widzę znaków, zapowiadających kolejną wojnę światową). Więc tylko jedna uwaga: to właśnie „fanatyczny, fundamentalistyczny islam” jest tym „normalnym”, tj. zgodnym z duchem i literą Koranu. Czytałem tę księgę, wiem o czym mówię. To miękki, pojednawczy euro-islam jest nieprawdziwy, także w znaczeniu ścisłym: bardzo często jest on propagandą, skierowaną do chrześcijan i postchrześcijan, mającą ukryć rzeczywiste poglądy i zamiary islamistów.

Tadeusz A. Olszański

________________________________________________________

Ponownie o wartościach chrześcijańskich i paru dalszych sprawach

Z polemikami jest tak, że łatwo je zacząć. Skończyć trudniej. Dlatego zabieram głos ponownie. W poprzednim szkicu wystarczyło mi stwierdzić, że nie uznaję istnienia „wartości uniwersalnych”. Teraz wypada zająć się pochodzeniem tej kategorii – bo przecież ona istnieje i jest przez bardzo licznych Europejczyków (i nie tylko ich) uznawana za odpowiadającą rzeczywistości. I Nolimon ma rację, mówiąc, że zagadnienie „wartości uniwersalnych” powstało dzięki chrześcijaństwu. Choć rozumie to nieco – hoom, hoom – pochopnie.

Chrześcijaństwo, wartości uniwersalne, pokój

Chrześcijaństwo było pierwszą religią rzeczywiście uniwersalną (drugą był powstający w tym samym czasie buddyzm mahajanistyczny, potem dołączył islam), od samego początku adresującą swe nauczanie do wszystkich i każdego. I to przekonanie, kluczowe dla cywilizacji chrześcijańskiej, zostało przejęte przez cywilizację postchrześcijańską, gdy ta się pojawiła. Ludzie Zachodu nadal uważali wyznawane przez siebie wartości (tak normy moralne, jak i zasady myślenia o świecie) za adresowane do wszystkich i na różne sposoby narzucali je innym ludom (o czym za chwilę). A że nie chcieli uznawać ich chrześcijańskiej natury – zaczęli zwać uniwersalnymi. Potem dodali do nich wartości, które nie są bezpośrednio związane z chrześcijaństwem, jak główne reguły demokracji.

Oświecenie dodało do tego teorię postępu, zgodnie z którą wszystkie społeczności rozwijają się według jednego, uniwersalnego i „rozumnego” schematu, można je więc uporządkować wzdłuż jednej osi: od dzikości do pełni cywilizacji (rozumianej jako stan obecny lub przyszły). I w ramach takiego poglądu kategoria wartości uniwersalnych czy też ogólnoludzkich ma sens, ma rację bytu.

Ja jednak odrzucam tak rozumianą teorię postępu, a z nią – roszczenie do uznawania wartości chrześcijańskich (europejskich) za uniwersalne, a zwłaszcza za obowiązujące dla wszystkich ludów i narodów. Co nie przeszkadza mi zalecać ich jako najwłaściwszych. Ale czyniąc tak, szanuję wolność, prawo wyboru innych, inaczej, niż ci, którzy głoszą „uniwersalność” wartości, przekonując, że ich przyjęcie jest aktem rozumu, nie wyboru, sprawą wiedzy, a nie wiary (przekonania).

Nie jest natomiast prawdą, by z chrześcijańskiego, czy też europejskiego punktu widzenia ludy pogańskie miały jawić się jako „biegające na czworakach dzikusy”. Chrześcijaństwo widziało w poganach ludzi pogrążonych w mrokach niewiedzy (religijnej), ale tam, gdzie napotykało kulturę, godną tego miana (czy to w Skandynawii, czy w Chinach), szanowało ją i zachowywało wiele z jej dorobku. Całą tradycję europejskiej Północy znamy dzięki chrześcijańskim już autorom, często mnichom. Oni też przechowali klasykę grecką i rzymską (nie ujmuję tu roli Arabów w przetrwaniu dzieł antycznych do czasów, gdy mnisi chrześcijańscy mogli je utrwalić na pergaminie, nieporównanie trwalszym od papirusu). Filozofia i teologia chrześcijańska świadomie opierały się na Platonie i Arystotelesie, prawo kanoniczne – na przedchrześcijańskim prawie rzymskim. A że niektóre ludy traktowali jako barbarzyńców czy zgoła dzikusów? A jak mieli traktować kanibali? Albo ludy, które nie opanowały metalu, ba – ceramiki (w Afryce spotykaliśmy i takie).

Nie kwestionuję istnienia wartości wspólnych wielu (bo jednak nie wszystkim) religiom. Podstawy etyki są wszędzie dość podobne. Wspominałem o tym już poprzednio. Czy do takich wartości wspólnych można zaliczyć pokój? Nie wiem. Nie wiem, czy pokój może być w ogóle uznany za „wartość”. Jest on stanem społecznym, brakiem konfliktów wojennych, według niektórych – brakiem konfliktów w ogóle. Na pewno dążenie do zapewnienia pokoju jest jednym z celów uprawiania polityki, i jest to cel godny zalecenia. Ale czy ma to być cel sam w sobie, czy tylko środek, służący czemuś więcej? Czy – jak sądzą pacyfiści – zachowanie pokoju jest wartością najwyższą? Wzdragam się przed taką konsekwencją, nakazującą rezygnację z obrony ojczyzny przed wrogiem, nakazującą kapitulację wobec różnych „sauronków” i „sarumanków” (tych ostatnich jest więcej.

W zupełności zgadzam się z tym, że dobre czyny, gdziekolwiek, przez kogokolwiek i w imię czegokolwiek dokonane „należą” do Chrystusa, tak jak czyny złe – do Złego Ducha (jeśli zgadzamy się, że może doń należeć cokolwiek: Tasz to jednak pogański „zły bóg”, a nie Szatan naszej teologii). Ale o tym, które czyny są dobre, które zaś złe, rozstrzygać musimy w świetle nauki Chrystusa, a nie np. etyki hinduistycznej czy utylitarystycznej. Chyba, że nie jesteśmy chrześcijanami.

I rzecz ostatnia w tej części. Na temat spotkania „ekumenicznego” w Asyżu (cudzysłów, bo ekumenizm we właściwym znaczeniu jest procesem toczącym się między chrześcijanami) mogę tylko milczeć. Jest to jeden z tych kroków Jana Pawła II, którego sensu nie rozumiem. I widzę, że nie jestem z tym sam, bo spotkanie to wywołało wcale liczne, jak na przedsięwzięcie papieża, wątpliwości i sprzeciwy w Kościele.

Kościół i „ludy”

Wróćmy do zasygnalizowanego wyżej tematu. Wbrew powszechnemu poglądowi chrześcijaństwo przez całe wieki niezbyt mocno interweniowało w obyczaje i wartości nawracanych ludów. Znacznie mniej, niż islam, narzucający liczne normy obyczajowe, a co ważniejsze – język (posługiwanie się tłumaczeniami Koranu do celów religijnych jest do dziś niedopuszczalne). Jego obietnica była natury duchowej i nadprzyrodzonej. Kościół wprowadzał w życie społeczeństw chrześcijańskich przede wszystkim trzy instytucje: dozgonne, monogamiczne i nierozerwalne małżeństwo, zakaz niewolnictwa i zakaz zemsty rodowej. Wprowadzał powoli, nie bez niepowodzeń, nieraz przez wieki. Ale żadna z tych instytucji nie utrwaliła się poza społeczeństwami schrystianizowanymi lub bez wyraźnej presji państw europejskich.

Warto przy tym wiedzieć, że wdrożenie pierwszej z tych zasad oznaczało radykalną poprawę sytuacji kobiet, których nie było już wolno porzucać wedle męskiego widzimisię, a trzecia znakomicie wspierała rozwój władzy publicznej (państwa) jako jedynego uprawnionego sędziego.

Natomiast misjonarze katoliccy przez długie wieki łatwo akceptowali osobliwości pogańskich kultur, uznając, że cokolwiek wyraźnie i otwarcie nie sprzeciwia się Słowu, jest dopuszczalne, a często ma w sobie pierwiastki dobra. Tak np. kalendarz solarny europejskich rolników został schrystianizowany – uświęcony, ale nie naruszony. Stare święta otrzymały nowych patronów i stały się jeszcze ważniejsze. Do dziś je obchodzimy. Podobny był przebieg pierwszych misji chrześcijańskich w Azji, które nie stworzyły trwałych Kościołów lokalnych, oraz późniejszych misji jezuickich, próbujących już nowocześnie rozumianej inkulturacji chrześcijaństwa w starych kulturach azjatyckich. Katolicyzm meksykański jest tak przesiąknięty elementami kultur prekolumbijskich, że aż wydaje się nam obcy. A w Afryce obrzędowe tańce, związane z religijnością plemienną stały się elementem oprawy Liturgii Eucharystycznej, co wielu gorszy.

Nieprzypadkowo mówię o misjach katolickich. Protestanci bowiem postępowali inaczej. Wraz z wiarą krzewili purytańską obyczajowość Anglosasów. To im przeszkadzały śpiewy i tańce paraliturgiczne (nie tylko u Indian i Afrykanów – część tych kongregacji zakazuje śpiewów i tańca w ogóle), to oni nakazywali noszenie „przyzwoitych” strojów (tj. zgodnych z europejskim kanonem przyzwoitości, nakazujących zakrywanie tzw. intymnych części ciała, najlepiej całego ciała oprócz twarzy, gdy np. dla muzułmanów intymną częścią kobiecego ciała jest właśnie twarz, i to ona winna być zakryta przede wszystkim). Z czasem pod ich wpływem zaczęli czynić to i katolicy.

To, że wraz z chrześcijaństwem szerzyły się obyczaje „krajów cywilizowanych”: najpierw śródziemnomorskich, potem europejskich, było – i pozostaje do dziś – głównie efektem upowszechniania się nowości cywilizacyjnych, wynalazków technicznych i społecznych etc. Tak, jak kiedyś narzędzia brązowe wypierały kamienne, by same ustąpić żelaznym, jak upowszechniały się strzemię i spodnie (akurat wynalazki „barbarzyńców”, a nie czołowych cywilizacji epoki), wiatrak, druk czcionkowy, broń palna, a po niej – automatyczna, a dziś technologie komputerowe i telefonia komórkowa, tak też upowszechniały się, choć wolniej i ze znacznie większymi oporami, semickie pismo alfabetyczne, rzymskie prawo cywilne i kategorie filozofii greckiej, wzorce sztuki antycznej, romańskiej i kolejnych stylów, aż po impresjonizm.

W tym procesie miała swój udział moda, miała aktywność władz państwowych, często dążących do „modernizacji obyczajowej” dość brutalnymi metodami. Nieraz także ludzie Kościoła, sprzeniewierzając się jego nauczaniu, przyłączali się do świeckich, szerzących wiarę przemocą. Kościół, także ten hierarchiczny, składa się z grzeszników. Tak było i tak pozostanie.

Wreszcie trzeba wspomnieć o czynniku, pochopnie utożsamianym w wpływem chrześcijaństwa: to wpływ europejskich mocarstw kolonialnych XIX w. Mocarstw już w istocie postchrześcijańskich, wyznających (to odpowiednie słowo) opisaną wyżej koncepcję postępu. A jednocześnie – biurokratycznych, uważających za swe prawo i powinność regulację możliwie wielu dziedzin życia społecznego. To właśnie europejskie kolonie były poligonem nowoczesnego państwa biurokratycznego. Europejski urzędnik uważał za swoje powołanie „cywilizowanie” Afrykanów i Azjatów przez narzucanie im wzorców „postępowych”, to jest europejskich. Także monogamii, prawa własności nieruchomości, alfabetu, języków indoeuropejskich, zuniformizowanego systemu szkolnego, instytucji demokracji przedstawicielskiej… Skutki były różne: czasem lepsze, czasem gorsze. Ale skończę na tym – i tak ta dygresja zaprowadziła mnie za daleko.

O sumieniu

Pytasz, Nolimonie, jak działa sumienie u człowieka nie znającego poczucia winy? No właśnie. Ono nie działa, nie na go. Sumienie to wątpliwość co do właściwości własnego postępowania, niepokój moralny, to nic innego, jak zdolność do odczuwania winy, tj. naganności własnego postępowania ze względu na jego niezgodność z własnym poczuciem moralnym, a nie tylko z prawem, opinią społeczną itd.

Nie znaczy to, by poganie byli „ludźmi bez sumienia” w potocznym znaczeniu tego zwrotu. Większość z nich, jak sądzę, to ludzie porządni, żyjący wedle nakazów podstawowej moralności oraz norm własnych religii. Ale nie mają oni tej wrażliwości moralnej, która pojawia się wraz z kategoriami sumienia, winy i grzechu. Z drugiej strony są i nominalni chrześcijanie, całkowicie pozbawieni sumienia, zdolności odczuwania winy. I są oni wcale liczni.

Geny i wolność

Wbrew poglądowi Tallis Keeton „samolubny gen” to nie jest „kwestia biologiczna”, podobnie jak kwestia wolności wyboru nie jest zagadnieniem czysto religijnym (jest to problem filozoficzno-moralny o zasadniczym znaczeniu). Koncepcja „selfish gene” opiera się na najnowszych osiągnięciach nauki, ale sama do nauki nie należy. Biologia jako nauka może jedynie stwierdzić, że określony gen koduje (choć wciąż nie wiemy, co to naprawdę znaczy) określoną cechę, że kod genetyczny jest podstawą życia (przynajmniej dopóki nie poznamy form życia, które takiego kodu nie posiadają – a tego nauka właśnie jako nauka nie może wykluczyć). I niewiele więcej.

Samo przypisanie genom cechy „samolubności” razi antropomorfizmem. I wydaje się pociągać za sobą konsekwencję w postaci uznania tych struktur materii organicznej za świadome w podobny sposób, jak świadomy jest człowiek. To jednak nie jest nauka (dane biologiczne nie dają żadnych podstaw do takiego twierdzenia), to jest wskrzeszanie animizmu. Podobnie z poglądem, że to geny są właściwym podmiotem ewolucji, a wszelkie żywe istoty są tylko „wehikułami”, służącymi ich przetrwaniu i rozwojowi. Jest to teza aprioryczna, nie mająca żadnego oparcia w materiale badawczym. I nie mogąca go w nim znaleźć, bo nauka ze swej natury nie jest zdolna do odpowiedzi na pytanie o „właściwy podmiot” tego czy innego procesu. Jej zadaniem jest opisanie procesu, jego przyczyn i konsekwencji. Resztę zostawia filozofom.

Powyższe poglądy (podobnie jak główne tezy socjobiologii, a także koncepcja „memów”, rzekomych „genów kultury”) nie są poglądami naukowymi. Nie tylko z powyższych powodów, lecz i dlatego, że nie przewidują żadnych możliwości ich obalenia lub potwierdzenia (a tezy, które nie dopuszczają możliwości obalenia, do nauki nie należą). Są to poglądy filozoficzne, może wręcz – ideologiczne. A oczywistą ich konsekwencją jest podważenie poglądu o odpowiedzialności człowieka za własne czyny, a także – możliwości wyboru: „wyborów” dokonują geny, instynkt doboru płciowego etc. Zatem zgodnie z tymi poglądami wolność jest jedynie pozorem (co stronnicy tego kierunku piszą otwarcie), a „właściwy podmiot” procesów biologicznych i społecznych wstępuje w rolę pogańskiego Fatum.

Nauce i nie-nauka

To, że medycyna, astronomia i alchemia etc. były w X w. lepiej rozwinięte wśród Arabów, niż wśród Europejczyków, nie znaczy, by ówcześni Arabowie uprawiali naukę. Ówcześni Europejczycy także jej nie znali. Zanim jednak przejdziemy do zagadnienia historycznego, musimy zatrzymać się nad językowym.

W naszym języku „nauka”, to coś, czego można nauczać. Jedno ze znaczeń tego słowa, to wręcz „pouczenie, napomnienie” A nauczać można dowolnej bzdury, byle odpowiednio usystematyzowanej. Na przykład „przygotowania do życia w rodzinie” (nie uważam, by to akurat była bzdura, ale czy ktokolwiek odważyłby się twierdzić, że istnieje taka dyscyplina naukowa?). Albo „naukowego komunizmu”, który miał swoje katedry na sowieckich wyższych uczelniach, czy „naukowego nacjonalizmu”, który jest dziś wykładany w niektórych krajach postowieckich (żeby nie było wątpliwości – przez tych samych ludzi).

Języki zachodnie odróżniają to, co należy do edukacji od tego, co należy do nauki. Odróżniają też „artes” (sztuki) od „scientia” (wiedzy). Scientia/science to nauki przyrodnicze: fizyka, chemia i biologia wraz z ich dziedzinami szczegółowymi. Ale nie filozofia, teologia i matematyka, choć wszystkie one są naukom przyrodniczym przydatne. I nie tzw. nauki humanistyczne/społeczne (humaniora, jak je kiedyś zwano, także po polsku), z wyjątkiem niektórych nauk pomocniczych historii oraz językoznawstwa porównawczego, posługujących się „przyrodniczą” metodologią.

Naukę tworzy metoda. Dopóki nie ma refleksji teoretycznej, eksperymentu sprawdzającego założoną hipotezę i narzędzi intelektualnych, sprawdzających poprawność eksperymentu, dopóki nie ma przekonania o tym, ze świat jest poznawalny, a poznanie jest możliwe dzięki współdziałaniu eksperymentu i rozumowania, ujętego w kanony logiczne – nie ma nauki. A taka metoda powstała tylko raz w dziejach. W chrześcijańskiej Europie, gdzieś między XIII a XVII w. I też nie do końca – bardzo ważna dyrektywa metodologiczna, mówiąca, że teza naukowa musi być falsyfikowalna, tj. dopuszczać drogę swego podważenia, powstała dopiero w XX w.

Rzecz jasna, ludzie zdobywali wiedzę, tak przyrodniczą, jak i humanistyczną, dużo wcześniej. Od początku swego człowieczeństwa. Gdyby nie to, nauka nie mogłaby powstać. I rzeczywiście we wczesnym średniowieczu świat arabski (czy raczej – zarabizowana Mezopotamia) pod wielu względami wyprzedzał Europę Zachodnią (Bizancjum – już niekoniecznie). Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że był to końcowy okres drastycznego regresu demograficznego i cywilizacyjnego Cesarstwa Zachodniego, czas bardzo powolnego cywilizowania się germańskich królestw barbarzyńskich. Jego upadek był daleko większy, niż grecko-semickiego Cesarstwa Wschodniego, więc Arabowie (przed początkiem ekspansji niewiele mniej barbarzyńscy od, powiedzmy, Gotów) mieli do dyspozycji niemal nienaruszony kanon myśli greckiej. Korzystali z niej, rozwijali ją, wiele przekazali odradzającemu się Zachodowi – ale nie zdołali jej asymilować, przyjąć za własną tak, jak ludy germańskie przyjęły myśl łacińską. I zatrzymali się w rozwoju prowadzącym ku stworzeniu nauki.

Ówczesna astronomia była jednak jedynie sztuką obserwacji i poszukiwaniem matematycznych protez do teorii Ptolemeusza, coraz wyraźniej sprzecznej z danymi obserwacyjnymi. Alchemia (nikt w ówczesnym świecie nie uprawiał chemii w dzisiejszym rozumieniu) łączyła geniusz eksperymentatorski z dociekaniami natury okultystycznej. Medycyna była rzemiosłem, cokolwiek sztuką, w której celowali zresztą nie Arabowie, ale Żydzi z Kalifatu (i nie tylko z niego). I wszystkie te dziedziny – oraz inne, od kowalstwa przez agrotechnikę i budownictwo po nawigację – rozwijały się ekstensywnie, eksploatując proste zasoby Nieznanego. Ich dorobek przygotowywał powstanie metody naukowej. Gdy jednak te rezerwy się wyczerpały, gdy poszerzanie wiedzy bez metody nie było już możliwe – rozwój zatrzymał się. W świecie islamu, w Indiach, w Chinach. I nie ruszył, dopóki nie importowano metody naukowej.

Oryginalne (chińskie) feng shui rzeczywiście nie jest fatalistyczne. To system magiczny, mający zapewnić adeptowi pomyślność życiową przez odpowiednie planowanie domu. Jego naturalnym środowiskiem jest jednak filozofia/religia chińska, która odrzuca wolność (taoizm głosi niesprzeciwianie się biegowi wydarzeń). I to, co w pierwotnym, naturalnym środowisku zapewne nie jest elementem fatalistycznym (koncepcja Losu jest obca filozofii chińskiej), staje się takim, wprowadzone do cywilizacji postchrześcijańskiej, w której istnieje silne napięcie między Losem a Wolnością. I w tej kontrowersji feng shui staje po stronie Losu. Bo pogląd, że od tego, w którym narożniku naszego mieszkania znajdzie się klozet, zależy nasza zamożność, a od położenia sypialni – trwałość małżeństwa, jest radykalnie sprzeczny z poglądem, że nasze życie zależy od dokonywanych przez nas wyborów, że jesteśmy za nie odpowiedzialni.

Buddyzm i personalizm

Nigdzie nie znalazłem informacji o „bardzo silnym nurcie personalistycznym” buddyzmu, o którym wspomina Sevolas. Być może chodzi o europejski neobuddyzm XX wieku. Owszem, buddyzm stworzył także szkołę personalistyczną (Pudgalavada lub Watsiputrija), głoszącą trwałość osoby (jaźni), zachowującej odrębność także w nirwanie. Szkoła ta wygasła jednak jeszcze w starożytności, a jej teksty znamy wyłącznie ze źródeł polemicznych.

Nigdzie natomiast w buddyzmie nie ma i nie może być miejsca na koncepcję Boga. Szkoła, która wprowadziłaby transcendentnego Stwórcę Wszechrzeczy, przestałaby być buddyjska. Zgodnie z podstawowym poglądem buddyzmu świat, dostępny zmysłowo (zarówno cielesny, jak i duchowy) jest złudzeniem, rzeczywiście zaś istnieją jedynie dharmy, nieredukowalne elementy, których „kompozycje” tworzące dostępny nam świat, są jedynie hipostazami, konstruktami myślowymi. Jedną z takich „kompozycji” jest jaźń, a przekonanie o jej istnieniu jest głównym źródłem cierpienia. W gruncie rzeczy trudno tu nawet mówić o „duszy”.

Tadeusz A. Olszański

Kategorie wpisu: Informacje medialne

2 Komentarzy do wpisu "Dyskusja wokół artykułu Tadeusza A. Olszańskiego
“Miód, który wsiąkł w chleb”, Nowa Fantastyka nr 3/2007"

Nol, dnia 13.04.2007 o godzinie 15:39

Dziękuję za obszerny komentarz do moich wątpliwości. Niestety część z nich nadal pozostaje.

Może i moje rozumowanie jest pochopne, jednak cieszy mnie niezmiernie, że stało się przyczynkiem do ciekawej dyskusji :)

Pozdrawiam :)

StonógMyśliciel, dnia 08.06.2007 o godzinie 16:18

W całym powyższym tekście nie stroni autor od tez bardzo radykalnych i śmiałych, a styl ów pozostawia nieprzyjemne poczucie wywyższania nad inne kultury, bo ‘mentorstwo’ to zbyt łagodne słowo.
Może to olśniewać śmiałością, ale brak tutaj ostrożności koniecznej w pisaniu o takich sprawach.
W pierwszej kolejności chciałbym zapytać autora tej tezy

“Żadna cywilizacja poza naszą nie przezwyciężyła fatalizmu o własnych siłach, a może wręcz – żadna z nich z nim do końca nie zerwała.”

Co myśli o pojęciu Karmy będącym fundamentem Buddyzmu.
Żeby ułatwić komentarz zamieszczam skrótowe opisanie tego pojęcia zaczerpnięte z Wikipedii.
W mojej opinii jest to jeszcze pełniejsze zerwanie z fatalizmem niż to cechujące chrzescijaństwo.

Karma jest podstawowym pojęciem we wszystkich szkołach buddyjskich i oznacza: prawo przyczyny i skutku. Dosłownie słowo to oznacza “czyn” lub “działanie”. Prawo przyczyny i skutku zwane jest w języku Pali “kamma-vipaka” czyli “działanie-owoce”.

Przyczynowość na poziomie zewnętrznym i wewnętrznym [edytuj]
Na poziomie “zewnętrznym” oznacza to, że we wszechświecie zjawiska są współzależne i wzajemnie uwarunkowane, określone przyczyny powodują określone rezultaty, a znajomość tych powiązań jest kluczem do zrozumienia otaczającego świata. Zasada ta jest tożsama z podejściem zachodniej nauki.

W buddyzmie przyczynowość dotyczy również świata “wewnętrznego”. Wszelkie działania podejmowane świadomie przez istoty, zarówno fizyczne, werbalne czy też mentalne, zostawiają w umyśle wrażenia, które powodują późniejsze skutki w postaci nawyków, tendencji i skłonności w umyśle. Od lat badaniem przyczynowości w umyśle zajmuje się także zachodnia psychologia i psychiatria. Znajomość umysłu i tego jak on funkcjonuje, co można osiągnąć dzięki praktyce medytacji, prowadzi do osiągnięcia kontroli nad umysłem i wyzwolenia się z cierpienia.

Buddyjskie pojęcie karmy zakłada również, że “wewnętrzny” i “zewnętrzny” świat wzajemnie się warunkują (teoria “pustości”), a umysły wszystkich istot na najgłębszym poziomie są od siebie nieoddzielne (nauka o braku ego). Pustość oznacza, że zewnętrzny świat nie jest rzeczywisty, a istoty przeżywają zbiorowy sen, który powstaje na skutek wrażeń wyłaniających się z ich umysłu. Brak ego oznacza, że istoty są jak fale na oceanie – jeśli nie widzą swojej głębi, nie rozpoznają tego, że wszystkie są oceanem. Działania altruistyczne bądź egoistyczne zasiewają w umyśle pewne wrażenia, które nie tylko tworzą konstrukcję psychiczną ale również zewnętrzny świat. Tak więc działania dla pożytku i szczęścia innych sprowadzają na nas samych szczęście i powodzenie w przyszłości, natomiast działania szkodliwe dla innych są przyczyną naszych własnych przyszłych trudności i nieszczęść

Zostaw komentarz